Wystarczy do plecaka wrzucić buty

16 marca 2020

Krzysztof Stępień na co dzień jest przedsiębiorcą. Nigdy zawodowo nie zajmował się sportem. Zaczął biegać przed 40tką, dla siebie, dla zdrowia. Na 50 urodziny zafundował sobie siedem maratonów w siedem dni na siedmiu kontynentach. I chociaż były momenty zwątpienia i nogi odmawiały współpracy, przekroczył metę w Miami i… się wzruszył. Nigdy nie zapomni wschodu słońca w Australii, nierównej walki na Antarktydzie i w Brazylii oraz ekipy z Fair Playce, która kibicowała mu od samego początku i uwierzyła w amatora, który w siedem dni stał się prawdziwym wojownikiem, udowadniając, że w życiu nie ma granic.

 

ROZMAWIA: Joanna Małecka

ZDJĘCIA: World Marathon Challenge, Archiwum prywatne

Spotykamy się pięć dni od zakończenia maratonu maratonów. Krzysztof siedzi w restauracji Parku Rekreacyjno-Sportowego Fair Playce. Uśmiecha się i wygląda na bardzo wypoczętego…

Krzysztof Stępień: Wie Pani, ja lubię biegać i podróżować, a to można doskonale połączyć, wystarczy do plecaka wrzucić buty.

Ale to nie jest takie zwykłe bieganie.

Staram się wybierać imprezy biegowe dla niewielkiej liczby osób, w ciekawych miejscach. Biegłem maratony w Himalajach, na Antarktydzie, Biegunie Północnym, biegłem po zamarzniętym jeziorze Bajkał, pustyni Atakama, na Saharze, w Patagonii, Nowej Zelandii. Przebiegłem maratony na wszystkich kontynentach i uznałem, że skoro to mi się udało, to dlaczego nie przebiec tego w tydzień.

Ogromne wyzwanie. Jak się przygotować do takiego biegu?

Nie jest łatwo, ponieważ mało kto wie, jak do tego podejść. Do poprzednich biegów przygotowywałem się sam. Tylko raz korzystałem z pomocy trenera i było to przed biegiem w Himalajach. Do siedmiu maratonów podszedłem jednak z rezerwą, wiedząc jakie to niebezpieczne. Miałem głównego trenera biegowego Huberta Króla i cały sztab ludzi w Fair Playce, którzy pomagali mi od strony ogólnorozwojowej i rozciągania mięśni. Tutaj wielkie podziękowania dla Ani Rękoś, która nadzorowała treningi. Do tego doszła rehabilitacja, dieta. Właściwie to ostatnie cztery miesiące podporządkowałem tylko temu startowi i sumiennie się przygotowywałem.

Dlaczego akurat teraz?

Chciałem sobie zrobić prezent na 50 urodziny.

I jest co celebrować.

Zdecydowanie tak, pomimo że urodziny dopiero w przyszłym roku.

To też ogromne wyzwanie logistyczne.

Bieg organizuje Richard Donovan, biegacz, który ogarnia najbardziej ekstremalne imprezy na świecie. Organizacja takiego maratonu wymaga ogromnego doświadczenia, wiedzy, kontaktów logistycznych z firmami. W związku z tym, że plan jest bardzo napięty, trzeba nastawić się też na niespodzianki. Wtedy przychodzą nerwy. Przy okazji tego wyjazdu, po raz pierwszy w historii, jeden samolot miał wylądować na siedmiu kontynentach w siedem dni. W związku z tym, że na Antarktydzie wiał bardzo silny wiatr, piloci nie chcieli podjąć się tego zadania. To właśnie tam mieliśmy zaczynać. Richard podjął wtedy decyzję, że zamieniamy kolejność biegów i opóźniamy wszystko o jeden dzień. W międzyczasie rosyjski samolot transportowy przyleciał po nas, żeby nas zawieźć na Antarktydę. To spowodowało, że zaczęło brakować czasu i w ostatnich trzech dobach przebiegliśmy cztery maratony. Różnice między startami były liczone w godzinach. Między przebiegnięciem mety w Brazylii a startem w Miami było dwanaście godzin. To były ostatnie maratony, organizm wycieńczony, a czasu na regenerację brak.

Ile osób biegło?

W sumie na starcie było 36 osób, z tego kilka osób nie dobiegło do końca. Po raz pierwszy w historii w maratonie biegli Polacy.

Kiedy nadszedł kryzys?

