Witamy w MAJU! Najnowszy numer SUKCESU jest już dostępny 🌞 zapraszamy do lektury e-wydania najpopularniejszego magazynu lifestylowego o Poznaniu 🌞  

Organizator:

Aktorstwo? To jest to!!!

14.06.2023 11:21:40

Podziel się

Związany z Poznaniem, bo tutaj w Scenie na Piętrze odbyły się premiery trzech napisanych przez niego jednoaktówek. Zawsze chętnie tu przyjeżdża, choć teraz z lekkim przekąsem mówi o rozkopanym mieście. Aktor teatralny, filmowy i dubbingowy, reżyser, felietonista, kabareciarz oraz autor tekstów i sztuk, a teraz także książki „Sekrety zza kulis”. Nie ma dla niego rzeczy niemożliwej, najwyżej zajmie mu to trochę więcej czasu. Żartowniś z dystansem do siebie. Jacek Kałucki.

ROZMAWIA: Elżbieta Podolska
ZDJĘCIE: Archiwum prywatne

Urodził się Pan w Wielkopolsce, w Kaliszu i tam zaczęła się Pana przygoda z teatrem w wieku... 4 lat. Od razu chciał Pan być aktorem?
Jacek Kałucki: Oczywiście że nie, ale... strażakiem też nie. W podstawówce pociągały mnie podróże i stwierdziłem, że najlepiej zostać marynarzem. Wtedy można zwiedzić cały świat i w dodatku zarobić niezłe pieniądze. W liceum myślałem o prawie. Zawsze wkurzała mnie otaczająca niesprawiedliwość. I to począwszy od drobnych scysji z belframi, na poważniejszych problemach skończywszy. I przyszedł rok 1970, kiedy kaliski teatr objęła Izabella Cywińska. Kontakty z nią, z aktorami, fajne gaduły, uczestniczenie w próbach (jako nielegalny obserwator na drugim balkonie), bankieciki w domu aktora... to wszystko spowodowało, że teatr ogrywał dla mnie... główną rolę. Już wiedziałem, że to jest to!

Potem były studia aktorskie w Krakowie z przenosinami do Warszawy. Już podczas studiów nie tylko grał Pan w przedstawieniach uczelnianych, ale też w filmach i sam pisał scenariusze widowisk. Zawsze ciągnęło Pana do pisania?
Nie. Ten pociąg do pióra znalazłem trochę później i zawsze wiązało się to z „potrzebą chwili”. W krakowskiej Szkole Teatralnej zmontowałem program pt. „Jazz i poezja” z którym tu i ówdzie występowaliśmy z kolegami dla nielicznie zgromadzonej publiczności. Niemniej był to jakiś „zastrzyk” do skromnego stypendium. Później już bardziej na poważnie (także w krakowskiej PWST) stworzyłem spektakl „Z poezji współczesnej – BYĆ”. Przedstawienie zostało zakwalifikowane na Festiwal Szkół Teatralnych w Nowej Rudzie, gdzie zdobyliśmy wyróżnienie. Ale te wszystkie działania bardziej wiązały się z zainteresowaniem reżyserią, pewną wizją teatru poetyckiego. Tak na dobrą sprawę pisać zacząłem na początku lat dwutysięcznych, kiedy powstała moja pierwsza sztuka (pokazywana zresztą w Poznaniu w Scenie na Piętrze) pt. „Jakoś to będzie”. Przyszła do mnie przyjaciółka i powiedziała, że potrzebuje sztukę kameralną, mobilną, najlepiej komedię, ale polską, współczesną, do śmiechu, a nie do rechotu. Spytałem „Na kiedy?”. Odpowiedziała, że na... wczoraj. Przekopałem całą swoją bibliotekę i nic nie znalazłem, co odpowiadałoby jej wymogom. Postanowiłem sam napisać sztukę pod pseudonimem Jacek Hempel, żeby ewentualni recenzenci-przyjaciele mieli komfort w wydaniu opinii. I tak się zaczęło. Wcześniej były jakieś próby piosenek dla dzieci, scenariusze... ale to wszystko były jedynie „wprawki”.

Gdyby miał Pan wymienić jedną rolę filmową i jedną teatralną, która była spełnieniem marzeń dla Pana jako aktora?
Takiej jeszcze nie było. Były zapamiętane, trudne, wymagające wysiłku zarówno fizycznego, jak i intelektualnego. Ale żeby była spełnieniem marzeń...?! Kiedy będzie takowa, to obiecuję, że zadzwonię do Pani i pierwszą o tym poinformuję. Kiedy aktor uważa, że jest spełniony, wtedy powinien zmienić zawód. Znam tylko jednego – jest nim Marek Kondrat, ale tak do końca nie jestem przekonany...

