Witamy w MAJU! Najnowszy numer SUKCESU jest już dostępny 🌞 zapraszamy do lektury e-wydania najpopularniejszego magazynu lifestylowego o Poznaniu 🌞  

Organizator:

Anioł Farmacji

16.07.2023 10:20:58

Podziel się

Pełna energii i zapału do pracy. Nie potrafi usiedzieć na miejscu. Dla ludzi ma zawsze czas, by porozmawiać, doradzić, wysłuchać. Społeczniczka o wielkim sercu, której życie mogłoby być kanwą filmu o Poznaniu, farmacji, zaangażowaniu. Pracowała w Pollenie Lechii, Poznańskich Zakładów Farmaceutycznych, gdzie wraz z zespołem opracowywała receptury leków, takich jak choćby: Undofen czy Xylometazolina. Maria Korpal podkreśla, że ma 85 lat, ale na tyle się absolutnie nie czuje i póki sił starcza, nie zamierza zwalniać. Dwie kadencje temu została radną osiedlową, bo jak twierdzi, tato jej zawsze powtarzał, że trzeba służyć i pomagać innym.

ROZMAWIA: Elżbieta Podolska
ZDJĘCIE: Piotr Jasiczek

Jak to się stało, że została Pani radną osiedlową Grunwald-Południe?
Maria Korpal: Przez wiele lat prowadziłam aptekę na ulicy Grunwaldzkiej. Ludzie przychodzili do mnie nie tylko po leki, ale też porozmawiać, poradzić się, opowiedzieć najnowszy kawał, czy o tym, co robią dzieci i wnuki. Z wieloma pacjentami zaprzyjaźniliśmy się. Dobrze znam też Grunwald, bo mieszkam tu już kilkadziesiąt lat. W 2015 roku przyszła jedna ze znajomych, pani Ania, i zapytała, czy nie chciałabym pomóc i kandydować do Rady Osiedla. Zgodziłam się. Zdobyłam bardzo dużo głosów, co mnie bardzo zaskoczyło. To nałożyło na mnie dodatkowy obowiązek wobec wyborców. Nie mogę zawieść ich zaufania. Postanowiłam wtedy, że będę walczyła o chodniki, o ich remonty, bo niestety, wiele jest w tym względzie do zrobienia w naszej dzielnicy. Mogę to powiedzieć, jako starsza pani, ale też jako prababcia, która widzi, jak ciężko jest pchać po dziurach wózek na spacerze. Wiele rzeczy udało nam się już naprawić i poprawić, ale też jeszcze sporo zostało.

Kocha Pani Poznań, ale Pani rodzina pochodzi ze Szreniawy. Pani mama pochodziła z rodu Glabiszów, właścicieli majątku. Tam zresztą Pani rodzice brali ślub.
Tak. Cała moja rodzina związana była z Wielkopolską. Mogłabym opowiadać historie o każdym członku rodziny, bo zawsze starałam się tym interesować. Kilka lat temu odwiedziłam Szreniawę. Wiele szczegółów znałam z rodzinnych przekazów. W odrestaurowanym pałacu jest sporo pamiątek po mojej rodzinie. Wiele z nich sama przekazałam. Cieszę się, że dyrektorem jest dr Jan Maćkowiak, który dba o wszystko i ma w sobie tyle pasji i energii. Po latach do Szreniawy wrócił mój syn Jacek, który tam pracuje. Dla mnie to symboliczny powrót po latach do korzeni naszej rodziny.

Pani ojciec był lekarzem i społecznikiem. Jak Pani mówi, to po mim ma Pani zamiłowanie do medycyny i do pomagania.
Ojciec był pasjonatem, który kochał to, co robił. Tytuł doktorski zdobył w wieku 27 lat na Uniwersytecie Jagiellońskim. Potem tworzył oddział chorób wewnętrznych w Jaśle, był dyrektorem tamtejszego szpitala.

