Najnowszy numer SUKCESU już dostępny 🌞 Sukces po poznańsku to najpopularniejszy magazyn lifestylowy o Poznaniu 🌞  

Organizator:

Bohaterowie potrafią być kapryśni

Podziel się

Jest jedną z najpopularniejszych autorek. Jej książki śmieszą, a inne poruszają, ale nie pozostawiają obojętnymi. W życiu jest zadaniowcem. Napisała już 19 książek i nie zamierza zwalniać tempa. Joanna Wtulich natchnienie czerpie z... życia. Jej najnowsza książka, która miała premierę w lutym, stawia trudne pytania. Czasami trzeba spaść na samo dno, by zobaczyć to, co najważniejsze. Joanna Wtulich w swojej najnowszej powieści „Zanim spadnę” kreśli portret kobiety, która w walce o siebie nie zauważa, jak bardzo rani innych. To emocjonalny rollercoaster o poszukiwaniu wiary w ludzi tam, gdzie wydawało się, że pozostały tylko zgliszcza. Czy Milena odważy się skoczyć w nieznane, by odnaleźć miłość?

ROZMAWIA: Elżbieta Podolska, ZDJĘCIA: Archiwum prywatne

 

Pani Joanno, zaczniemy od Poznania – to tutaj, dzięki konkursowi „Poznań Fantastyczny”, Pani literacka kariera nabrała rozpędu. Czy to miasto ma w sobie jakąś ukrytą energię, która sprawiła, że ta „szuflada” w końcu się otworzyła? Przez lata pisała Pani tylko dla siebie. Co takiego wydarzyło się w 2018 roku, że postanowiła Pani powiedzieć: „Teraz ja”? Czy to była kwestia odwagi, czy po prostu te historie nie mieściły się już w biurku?

Joanna Wtulich: Szczerze mówiąc, to przed rokiem 2018 nie było żadnych historii. Dla mnie wszystko zaczęło się od tego, że chciałam spełnić swoje największe marzenie, czyli wydać książkę. Akurat w 2018 roku tak się ułożyło moje życie zawodowe i osobiste, że pojawiła się przestrzeń i czas na pisanie. Ale zabrałam się za to od podstaw. Tzn. zapisałam się na kurs „Pasja pisania”, potem były pierwsze opowiadania i wygrane w konkursach literackich. Dopiero wtedy przekonałam się, że może jednak warto napisać coś większego, skoro te krótkie historie zdobywają nagrody i wyróżnienia. „Poznań Fantastyczny” był właśnie jednym z tego typu konkursów i chyba pierwszym, dzięki któremu zobaczyłam swoje nazwisko na okładce książki, bo ukazała się pokonkursowa antologia.

Zaczynała Pani od mrocznych opowiadań kryminalnych we Wrocławiu, a debiutowała psychologicznym romansem. Czy Joanna Wtulich to literacki kameleon, który nie boi się żadnego gatunku?

Nigdy nie przypuszczałam, że będę pisała cokolwiek innego poza opowieściami kryminalnymi, może ewentualnie obyczajowymi. Jednak czasem bohaterowie potrafią spłatać figla i przychodzą z takimi historiami, że mniejsza o to, kiedy i gdzie się one dzieją. Staram się więc podążać za moimi bohaterami. A oni potrafią być naprawdę kapryśni, a może nawet… szaleni? Na przykład coś, co miało być sagą rodzinną, przeobraziło się nieoczekiwanie w historyczną powieść przygodową w stylu Sienkiewicza, z bitwami, romansami, brawurowymi pojedynkami i całą masą perypetii. Mam na myśli Sagę napoleońską. Być może jest mi też prościej lawirować pomiędzy gatunkami, ponieważ teoria literatury nie jest mi obca i doskonale wiem, jakie są wymogi danego gatunku. Może też dlatego mam w sobie taką pewność, że podołam większości gatunków.

Jest Pani nauczycielką i bibliotekarką. Czy w szkole jest Pani tą „panią od polskiego”, która przemyca na lekcjach wątki z kryminałów, czy te dwa światy są od siebie oddzielone grubym murem?

