Winylove

8 kwietnia 2019

Elegancki, szpakowaty Pan siada obok gramofonu. Ma ciemne, błyszczące, radosne oczy. Na ścianie wisi portret Jego żony – Eli, która odeszła trzy lata temu. Zawsze marzyli o kawiarni, a może nawet On marzył bardziej. O takim miejscu, w którym liczą się wartości, można napić się aromatycznej kawy i zjeść coś pysznego. A wszystko w otoczeniu winyli, starych neonów, koncertów fortepianowych i klimatu lat 50. Roman Maciejewski, od 25 lat właściciel świetnie prosperującej Piekarni/Cukierni Maciejewski, właśnie otwiera Vinyl Ella Cafe przy ulicy Wielkiej 19. I choć Jego żony nie ma już obok, to Jej duch zostanie przy Nim na zawsze – w Jego sercu i sercu… kawiarni.

 

ROZMAWIA: Joanna Małecka

ZDJĘCIA: Sławomir Brandt

 

Lubi Pan płyty winylowe?

Uwielbiam.

Dlaczego? Przecież żyjemy w czasach youtube, Spotify i Internetu.

Dlatego, że kojarzą mi się z domem i wiążą się z moja rodziną. Moja mama i ciocia śpiewały w chórze kościelnym. Podczas spotkań towarzyskich, jako mały chłopak, byłem „wykorzystywany” do obsługi gramofonu. Miałem osiem lat. Wtedy pokochałem winyle i ta miłość trwa do dziś. Mam około tysiąca płyt, niektóre nawet podwójne. Część została po mojej babci. Wciąż stoi u mnie Jej gramofon na korbkę. Dziś rzeczywiście muzyki można słuchać korzystając z różnych źródeł, ale nie zawsze tego artysty można dotknąć. A winyl jest takim połączeniem słuchacza z muzyką. I to jest piękne. Oczywiście korzystam też z Apple Music, kiedy jadę samochodem.

Dziś też włącza Pan gramofon i słucha płyt?

Tak, nawet kilka dni temu kupiłem kolejne płyty. Pojechałem na grób wujka do Świdnicy, a kiedy tam jadę, zawsze staram się, żeby zdążyć na targ, gdzie wyprzedaje się m.in. stare krążki. Umyłem je i można słuchać. W ogóle lubię muzykę i jestem na bieżąco, a w duszy wciąż pulsuje rock&roll. Moim najnowszym odkryciem jest grupa Greta Van Fleet. To młodzi Amerykanie o nazwisku Kiszka. Grają rocka wręcz genialnie i są zainspirowani Led Zeppelin. Ostatnio, podczas spotkania świątecznego, otrzymałem od moich pracowników w prezencie ich najnowszy winyl. Ale się ucieszyłem.

Kiedy Pan wpadł na pomysł, żeby połączyć winyle z kawiarnią?

Dobre pytanie. Pięć lat temu kupiłem album, który pokazuje najpiękniejsze kawiarnie literackie na świecie. Było tam tyle pięknych miejsc, że wraz z żoną zaczęliśmy się zastanawiać nad otwarciem takiej kawiarni w Poznaniu. Żona nie do końca była przekonana, ponieważ bała się mojego kolejnego przedsięwzięcia. A ja mocno w to wierzyłem, może nawet o tym marzyłem. Miała to być nasza wspólna kawiarnia. Za kilka dni będzie otwarta, a ja żałuję, że nie ma przy mnie żony. Zmarła trzy lata temu.

Tęskni Pan za Nią?

Bardzo. Wie Pani, to była moja przyjaciółka, żona i mama moich dzieci Daniela i Ani, ale też partnerka w biznesie. Dwukrotnie pozyskiwała fundusze unijne na rozwój naszej firmy. Byliśmy razem od czasów szkolnych. Ta kawiarnia to jest takie moje spełnienie marzeń, zaspokojenie ducha i… prezent dla mojej żony. Ma to być miejsce dla ludzi, którzy wyznają podobne do moich wartości, kochają muzykę, chodzą uśmiechnięci i, pomimo smutku i jakiegoś niepowodzenia, bo przecież wszyscy je mamy, przyjdą do Vinyl Ella Cafe i na chwilę się zatrzymają: w spokoju, przy pięknej muzyce, dobrym ciastku i pysznej kawie. Sam jestem dowodem na to, że kawiarnia może uratować duszę. I myślę, że jest wiele osób, które…

…potrzebują ukojenia.

Pięknie Pani to powiedziała. Ale, jak dobrze wiemy, tego typu miejsce musi też mieć serce, a tym sercem jest zespół. Udało mi się skompletować wspaniałych ludzi, którzy wraz ze mną będą tam dla Państwa. Mam nadzieję, że klient przychodząc do nas, poczuje, że to nie przypadkowe osoby, ale takie, które kochają to miejsce i tę miłość chcą podać dalej. Poza tym w kawiarni znajdzie się pianino, a więc każdy kto będzie miał ochotę na nim zagrać, będzie mógł to zrobić. Oczywiście musi się zdeklarować, że potrafi (śmiech).