Po wielu latach wrócił Pan do pisania. I tu pojawia się Poznań i Scena na Piętrze, a także dwaj niesamowici faceci: Romuald Grząślewicz i Piotr Żurowski. Oni też pojawiają się jako jedni z bohaterów Pana pierwszej książki „Sekrety zza kulis”, która niedawno ukazała się w księgarniach. Z tego, co wiem, od dawna znajomi, przyjaciele i rodzina namawiali Pana do napisania wspomnień. Jednak ta książka to nietypowy zbiór opowieści z Pana życia. 
Tak, ma Pani rację. Romuald i Piotrek to niesamowici faceci i odegrali w moim życiu ważną rolę. Jaki żal, że Romek odszedł w zaświaty i nie mogę usłyszeć jego komentarza oraz recenzji mojej książki, ale od czegóż jest wyobraźnia: „Panie Jacku Hemplu Kałucki kochany! I znów mnie waść zaskoczył... dodam z pełną atencją, powagą i uniżonością – pozytywnie!” Chyba tak by było...

To prawda, namowy były – także Grząślewicza. A tak naprawdę „przekonał” mnie do książki przypadek. Kiedy podczas pandemii odcięty byłem – jak wielu z nas, od normalnego życia, spotkań, rozmów, posiadów... czułem się źle, wtedy namówiony zostałem przez córkę do założenia konta na Facebooku. Miałem jakiś pozorny kontakt z przyjaciółmi. Na swojej stronie zamieściłem pierwszy post dotyczący... już nie pamiętam kogo, ale na pewno ważnej postaci polskiej sceny i filmu. Natychmiast posypały się polubienia, telefony i prośby o następne i następne. Aż w końcu moja przyjaciółka Adrianna Godlewska-Młynarska zadzwoniła i kategorycznie zakomunikowała, że mam usiąść na tyłku i natychmiast, albo jeszcze szybciej, napisać większą część! Nie miałem wyboru – siadłem.

Zafascynowała mnie opowieść o Irenie Kwiatkowskiej i siedzeniu na trawie. Tego się po niej nie spodziewałam. W książce jest wiele takich niespodziewanych historii.
Pani Irenka wciąż zaskakiwała mnie i, jak się okazuje, Panią również! Na tym właśnie polegała jej indywidualność i niepowtarzalność. Była osobą nie do podrobienia! Potrafiła czytać książkę telefoniczną albo liczyć do stu w taki sposób, że za każdym razem umierałem ze śmiechu! Sam się dziwię, że jeszcze żyję i rozmawiam dzisiaj z Panią.

Przy okazji dowiadujemy się także nieco o Pana życiu. Opowiada Pan o tym jakby przy okazji: odejście z teatru, włoska przygoda, życie wolnego strzelca, które łatwe dla aktora nie jest, organizacja imprez…
Bardzo intrygujące pytanie, ale nie odpowiem Pani na nie (nawet do rymu)! Wszystko jest opisane w mojej książce „Sekrety zza kulis” i nie odbierajmy potencjalnym czytelnikom frajdy z uchylania poszczególnych kulis. Ale jak już jesteśmy przy tym, to powiem z całym naciskiem, że nie jest to moja biografia. Są to – jak napisał Maciej Wojtyszko w przedmowie: „... wspomnienia, które zmieniają się w anegdoty i anegdoty, które są wspomnieniami”, przy zachowaniu chronologii.

Wspomina Pan w książce o serialu „Barwy szczęścia” i podejściu ludzi do roli Krzysztofa Jaworskiego. Widzowie utożsamiają Pana z Jaworskim i jego „wybrykami”?
Oj tak, bardzo często. Na szczęście ostatnio Jaworski przechodzi pozytywną metamorfozę i nie muszę aż tak bardzo wstydzić się za swoją postać. Na szczęście w większości to są miłe „zaczepki”, a nawet zdarzają się tacy, którzy chwalą postawę Jaworskiego na osiedlu, ale z pewnością nie jest to moja grupa krwi: „Panie Krzysiu, trza troszku za mordę wziąć to społeczeństwo, bo inaczej, kurza twarz, porzundku w tym kraju nie bedzie!”.

Lubi Pan spotkania z czytelnikami? To nowa dla Pana rola. Bardzo różni się od stania na teatralnej scenie?
Lubię, bardzo lubię! Człowiek może tyle się dowiedzieć o sobie i o tym, co go otacza. Poznaję często ludzi spoza mojego środowiska, dowiadując się o ich problemach, gustach, preferencjach... Szczególnie dzisiaj, kiedy przepływ informacji jest – mówiąc delikatnie – bardzo skomplikowany. Poza tym takie spotkania dają mi kopa do działania. Jeszcze kilka lat temu wydawało się absurdalne, że napiszę i wydam książkę. A dzisiaj? Dan Brown miał rację, pisząc: „Wszystko jest możliwe. Niemożliwe wymaga po prostu więcej czasu”.