O Pani tacie też można by rozmawiać godzinami, bo to nietuzinkowa postać.
Tak. Po wysiedleniu ojciec znalazł pracę w Kołaczycach koło Jasła. Mieszkaliśmy przy samym rynku i tam był gabinet ojca. Na dole znajdowała się apteka magistra Artura Grottgera. Pozwalali mi tam zaglądać, pokazywali i uczyli różnych rzeczy. Mój tato był tam bardzo znany i ceniony. W czasie wojny należał do Armii Krajowej, pomagał partyzantom, ratował Żydów, co mam potwierdzone na piśmie. Nie raz były sytuacje, że cudem uniknął śmierci, bo dla niego najważniejsze było ratowanie pacjentów, nawet kiedy wiedział, że może zostać zatrzymany przez Niemców. Był nawet wraz z innymi mężczyznami zakładnikiem w czasie wojny. Uciekł z transportu, udało mu się przekonać Niemca, żeby go nie zastrzelił, kiedy złapano go w spacyfikowanej wiosce. Pomagał tam jeszcze żyjącym ludziom. Spotkałam też człowieka, któremu ojciec przyszył palce. To wtedy było niesamowite i ten pacjent został potem generałem, więc zabieg musiał być wykonany bardzo dobrze. Zawsze chciałam pracować z taką pasją i poświęceniem jak mój ojciec.

Wybrała Pani jednak farmację, a nie medycynę.
Medycyna to bardzo trudny zawód dla kobiety. Chciałam być blisko tego, co robił mój tato, stąd taki wybór.

Po studiach trafiła pani do wielkiej firmy, ale kosmetycznej.
Zostałam zatrudniona w Pollenie Lechii. Najpierw byłam na stażu, a po nim zostałam kierownikiem wydziałowego laboratorium kontroli jakości.

W 1975 roku trafiła Pani do Poznańskich Zakładów Farmaceutycznych.
Poznańskie Zakłady Farmaceutyczne nawiązały ze mną współpracę, bo zajmowałam się aerozolami, a potem dostałam propozycję pracy. Nie zastanawiałam się długo, bo choć praca przy kontrolowaniu jakości kosmetyków była bardzo ciekawa, to jednak praca z lekami to było zajęcie zgodne z kierunkiem moich studiów. To był najważniejszy powód, ale drugim były też dojazdy do pracy. Do Polleny musiałam jechać przez całe miasto, wstawać o 5. rano, wychodzić o 6., a do PZF mogłam chodzić spacerkiem, bo było tak blisko. Pracowałam w zakładowym laboratorium badawczym na stanowisku technologa ds. aerozoli.

To była ciekawa praca?
Bardzo. W moim zespole opracowywaliśmy receptury nowych preparatów. Wtedy nad każdą z nich pracowało się bardzo długo, około 5 lat. Najpierw dobieraliśmy do substancji czynnej odpowiednie składniki pomocnicze. Leżakowały one w różnych temperaturach. Współpracowaliśmy z analitykami, którzy też przeprowadzali badania i kiedy wszystko było gotowe, to przekazywaliśmy do badań klinicznych. I dopiero po uzyskaniu pozytywnych opinii się go rejestrowało i wdrażano go do produkcji. Bardzo dużo eksportowaliśmy z Polfy różnych preparatów i to na cały świat. Musieliśmy więc sprawdzać, jak leki zachowują się w wysokich temperaturach.

Udało Wam się przygotować leki, które do tej pory są w sprzedaży i pomagają pacjentom.
Są wśród nich takie leki, jak Undofen, Xylometazolina, Freskin, Salbutamol, Astmopent. To były moje dzieci.

Zdobywaliście za nie nagrody zespołowe i Pani indywidualne.
Byłam laureatką nagród NOT-owskich, które zdobywałam za wybitne osiągnięcia w dziedzinie farmacji. W 1987 roku zdobyliśmy nagrodę zespołową II stopnia za nowy lek przeciwastmatyczny Beclocort, który stworzyliśmy w dwóch stężeniach mite i forte. Niczym nie ustępował on preparatom zagranicznym. Otrzymałam również nagrodę za preparat Lignocaina w postaci aerozolu.