Będzie leciała muzyka z winyli?

Będą dwa gramofony, będziemy grać muzykę z płyt winylowych, ale czasem też popłynie coś z radia.

Co będzie wyróżniało tę kawiarnię?

Dominować tu będzie klimat lat 50., a więc okres bardzo ciekawy w naszej historii. Cieszyliśmy się wtedy po zakończeniu II wojny światowej, pojawiły się kolory, technologie, kobiety pięknie się ubierały. To też był czas winyli, kiedy przechodziło się z płyty szelakowej na drobnorowkową. Ta kawiarnia ma być ubarwiona tamtymi latami, będą kolorowe neony, stoły winylowe. Będzie też bardzo duży wybór wyrobów cukierniczych, zdrowe śniadania z pysznym chlebem, którego jestem fanem.

A będzie tort winylowy?

I tu mnie Pani zaskoczyła – bardzo dobry pomysł! Może?! To co ja chcę zaproponować jest może troszkę inne od pozostałych konceptów. Zapraszam ludzi w każdym wieku, nawet tych, którzy nie lubią muzyki, bo może u nas polubią. Muzyka powinna towarzyszyć każdemu na co dzień, bo koi duszę. No i zapraszam na pyszną kawę, bo przecież to jest podstawa każdej kawiarni.

Ryzykuje Pan kolejny raz. 25 lat temu zaryzykował Pan otwierając piekarnię, a z zawodu jest Pan przecież poligrafem.

Dokładnie tak. Nie miałem pojęcia, jak działa piekarnia. Myślę, że ta wielotematyczność moich działań wzięła się z marzeń. Kiedyś oglądałem taki program telewizyjny, w którym prowadzący powiedział, że jeżeli się ma osiem marzeń i z tego uda się zrealizować trzy to powinno się być szczęśliwym człowiekiem. Ja miałem mnóstwo marzeń, które z czasem zacząłem spełniać.

Czy Piekarnia/Cukiernia Maciejewski, którą prowadzi Pan od lat, była jednym z nich?

Nie (śmiech). Miłością do chleba zaraziła mnie moja babcia. Ale nie tylko tym. Nauczyła mnie wrażliwości, otwartości na drugiego człowieka, historii, podejścia do życia. Uwielbiała chleb i ciągle mówiła jaką ma wartość. Nie zapomnę, kiedy bawiłem się na podwórku, a ona wychodziła na balkon i zrzucała mi skibki z masłem i cukrem. Ale to było pyszne. Potem, za każdym razem kiedy wyjeżdżałem do innego miasta, musiałem spróbować lokalnych wypieków. A na końcu założyłem firmę piekarską w Kościanie.

No tak, ale droga do biznesu piekarskiego była dość długa.

Fakt. Przedtem, przez 18 lat, pracowałem w biurze projektów budownictwa wiejskiego na Piekarach. Były lata 80. Nic się nie działo. Polska stała w miejscu, moje biuro też. Buntowałem się przeciwko systemowi, słuchałem radia Wolna Europa. Któregoś dnia trafiłem na audycję, w której redaktor Wojdyło opowiadał o swoim pobycie w Singapurze. Zawsze interesowała mnie geografia, chciałem podróżować, poznawać świat. W latach szkolnych znałem wszystkie stolice świata, kochałem globus, bo przenosił mnie do innego wymiaru. Zainspirowany audycją, zadzwoniłem do radia, umówiłem się z redaktorem. Pojechałem do Warszawy. Opowiadał mi historie ze swoich podróży, podarował przewodniki, pokazywał zdjęcia. Ułożyłem sobie w głowie całą podróż na Półwysep Malajski. Stwierdziłem, że muszę tam polecieć. Tylko jak, skoro nie dawano wtedy paszportów? Udało mi się przekonać urzędników. Wyjazd odbył się pod szyldem Związku Socjalistycznej Młodzieży Polskiej (śmiech). Tych wypraw w świat było kilka, wszystkie grupowe – dla 36 osób. Później podróżowałem sam lub z rodziną. Ukoronowaniem podróżniczych dokonań była wyprawa z kolegą Piotrem Zimnym dookoła świata w 1994 roku. Chciałem nawet założyć biuro podróży. Złożyłem wniosek w Warszawie i usłyszałem, że mogę organizować wyjazdy tylko w obrębie kraju. W końcu się poddałem i otworzyłem firmę poligraficzną. Wciąż mnie kontrolowano, bo przecież mogłem uprawiać propagandę. Trwało to cztery lata, aż usłyszałem w radiu, że rząd francuski przydziela Polsce linie kredytowe.

