Najnowszy numer SUKCESU już dostępny 🌞 Sukces po poznańsku to najpopularniejszy magazyn lifestylowy o Poznaniu 🌞  

Organizator:

Książkę można zjeść i wypić. Fascynujący świat liberatury

Podziel się

Co wspólnego ma książka z butelką, ulicą rozciągającą się na dziesięć metrów i poezją, którą można składać na dziesiątki bilionów sposobów? W świecie liberatury niemal wszystko. Tu książka nie jest tylko nośnikiem tekstu. Sama staje się opowieścią, a czytelnik – kimś znacznie więcej niż odbiorcą. O niezwykłych publikacjach, które łamią przyzwyczajenia, opowiada adiunkt biblioteczny Agnieszka Rybarczyk, zastępczyni dyrektora Biblioteki Uniwersyteckiej, opiekunka jednej z największych kolekcji liberatury w Polsce.

 

 

TEKST i ZDJĘCIA: Elżbieta Podolska

 

Liberatura?

– Najczęściej spotykam się z poprawianiem tego słowa na „literatura”. Ludzie słyszą liberatura i myślą, że ktoś się pomylił. A to dwa odrębne wyrażenia. Pamiętam nawet sytuację z pierwszej klasy szkoły podstawowej, kiedy moja córka powiedziała, że „mama zajmuje się liberaturą – poprawiono ją, że chodzi o literaturę. Do dziś wiele osób nie ma pojęcia, co kryje się za tym terminem. Dlatego najlepiej zacząć od początku.

Zacznijmy więc od rzeczy najważniejszej: liberatura to nie literówka, lecz sposób myślenia o książce, w którym treść i forma są równie istotne. Liczy się nie tylko to, co autor napisał, ale także to, jak dzieło wygląda, z czego zostało wykonane, jak rozmieszczono słowa, jaką zastosowano typografię, a nawet jaki kształt ma cały tom. Liberatura stawia nie tylko na treść. Treść i forma publikacji są równoważne. Powinny z siebie wynikać, być ze sobą połączone. Teoretycznie nie wolno ich od siebie rozdzielać, bo – jak mówią niektórzy liberaci – „przestrzeń może mówić” – wyjaśnia Agnieszka Rybarczyk.

To właśnie przestrzeń staje się tu dodatkowym językiem. Książka może szeptać małą czcionką, krzyczeć pogrubionymi literami, milczeć pustą stroną albo zmuszać czytelnika do poszukiwania ukrytego fragmentu tekstu. Może mieć formę pudełka, zestawu luźnych kartek, rozkładanej mapy, a nawet butelki. W liberaturze przedmiot, który zwykle traktujemy jako opakowanie dla opowieści, sam zaczyna opowiadać. I nie zawsze pozwala nam spokojnie usiąść w fotelu z książką na kolanach.

 

 

Książka, która nie chce być książką

Kolekcja liberatury w Bibliotece Uniwersyteckiej w Poznaniu zaczęła powstawać w 2012 roku. Impulsem była decyzja ówczesnego dyrektora, dra Artura Jazdona, o utworzeniu zbioru poświęconego publikacjom, które wymykają się tradycyjnemu rozumieniu książki. Od początku opiekuje się nim adiunkt biblioteczny Agnieszka Rybarczyk. Dziś kolekcja liczy ponad 600 egzemplarzy. Są w niej dzieła polskich i zagranicznych twórców, publikacje eksperymentalne, książki artystyczne oraz opracowania naukowe. Niektóre obiekty można pomylić z przedmiotami codziennego użytku. Inne przypominają dzieła sztuki, a jeszcze inne wyglądają niepozornie, dopóki nie spróbujemy ich otworzyć.

– Książki liberackie mogą mieć przeróżne kształty. Jesteśmy przyzwyczajeni do tego, że książka ma formę prostokąta, tak zwanego kodeksu. Liberatura temu przeczy. Książka może wyglądać zupełnie inaczej – mówi Agnieszka Rybarczyk. Dobrym przykładem jest „Oka-leczenie” Zenona Fajfera i Katarzyny Bazarnik, polskich teoretyków i praktyków liberatury. Publikacja składa się z trzech wyodrębnionych części, nawiązujących do trzech etapów ludzkiego życia: narodzin, istnienia i śmierci. Nie chodzi o kaprys projektanta. Forma ma odpowiadać treści. Poszczególne części są ze sobą powiązane, ale każda zachowuje pewną odrębność. To, co czytelnik widzi i trzyma w rękach, staje się częścią interpretacji.

