W muzycznym świecie Wiesława Prządki

24 kwietnia 2019

Przed laty uczył w szkole muzycznej w Poznaniu i dzięki Jego pomysłowi utworzono klasy z muzyką rozrywkową. Potem musiał wybrać – koncerty albo nauczanie. Dzisiaj gra na całym świecie, a Jego tanga porywają ludzi. Ma głowę pełną pomysłów i marzeń, które powoli realizuje. Dla Niego muzyka to jest to, co w duszy ludziom gra. Wiesław Prządka, poznaniak z wyboru, który odczarował akordeon, pokazał Polakom bandoneon i zabrał wszystkich w świat francuskiej piosenki i argentyńskiego tanga.

 

ROZMAWIA: Elżbieta Podolska

ZDJĘCIA: Archiwum prywatne

 

25 lat w zespole New Musette Quartet to dużo czy mało? To wiek młodzieńca czy może już doświadczonego mężczyzny

Wiesław Prządka: To już wiek doświadczonego muzyka i zespołu przede wszystkim. 25 lat prawie w tym samym składzie to jest osiągnięcie. Wytrwaliśmy długo i bardzo się z tego cieszymy.

Koncert jubileuszowy odbył się w Poznaniu, bo jest Pan od zawsze związany z tym miastem.

W zasadzie tak. Przybyłem tutaj zaraz po szkole podstawowej do liceum muzycznego. Urodziłem się w Wolsztynie. Potem była Akademia Muzyczna i tak zostałem tutaj. Był taki moment, że przez kilka lat mieszkałem w Krakowie i współpracowałem z Teatrem im. Słowackiego. Potem był jeszcze Wrocław i Jelenia Góra. Wróciłem jednak znowu do Poznania. Cieszę się z tego, bo stąd wyszedłem, tutaj mam wielu przyjaciół i fanów.

Nie bardzo wiedziałam, jak mam o to zapytać, bo pewnie słyszy Pan takie pytania często. Akordeon to instrument dla wielu dziwny, jeszcze kilkanaście lat temu praktycznie używany tylko na weselach, a nie w salach koncertowych. Czy nie lepiej było wybrać gitarę, na którą znacznie łatwiej byłoby podrywać dziewczyny?

Na gitarze też trochę gram. Sam się nauczyłem. W szkole podstawowej grałem też na trąbce, ale ten akordeon tak jakoś ze mną został. Być może dlatego, że uczyłem się na nim grać w podstawowej szkole muzycznej, dodatkowo dojeżdżając z Wolsztyna do Zbąszynia.

Dlaczego właśnie ten instrument?

To był przypadek. Z opowieści rodziców wiem, że chcieli kupić pianino, ale ponieważ akordeon był tańszy, to kupili mi na gwiazdkę akordeon po prostu.

Prawie pianino

No prawie. Muzyka towarzyszyła mi od dzieciństwa. Mieliśmy trochę płyt. Ojciec, co prawda, nie był zawodowym muzykiem, rysował projekty domów, był po technikum budowlanym. Kochał jednak muzykę. Grał na skrzypcach, trochę na gitarze, znał nuty. Początków różnych melodii ojciec uczył mnie grać na cymbałkach, które dostaliśmy na gwiazdkę wraz z bratem. Zamiast oglądać telewizję, wolałem włączyć sobie płytę i ułożyć się na dywanie. Muzyka bardzo dobrze na mnie działała. Na akordeonie zacząłem się uczyć w ognisku muzycznym. trzech latach moja nauczycielka, pani Elżbieta Skorupińska, wysłała mnie na ogólnopolski konkurs w Międzyrzeczu. To była 6 klasa szkoły podstawowej. Wcześniej zabrała mnie też do Zbąszynia na spotkanie z Tadeuszem Laufrem ze szkoły muzycznej. Przesłuchał mnie i zaproponował naukę pod swoim kierunkiem. W siódmej i ósmej klasie dojeżdżałem już do Zbąszynia. Potem trzeba było zdecydować czy chcę iść dalej do liceum, czy nie. Zdecydowałem się na liceum muzyczne. W tym samym czasie grałem na trąbce, ale tylko w orkiestrze dętej, którą panowie z filharmonii założyli w szkole podstawowej numer 3 w Wolsztynie. Grał w niej też mój brat, na puzonie. Mój nauczyciel gry na trąbce był zły, że idę do klasy z akordeonem. Mówił mi wtedy: co ty będziesz robił po tym akordeonie, a po trąbce to przynajmniej w orkiestrze pograsz. Koledzy też się dziwili, a była końcówka lat siedemdziesiątych, że wybrałem ten instrument, bo był znany tylko z imprez weselnych. Na świecie – we Włoszech, we Francji – był już wtedy traktowany poważnie. U nas pokutowało przekonanie, że jest biesiadny, dla grajków, do muzyki ludowej lub gry w domu na imieninach.
Zdając wtedy do liceum muzycznego pomyślałem sobie, że mam program, który wymagany jest w szkole na akordeon, a na trąbkę nie. Akordeon spodobał mi się i mimo że koledzy się śmiali, wytrwałem przy nim.

To dzięki Panu akordeon stał się poważanym instrumentem w Polsce.

Nie tylko dzięki mnie, ale jako jeden z pierwszych zacząłem grać muzykę rozrywkową na akordeonie i to w sposób profesjonalny. W 1993 roku powstał zespół Musette Quartet, szybko zacząłem grać też koncerty w filharmoniach, jako solista z orkiestrą. To była końcówka lat 90. Chciałem udowodnić ludziom, że na akordeonie można grać profesjonalnie i to różnorodne gatunki muzyczne: jazz, muzykę francuską, a potem przyszło tango.