I wziął Pan kredyt na piekarnię.

Dokładnie tak.

Po co?

Bo uwielbiałem chleb i uznałem, że to jest ta droga. Oczywiście nie wiedziałem z czym to się wiąże. Musiałem zatrudnić piekarzy, opracować procedury i proszę sobie wyobrazić, że szło. Nagle zaczęliśmy wozić pieczywo z Kościana do Rawicza, Leszna, Poznania, aż do momentu kryzysu gospodarczego. Ludzie mieli miej pieniędzy i nie stać ich było już na bagietki i tego typu pieczywo. Obroty spadły, ale piekarnię zamknąłem bez długów. Potem przez kilka miesięcy walczyłem o przetrwanie. Trochę wróciłem do poligrafii, zacząłem myśleć o wyjeździe z Polski. W 1989 roku dotarłem do Australii, w której się zakochałem. Tam wszystko jest poukładane, zachwyca niezwykła przyroda i warunki do życia. I w końcu, wbrew temu co mówili inni, że nie wchodzi się dwa razy do tej samej rzeki, postanowiłem ponownie otworzyć piekarnię.

To był impuls?

Stałem w kolejce po chleb, w jednej z piekarni na Wildzie w Poznaniu. Podsłuchałem rozmowę właścicielki z klientką, która mówiła, że ze względów zdrowotnych chce sprzedać swój biznes. Kiedy kolejka się rozładowała wróciłem do sklepu i powiedziałem, że może byłbym zainteresowany kupnem. Spojrzała na mnie i powiedziała: nie da pan rady. A ja, pomimo, że nie miałem pieniędzy, podjąłem rękawicę. Pojechałem do osoby, która miała wtedy pieniądze i mogła zainwestować. Długo nie trzeba było go namawiać, bo chciał mieć piekarnię. Stworzyliśmy spółkę, z czasem wspólnik się wycofał i zostałem z tym sam. I tak powstała Piekarnia/Cukiernia Maciejewski.

A cukiernictwo?

Współpracując z różnymi firmami, które wspierają piekarzy technologami, posłuchałem dobrych rad Dyzia Wojtkowiaka, przyjaciela z firmy Zeelandia oraz Stefana Wojtkowiaka z firmy Komplet i wprowadziłem do naszej oferty wyroby cukiernicze. Do dziś naszym szlagierem jest kostka wenecka. A więc sukces tej firmy to sukces wielu ludzi, których spotkałem na swojej drodze, w tym również moich wspaniałych pracowników.

I tych wyrobów będzie można spróbować w Vinyl Ella Cafe?

Oczywiście. Mam nadzieję, że zasmakują.

W dobie upadających piekarni i cukierni, Pan przetrwał na rynku. Jak udało się to zrobić?

Myślę, że to kwestia wizji i wyczucia sytuacji na rynku. Ten proces u mnie jeszcze trwa. Przez rok, kiedy żona chorowała, byłem wyłączony z firmy. Mieszkaliśmy wtedy w Australii. Kiedy przyjechałem do Polski, zastanawiałem się, jak ukierunkować firmę. Poszedłem w niszową gałąź, co pozwoliło na to, że odzyskaliśmy dobrą kondycję i do dziś sobie radzimy. Mamy trudne czasy dla piekarzy i cukierników. W dobie mrożonego pieczywa odpiekanego w marketach, które jest kompletnie bezwartościowe i nie ma żadnych składników odżywczych, mamy bardzo skomplikowaną sytuację. Dlatego trzeba znaleźć swoją drogę, bo są jeszcze ludzie, którzy chcą dobrze i zdrowo zjeść.

Pieczywa też będzie można spróbować w kawiarni, Pana nowym miejscu na ziemi…

Tak. Jest to swego rodzaju zwieńczenie dokonań zawodowych. Chciałbym, żeby wszyscy się tu dobrze czuli. Ponieważ cenię sobie wartości i uczucia, to wymyśliłem taki kącik dla zakochanych, który znajdzie się w kawiarni. Będzie można zorganizować sobie tam zaręczyny albo wyznać miłość, albo się czymś obdarować.

Sam Pan by tam chętnie usiadł.

I pewnie będę tam siedział.

Czy żona będzie z Panem w kawiarni?

Będzie. Nazwa kawiarni to Vinyl Ella Cafe, Ela to imię mojej żony. Na samym środku jest takie miejsce, w którym znajdzie się sylwetka żony w artystycznym fotomontażu. Zdradzę Pani coś ciekawego. Rzadko śni mi się Elka, a dziś, przed naszym spotkaniem, mi się śniła. Krótko, źle, bo chorowała, ale śniła.

To jest znak, że idzie Pan w dobrą stronę.

Mam taką nadzieję. Dziękuję.