W innej publikacji książka przyjmuje formę pudełka, w którym umieszczono zbiór wierszy „Strażnik bierze swój grzebień” Herty Müller, niemieckiej noblistki. W środku znajdują się kolaże autorki, tworzone ze słów i fraz wycinanych z gazet. Z pozornie zużytego, codziennego języka powstaje poezja. Słowo jest tu nie tylko znaczeniem, ale również materiałem wizualnym. Wycięte fragmenty, ich układ i zestawienie mają własną siłę wyrazu.

 

 

Powieść w pudełku, czyli czytelnik przejmuje stery

Wyobraźmy sobie, że otwieramy pudełko, a zamiast zszytej powieści znajdujemy kilkadziesiąt luźnych części. Pierwsza składka wskazuje początek, ale o dalszej kolejności decydujemy sami. Za każdym razem możemy złożyć opowieść nieco inaczej. Tak skonstruował swoją powieść „Nieszczęśni” brytyjski pisarz B.S. Johnson. Książka ukazała się w 1969 roku i składa się z 27 osobnych części. Pierwsza i ostatnia są wyznaczone, natomiast pozostałe można czytać w dowolnej kolejności.

Jeszcze dalej idzie francuski pisarz Marc Saporta w powieści „Composition No. 1”. W pudełku znajduje się około 150 luźnych kart, bez numeracji. To czytelnik układa je w wybranej kolejności, tworząc własny przebieg narracji. Historia rozgrywa się w Paryżu podczas II wojny światowej, a swobodna kompozycja pozwala oddać chaos i niepewność tamtych czasów.

– Tutaj jesteśmy już naprawdę puszczeni na głęboką wodę. Nie ma wskazówek, które prowadziłyby nas krok po kroku. Czytelnik musi sam zdecydować, jak chce tę opowieść poznawać – opowiada Agnieszka Rybarczyk.

 

 

 

 

Sto tysięcy miliardów wierszy. I co najmniej 200 milionów lat czytania

Nie tylko liberatura eksperymentuje z możliwościami książki. Ważnym punktem odniesienia jest francuska grupa OuLiPo, czyli Warsztat Literatury Potencjalnej, założona w 1960 roku przez pisarza Raymonda Queneau i matematyka François Le Lionnais. Twórcy grupy szukali nowych sposobów pisania, wykorzystując między innymi matematyczne reguły, struktury i modele. Ograniczenia traktowali jako narzędzie twórcze. Queneau stworzył dzieło, które doskonale pokazuje, jak działa taki pomysł. Sto tysięcy miliardów wierszy to niepozorny tom zawierający dziesięć sonetów, każdy złożony z 14 wersów. Poszczególne wersy umieszczono na osobnych paskach papieru, dzięki czemu można je przekładać i łączyć z wersami z pozostałych sonetów. Wystarczy zmienić jeden pasek, aby otrzymać nową wersję utworu. Liczba możliwych kombinacji wynosi \(10^{14}\), czyli sto tysięcy miliardów.

Jak podkreśla Rybarczyk, Queneau inspirował się książką dla dzieci, w której można było przekładać części ilustracji i tworzyć nowe obrazki. Przeniósł tę prostą zasadę do poezji, zamieniając ją w niezwykły eksperyment literacki.

– Gdybyśmy czytali przez całą dobę, 365 dni w roku, bez robienia czegokolwiek innego, wedle wyliczeń autora potrzebowalibyśmy około 200 milionów lat, żeby zapoznać się ze wszystkimi potencjalnie zawartymi tu sonetami – mówi Agnieszka Rybarczyk.