Pracuję w szkole podstawowej, więc z tym kryminałem jestem raczej ostrożna, ale z pewnością mam słabość do tego typu literatury i staram się swoją pasję zaszczepić najmłodszym czytelnikom, choćby polecając im takie lektury, które wymagają wysiłku intelektualnego. A według mnie tam, gdzie jest zagadka, tam jest najlepsza zabawa i jednocześnie najbardziej wymagająca rozrywka. Poza tym od lat współpracuję z siecią nauczycieli bibliotekarzy z mojego powiatu skupionych wokół Biblioteki Pedagogicznej w Mławie, która jest filią Biblioteki Pedagogicznej w Ciechanowie. Dzięki temu mogę na zaproszenie moich koleżanek odwiedzać uczniów w innych szkołach i prowadzić warsztaty oraz po prostu zachęcać do czytania i pisania. Choć czasem się śmieję, że to takie strzelanie sobie w stopę, bo szkolę przyszłą konkurencję.

Biblioteka kojarzy się z ciszą i spokojem, a Pani książki – z emocjami i skomplikowanymi relacjami. Jak udaje się Pani zachować „pokerową twarz” bibliotekarki, mając w głowie te wszystkie literackie zbrodnie i namiętności?

Sądzę, że to kwestia mojej wyobraźni. Zawsze lubiłam wymyślać alternatywne zakończenia historii lub po prostu pisać je od nowa. Do tej pory zresztą tak mam i uważam, że to jedno z najlepszych źródeł inspiracji, kiedy człowiek ma w sobie niezgodę na to, co obejrzał w filmie lub przeczytał w książce. Moja praca wymaga może nie tyle pokerowej twarzy, co opanowania i skupienia. Dlatego w domu, przy swoim komputerze mogę się zrelaksować, właśnie żyjąc życiem moich bohaterów.

Mówi Pani, że słucha ludzi na forach i w kolejkach. Czy zdarzyło się Pani kiedyś „ukraść” jakąś historię usłyszaną w bibliotece i wpleść ją do swojej powieści?

Rzeczywiście lubię słuchać i zbieram bardzo często te okruchy, z których potem powstają moi bohaterowie i ich historie. Dzieciaki bywają źródłem świetnych językowych nieporozumień, co wykorzystałam w cyklu komedii. Od jakiegoś czasu bywam namawiana do napisania książki dla dzieci. Jedną taką, która jest publikacją promującą moją rodzinną miejscowość, Stupsk, mam na swoim koncie. Na razie jednak mam zbyt wiele innych, dorosłych zobowiązań. Natomiast raczej inspirują mnie te historie, które usłyszę od dorosłych, zwłaszcza starszych ludzi. Z reguły nie wplatam w tekst jeden do jednego tego, co słyszałam. To raczej zbieranina różnych ciekawych wątków, postaci, charakterów, miejsc. Dla mnie pisanie to jak układanie skomplikowanej mozaiki z drobniutkich elementów.

W „Ćmie” ucieka Pani od wizerunku idealnej „Matki Polki”. Dlaczego tak bardzo zależało Pani na tym, by Pani bohaterka była... po prostu prawdziwa, nawet jeśli czasem bywa irytująca?

Bo prawdziwi ludzie z prawdziwymi problemami są ciekawsi. Bo ich przemiana bywa spektakularna. Bo mogą zainspirować do zmian. Owszem, Ewa irytuje, wzbudza kontrowersje i zmusza do zastanowienia się, czy rzeczywiście sami jesteśmy kowalami swojego losu, czy może raczej ofiarami wdrukowanych nam schematów, a nasze decyzje wynikają właśnie z tego, w co wyposażyli nas lub nie nasi rodzice. Wiem, że Ewa nie jest typową „Matką Polką”, ale przez to jeszcze mocniej przeżywa się moment, w którym zaczynamy rozumieć, dlaczego tak, a nie inaczej postępuje. Czytelniczki pisały mi, że mimo tej początkowej niechęci, zaczynały jej w końcu współczuć, a nawet kibicować. I o to właśnie chodziło!

Wiele kobiet marzy o napisaniu książki, ale boi się oceny. Pani postawiła na prawdę. Czy pisanie o trudnych wyborach kobiet jest dla Pani formą manifestu?