Teraz już nam jest trudno wyobrazić sobie muzykę francuską czy tango bez akordeonu.

Tango to jednak przede wszystkim bandoneon. Grając koncerty, często tłumaczę, na czym polega różnica między tymi instrumentami. Są zupełnie różne i trzeba od nowa uczyć się grać.

I tutaj też jest Pan pionierem.

Jako pierwszy w Polsce zacząłem grać na bandoneonie diatonicznym. To jest dokładnie ten instrument, na którym grają w Argentynie. Akordeoniści częściej grywają na bandoneonie chromatycznym i wtedy ustawienie instrumentów i sposób gry jest podobny.

Grał Pan też z Argentyńczykami?

Tak, kiedy byłem w Ameryce Południowej na przełomie grudnia i stycznia, to z nimi grałem. Myśleli, że jako Europejczyk gram na tym prostszym chromatycznym, kiedy dowiedzieli się, że gram na diatonicznym, byli zaskoczeni, szczególnie kiedy powiedziałem, że sam się nauczyłem grać. Udało mi się w Poznaniu zdobyć szkołę na bandoneon, starą niemiecką szkołę z 1925 roku, w której wyrysowany był schemat guzików i uczyłem się według tego. Dużo czasu poświęciłem, żeby to rozszyfrować i zapamiętać, gdzie są jakie dźwięki. Brzmienie tego instrumentu mnie zafascynowało i stwierdziłem, że muszę na nim grać. To jest zupełnie inny efekt, kiedy gra się tango, a szczególnie utwory Piazzolli.

Zaczęło się od Musette Quartet

A potem bardzo szybko przeszło w New Musette Quartet, kiedy w Poznaniu pojawił się Richard Galliano. Był rok 1997. Kiedy usłyszałem, jak i jaką muzykę gra, to byłem oczarowany. Kupiłem płytę, zacząłem szukać nut i samemu komponować w stylu new musette, bo przecież nazwa wywodzi się od francuskiego gatunku muzycznego.

Sporo utworów, których możemy wysłuchać na koncertach, to Pana kompozycje.

Tak. Nawet z New Musette nagraliśmy płytę z naszymi kompozycjami pt. „Inspiracje”. Każdy z członków zespołu napisał na nią utwory.

Mam wrażenie, że żeby grać na akordeonie i bandoneonie trzeba mieć dużo siły. To wysiłkowa praca.

Trzeba mieć siłę. Gdy uczyłem się grać na bandoneonie, początkowo bardzo bolała mnie prawa ręka. W akordeonie zamyka go i otwiera jedną ręka, a tutaj nagle musiały pracować dwie. Gram na stojąco. Na bandoneonie – stojąc praktycznie na jednej nodze, więc potrzebne jest zachowanie równowagi. Trzeba to wszystko wypracować.

Musi Pan dużo ćwiczyć na siłowni.

Nie muszę już chodzić, bo mam to na co dzień. Ale rzeczywiście muszę dbać o kręgosłup. Wykonuję codziennie specjalne ćwiczenia. Akordeon waży prawie 20 kilogramów, a bandoneon 16, więc jest co dźwigać. Znalazłem sobie odpowiednie ćwiczenia – rytuały tybetańskie. To mi pomaga.

Na chwilę przeprowadził się Pan do Krakowa, ale za zaraz wrócił. Co ma w sobie to miasto?

Jest przyjazne do mieszkania. Wszędzie z niego jest blisko, a dla muzyka jest to bardzo ważne. I… kobieta ma tutaj zasadnicze znaczenie. Tutaj ma firmę i zdecydowaliśmy się tutaj zamieszkać.

Bardzo dużo Pan koncertuje w Polsce i za granicą.

Nie tylko z New Musette, ale mam też kilka formacji tangowych, współpracuję cały czas z zespołem Hot Swings i do tego mam własne koncerty z orkiestrami symfonicznymi. Ostatnio też nagraliśmy nową płytę z Orkiestrą Amadeus z muzyką Piazzolli.

Jakiej muzyki Pan słucha?

Bardzo różnorodnej. Słucham skrzypków, trębaczy, a nawet grających na harmonijce ustnej. Są niesamowici.

Ale nie chce Pan uczyć się grać na harmonijce?

Na harmonijce nie, ale uczę się grać na fletni pana. To też przywiozłem z Argentyny. Byliśmy tam z żoną w podróży poślubnej. Pojechaliśmy też na północ kraju do miejscowości Tilcara, gdzie chodziliśmy do miejscowego klubu muzycznego. Pierwszego dnia poznaliśmy muzyków miejscowego zespołu, grających właśnie na fletniach pana. Od razu nawiązaliśmy kontakt. Nie znam hiszpańskiego, ale jakoś udało nam się dogadać, że jestem muzykiem i chciałbym się nauczyć grać. Zapytali mnie tylko ile dni jeszcze jestem i stwierdzili, że mogę przychodzić codziennie na lekcje. I tak zjawiałem się o godz. 10 i ćwiczyłem. Kiedy spytałem, gdzie mogę kupić taki instrument, usłyszałem, że tutaj. Okazało się, że mój nauczyciel też je robi i zrobił egzemplarz specjalnie dla mnie. Mam instrument, tylko potrzebuję trochę czasu, żeby poćwiczyć. A mam nie tylko dużo koncertów, ale jest jeszcze sporo pracy przy ich organizacji. Dzisiaj muzyk musi być też marketingowcem, PR-owcem, producentem, kierowcą.

Jak Pan odpoczywa?

Chodzę na spacery. Mieszkamy na Morasku i mamy blisko las. Czasami uda nam się wyjechać gdzieś na chwilę. Jak jestem mocno zmęczony, to stosuję relaksacje przy specjalnej muzyce, która mnie wycisza.