Paradoks polega na tym, że książka wcale nie jest gruba. Jej niezwykłość tkwi w sposobie skonstruowania, a nie w objętości. Istotne jest również to, by zachować formę zaprojektowaną przez autora. Agnieszka Rybarczyk wspomina wydanie zbiorcze dzieł Queneau, w którym wiersze opublikowano jako zwykły, niepocięty tekst. Zniknęła możliwość przekładania wersów, a wraz z nią sens całego eksperymentu. – Pamiętam, że kiedy to wydanie trafiło w moje ręce, poczułam dyskomfort. Pomyślałam: „Jak to? Przecież cała idea na tym polega, że te paski można przekładać!”. W liberaturze forma nie jest dodatkiem, który można dowolnie usunąć. Jest częścią dzieła. To także jeden z powodów, dla których takie książki bywają trudne w produkcji. Wymagają niestandardowego projektowania, odpowiednich materiałów, a czasem ręcznej pracy.

 

Kiedy książka staje się ulicą

Jednym z najbardziej niezwykłych twórców związanych z liberaturą jest Radosław Nowakowski – pisarz, artysta, teoretyk, a z wykształcenia architekt. Większość swoich książek tworzy samodzielnie, od pomysłu i tekstu po projekt, druk i oprawę. – Nowakowski opowiadał kiedyś, że jednocześnie wymyśla treść książki i zastanawia się nad jej formą. To działanie symultaniczne. Namysł nad treścią nie poprzedza dobierania formy. Jednym z najbardziej znanych dzieł autora jest „Ulica Sienkiewicza w Kielcach”. Po rozłożeniu publikacja przypomina ulicę, a jej czytanie zamienia się w spacer. Czytelnik ogląda kolejne budynki, śledzi obrazy i napotyka głosy towarzyszące bohaterowi podczas przechadzki. Starsza wersja książki ma ponad dziesięć metrów długości. Nowsza, przygotowana po około dwudziestu latach, uwzględnia zmiany, jakie zaszły w przestrzeni miasta.

– Żeby przeczytać tę książkę, trzeba ją rozłożyć i przejść wzdłuż niej, a potem wrócić. To nie jest publikacja, którą zabierzemy do tramwaju albo poczytamy w fotelu. Czytelnik odbywa spacer razem z bohaterem – wyjaśnia Agnieszka Rybarczyk.

Inny pomysł Nowakowskiego to seria „Nieopisanie świata” – jedna z części to publikacja przyjmująca postać wielkiej płachty, przypominającej mapę. Inspiracją była podróż na Węgry i wrażenie płaskości tamtejszego krajobrazu. Autor chciał opowiedzieć o tej płaskości, dlatego wybrał formę, która sama jest płaska. Ale na tym nie koniec: po przeczytaniu publikację można zgnieść i uformować z niej kulę przypominającą globus.

– Pamiętam, że kiedy kupiliśmy tę książkę do kolekcji, pomyślałam: „Nie ma opcji, żebym ją zgniotła!”. Rozumiem ideę autora, ale miałam świadomość, że to jedyny egzemplarz w naszych zbiorach. Zależało mi, żeby go zachować w nienaruszonym stanie – dodaje nasza rozmówczyni.

W tym przykładzie szczególnie wyraźnie widać związki liberatury z architekturą. Przestrzeń, kształt i sposób poruszania się po dziele stają się częścią opowieści. Czytelnik nie tylko obserwuje świat przedstawiony, ale fizycznie w nim uczestniczy. Nowakowski tworzy również własne kroje pisma i eksperymentuje z układem typograficznym. Większość jego publikacji powstaje w trzech językach: polskim, angielskim i esperanto.

 

 

Butelka zamiast okładki

Czy książkę można wypić? Teoretycznie tak. Zdziwienie może wywołać inna publikacja Fajfera – „Spoglądając przez Ozonową Dziurę”, określana jako „poemat w butelce”.

– Śmieję się, że mamy trzy flaszki, bo posiadamy trzy wersje tej publikacji: pierwsze wydanie, drugie poprawione i wydanie w języku angielskim. Stąd też tytuł mojego autorskiego wykładu o liberaturze: „Czy książkę można zjeść i wypić?” – opowiada Agnieszka Rybarczyk.