Pamięta Pani, jaki był ten ostatni opracowany przez panią preparat?
To był Cropos Aerosol, odpowiednik preparatu Intal, który również został nagrodzony.

Pod tym względem poszła Pani w ślady ojca, bo z tego, co wiem, on także tworzył własne leki.
Tak, ale to były inne czasy. Opowiadano mi, że tato przygotowywał dla pacjentów własne szczepionki. Miał mikroskop w gabinecie. Miał też aparat do EKG. To wtedy było niesamowite. Tato był hobbystą majsterkowiczem i wraz z kolegą, który był inżynierem, skonstruowali taki aparat. Co ciekawe, działał do jego śmierci w 1987 roku. Mam cały czas ten aparat na pamiątkę. Zresztą zajmował się nie tylko medycyną, ale też m.in. składaniem... samochodów. Samodzielnie złożył wartburga, którego potem odziedziczył mój brat i jeszcze wiele lat nim jeździł. Bardzo lubiłam, kiedy podczas pobytu w Jaśle u taty zabierał mnie do małego fiata i jechaliśmy do pacjenta. To była chwila, kiedy mogliśmy spokojnie porozmawiać o wielu sprawach. To tato mi też powiedział, że medycyna i farmacja to dwie siostry i mam wybrać tę drugą.

Po odejściu z firmy farmaceutycznej założyła Pani prywatną aptekę. Przyjeżdżali pacjenci z całego Poznania.
Tak, rzeczywiście. Apteka powstała w domu przy ulicy Grunwaldzkiej 99, który wybudowali moi dziadkowie jeszcze przed wojną, a teraz mieszka w nim szóste pokolenie naszej rodziny. To była niewielka apteka, osiedlowa. Ale to właśnie było w tym najlepsze, bo mogliśmy się zajmować ludźmi. Była znakomita atmosfera. Szacunek i życzliwość nasza do pacjentów i pacjentów do nas. Przez dwadzieścia lat jej istnienia, bo została zlikwidowana w grudniu 2017 roku, dostaliśmy bardzo wiele podziękowań, kartek z życzeniami, często nawet gratulacji, jak choćby z powodu nagrody, którą odebrałam w 2015 roku.

Odwiedzający nas byli dla mnie zawsze pacjentami, ludźmi potrzebującymi pomocy, nigdy klientami. Ci są w marketach i innych sklepach. Starałam się wysłuchać ich, doradzić. Miałam też świetny kontakt z lekarzami z pobliskiej przychodni. To też byli lekarze z powołaniem. Mogłam się z nimi konsultować tak, by jak najlepiej doradzić i pomóc. Czasem wystarczyło pacjentów wysłuchać, poświęcić im chwilę, by poczuli się lepiej.

Pomagała też Pani osobom starszym.
Kiedy miałam pacjentów, którzy nie mogli przyjść do apteki. To sama się tym zajmowałam. Odbierałam recepty i potem zanosiłam im leki do domu. To dla mnie była rzecz normalna.

W 2015 roku została Pani wtedy wybrana Aniołem Farmacji.
To było dla mnie niesamowite przeżycie. To bardzo cenna nagroda, która stoi cały czas w moim domu na honorowym miejscu.

Co jest dla Pani najważniejsze w życiu?
Rodzina. Mąż Dariusz, z którym jestem już 62 lata po ślubie. Syn Jacek, z którego jestem dumna. Wnuczki Monika i Anna i prawnuczki Rozalia i Lilianna – to moje skarby. Oczywiście bardzo ważna jest też dla mnie historia rodziny i to, że mogę pomagać, tak jak mój tato i moja mama Anna z domu Glabisz, która miała serce otwarte dla każdego.