Miałem dwa trudne momenty, ale na szczęście organizm nie odmówił mi współpracy. Pierwszy pojawił się na Antarktydzie. Wynikało to nie z faktu, że było tam bardzo zimno, wiał silny wiatr i trzeba było być dobrze ubranym. Antarktyda jest nieobliczalna, a zarazem ekscytująca. Problem pojawił się w głowie. Trzy lata temu, kiedy biegałem na Biegunie Północnym, odmroziłem sobie palce i ledwo uniknąłem amputacji. Lekarze powiedzieli, że za drugim razem mogę nie mieć tyle szczęścia. Bałem się, byłem mocno obciążony psychicznie i biegło mi się fatalnie, po kilku godzinach pojawiło się nawet pytanie czy biec dalej, czy zrezygnować. Wiedziałem, że jak zakończę ten bieg na tym etapie, to będę tego żałował. Z drugiej strony wiedziałem, że jak dobiegnę do końca i odmrożę sobie te palce, to o uprawianiu sportu będę mógł zapomnieć.

Ale wytrzymał Pan.

Tak, ale to nie był koniec. Kolejne trudności pojawiły się w Brazylii. Bieg zaczynał się w południe, był szóstym w cyklu, organizm miałem już mocno obciążony, a z nieba lał się żar.

Zupełnie inaczej niż na Antarktydzie.

Oj tak, zwłaszcza, że nigdy nie biegałem w temperaturze powyżej 30 stopni. Biegło się tragicznie. Byłem mocno zmęczony i szczerze to miałem dosyć. Znowu to wola walki i myśl, że szkoda byłoby poddać się na samym końcu, doprowadziły mnie do mety.

Kiedy Pan odpoczywał?

Nie było czasu ani na regenerację, ani na odpoczynek. Jedyne miejsce, gdzie można było na chwilę się zdrzemnąć to był samolot, a tam, jak wiadomo, trudno zasnąć. Obliczyłem, że średnia dobowa snu wynosiła 4 godziny. Byłem w wielu miejscach na świecie, biegałem w różnych warunkach, ale czegoś takiego nie przeżyłem nigdy. Było warto mimo wszystko.

Czyli nie żałuje Pan.

Absolutnie nie, chociaż nie ukrywam, że się bałem. To co zrobiłem, nie jest zdrowe dla organizmu. Całe szczęście, że do treningu podszedłem kompleksowo, że zajęła się mną ekipa z Fair Playce. Dzięki temu ukończyłem bieg. W ogóle lubię to miejsce, przychodzę tu kilka razy w tygodniu, gram w squash’a i badmintona, uczestniczę też w zajęciach grupowych na siłowni. Mam tutaj przyjaciół, znamy się bardzo dobrze. Pamiętam, że kiedy wszyscy tutaj dowiedzieli się o starcie, to jednogłośnie postanowili mi pomóc. To było niesamowite. Ponadto kibicowali mi w trakcie maratonu. W Dubaju były ze mną moja żona i córka, a w Madrycie Ania Rękoś z mężem, którzy przyjechali specjalnie dla mnie i nawet biegli ze mną wiele kilometrów. Bardzo mi to pomogło.

I też w Pana uwierzyli.

Dokładnie, chociaż nie mieli podstaw, bo ja przecież jestem amatorem. Presja była, nie mogłem dać ciała, więc biegłem (śmiech).

Co Pan czuł kiedy zakończył ostatni bieg?

Ogromną radość z tego, że się udało. Kiedy wróciłem, przeżyłem kolejny szok. Na poznańskim lotnisku czekała ekipa powitalna z balonami. Wzruszyłem się.

Jak psychicznie przygotować się do takiego wyzwania?

Trudno się przygotować. Na pewno ważne jest tutaj doświadczenie i trening. Wiedziałem jak będą wyglądały trasy maratonu. Mając świadomość, że będę biegł krótkie pętle podczas zawodów, trenując, często biegałem na stadionie robiąc po 50–70 okrążeń. W ogóle trudno przewidzieć co stanie się z człowiekiem w trakcie takiego wysiłku bez możliwości odpoczynku. Tu zdarzyć się może wszystko.

Taki moment, który na zawsze zostanie w pamięci?

Dużo jest takich momentów. Na pewno przekroczenie mety w Miami, wschód słońca w Australii, zachód słońca w RPA. Wiele osób pytało mnie o zmianę stref czasowych. To nie miało żadnego znaczenia, bo nikt nie zwracał uwagi, która jest godzina. Jedyne co liczyliśmy, to przebiegnięte kilometry. Dla mnie ogromnym sukcesem było to, że po tych siedmiu maratonach, zszedłem po schodach o własnych siłach. Udowodniłem sobie, ale może też innym, że można.