Butelka nie jest tu przypadkowym opakowaniem. Stanowi element dzieła, a jej funkcja wykracza poza przechowywanie zawartości. To właśnie takie przykłady pokazują, że w liberaturze granica między książką a przedmiotem codziennym może się zacierać. Zresztą nie tylko butelki i pudełka trafiają do bibliotecznych zbiorów. Są też publikacje, które można zjeść. W tym przypadku chodzi o numer czasopisma „Cegła”, poświęcony jedzeniu i spożywaniu, w którym teksty poetyckie wydrukowano na jadalnych opłatkach. Wśród autorów znaleźli się między innymi Konrad Góra, Marcin Świetlicki i Andrzej Sosnowski. Poezja staje się czymś, co można dosłownie skonsumować.

– Oczywiście jedzenie jest tu traktowane również metaforycznie. Ale gdybym się uparła i była głodna, mogłabym skonsumować poezję – żartuje rozmówczyni.

„Cegła” to czasopismo, które z każdym numerem dopasowuje formę do treści. Numer poświęcony tożsamości może przyjąć kształt lustra, inny – paszportu, a jeszcze inny nawiązywać do zanieczyszczenia środowiska. W czasie pandemii powstały także maseczki z fragmentami wierszy, między innymi Mickiewicza i Gałczyńskiego.

 

 

Wymazywanie, czyli jak napisać nowy tekst, niczego nie dopisując

Nie wszystkie publikacje z kolekcji są liberaturą w ścisłym znaczeniu tego słowa. Wśród nich znajduje się także nurt określany jako erasure, czyli wymazywanie. Polega na przetwarzaniu istniejącego już tekstu poprzez usuwanie z niego słów i pozostawianie tylko wybranych fragmentów. Zamiast dopisywać nowe zdania, autor tworzy nową opowieść z tego, co zostało. Może to być poezja, proza, tekst prasowy albo klasyczne dzieło literackie. Przykładem jest „A Humument” Toma Phillipsa, projekt oparty na dziewiętnastowiecznej powieści „A Human Document” W. H. Mallocka. Autor przekształcił kolejne strony w osobne kompozycje graficzne. Pozostawione słowa tworzą nowy tekst, a pozostałe fragmenty zostają zamalowane, zasłonięte lub włączone w obraz. Każda strona może przypominać niewielkie dzieło sztuki, a czytelnik próbuje odczytać tekst wyłaniający się z wizualnego chaosu. Phillips zmieniał swoją książkę w kolejnych wydaniach, dzięki czemu można prześledzić ewolucję jego koncepcji.

– To dla mnie fascynujący sposób badania tego, jak twórca zmienia swoje podejście do własnego dzieła. Najlepiej byłoby mieć wszystkie wydania, ale nawet dostęp do strony internetowej, na której można porównać poszczególne wersje, daje bardzo dużo – mówi Agnieszka Rybarczyk.

 

Czy książkę można przeczytać całym ciałem?

Wiele dzieł liberackich wymaga fizycznego kontaktu. Trzeba je rozłożyć, przekładać paski, obracać kartki, czasem schylić się nad publikacją albo przemieścić się wzdłuż niej. Czytanie przestaje być wyłącznie czynnością intelektualną i angażuje także ciało. W liberaturze określa się to niekiedy mianem haptyczności – znaczenia dotyku i fizycznego kontaktu z przedmiotem. To ważne również z punktu widzenia bibliotekarzy, którzy muszą znaleźć sposób na przechowywanie i udostępnianie obiektów często delikatnych, nietypowych i trudnych do zabezpieczenia.

Z kolekcji można korzystać w Czytelni Zbiorów Specjalnych i Regionalnych Biblioteki Uniwersyteckiej w Poznaniu. Książek nie wypożycza się do domu, między innymi dlatego, że wiele z nich jest rzadkich, delikatnych i trudno dostępnych na rynku. W zbiorach znajdują się również opracowania naukowe poświęcone liberaturze.

Za jednego z najważniejszych polskich twórców i teoretyków liberatury uważa się Zenona Fajfera, który w 1999 roku opublikował tekst „Liberatura. Aneks do słownika terminów literackich”. W kolejnych latach ważną rolę w popularyzacji tego nurtu odegrało krakowskie wydawnictwo Ha!art, publikujące książki liberackie i rozwijające poświęconą im serię redagowaną przez Fajfera i Katarzynę Bazarnik. To dzięki takim inicjatywom nietypowe książki zaczęły trafiać do kolejnych bibliotek i na uniwersytety. Nadal pozostają niszowe, ale mają wierne grono czytelników, badaczy i twórców.