Nie wiem, skąd wynika ten mój wewnętrzny dystans do moich tekstów. Chyba od początku tak miałam, że nie bałam się ocen. Szukałam wręcz osób krytycznie nastawionych do twórczości początkujących pisarzy. Zawsze powtarzam, że nie jestem moim tekstem, nie jestem moimi bohaterami. Ja jestem tylko opowiadaczem. Moja rola sprowadza się do zdania relacji z tego, co już gdzieś się wydarzyło. Nawet jeśli to miało miejsce w mojej głowie. Zatem czy może dotknąć mnie krytyka, jeśli stawiam się w roli kogoś z zewnątrz? Moich bohaterów nie zawsze da się lubić, a moje teksty mogą przypaść do gustu lub nie. Wszystko zależy od tego, czego szuka w książce czytelnik i przez jaki filtr osobistych sympatii, preferencji i przeżyć przepuszcza tekst. Ja po napisaniu nie mam już na to wpływu. Po co więc się tym frustrować? Miło jest słuchać zachwytów. Dobrze wiedzieć, co się sknociło, by tego unikać. Ale czy to znaczy, że mam napisać książkę od nowa? Dla mnie to zamknięty rozdział.

Która z Pani bohaterek ma w sobie najwięcej z Joanny Wtulich – tej prywatnej, a nie tej z okładki książki?

W różnych moich bohaterkach są jakieś kawałki mnie. Natomiast zawsze to powtarzam, że jestem nudna i niezbyt nadawałabym się na bohaterkę książki. Na pewno Anna Dukajska ma mój upór. Emilie Trelliard kocha ponad życie swoją córkę i zrobiłaby dla niej wszystko, zupełnie jak ja. Wśród bohaterek komedii kryminalnych są Anulka – przewodnicząca koła Gospodyń Wiejskich, którą ja też prywatnie jestem, oraz Jagna – lokalna pisarka, kochająca zwierzęta i kontakt z naturą. Wiele postaci z moich książek wypowiada na głos moje przemyślenia. Natomiast żadna z postaci to nie jestem ja.

Wyznaje Pani zasadę, że „chodzenie ma terapeutyczną moc”. Gdzie najczęściej Panią można spotkać z głową w chmurach i nowym pomysłem w ręku? To są miejskie chodniki czy raczej leśne gęstwiny?

Jeśli chodniki, to raczej turystycznie, bo lubię zwiedzać, najchętniej w towarzystwie kogoś, kto umie i lubi opowiadać. Najczęściej jednak włóczę się po polach w towarzystwie moich psów. Nic tak nie wietrzy umysłu i nie studzi emocji, jak solidny, kilkukilometrowy spacer.

19 książek w 5 lat! To tempo jest oszałamiające. Kiedy Pani śpi? A może pisanie to dla Pani tak silna kawa, że nie potrzebuje Pani odpoczynku?

Wbrew pozorom muszę odpoczywać, żeby pisać, wysypiać się i dbać o siebie. Nie wyobrażam sobie pisania, kiedy jestem zmęczona. Ja po prostu lubię pisać. Robię to, kiedy mogę. A podpisane umowy też bywają wspaniałą motywacją, bo trzeba się z nich wywiązywać. Można powiedzieć, że jestem pracowita i systematyczna. Nie znoszę zostawiać sobie pisania na ostatnią chwilę. Planuję z wyprzedzeniem, co i do kiedy mam napisać, ale też staram się sobie zostawić trochę czasu na czytanie, pracę w ogrodzie oraz całą resztę tego, czym zajmują się inni ludzie, czyli na pracę i dom. Mam swoje rytuały, swój czas w ciągu dnia na pisanie i tego staram się trzymać. Część tekstów, na przykład wydanych w ostatnim roku, powstała dużo wcześniej, w latach uboższych w premiery. Czekały na swoją kolej. Poza tym piszę od 2018 roku, a wydaję od 2020, więc łatwo policzyć, że to daje ledwie niecałe trzy książki rocznie. I w takim tempie mniej więcej piszę cały czas. Kluczem jest to, że nie robię zbyt długich przerw.

Nie wierzy Pani w wenę, tylko w ciężką pracę. Czy to ta słynna wielkopolska solidność (choćby tylko literacko zaszczepiona w Poznaniu) pomaga Pani domykać każdy projekt?

Przyznam ze wstydem, że w Poznaniu byłam tylko raz, choć zjeździłam naprawdę niemal całą Polskę i spory kawałek Europy. Natomiast wszystko, co napisałam, zawdzięczam swojej naprawdę ciężkiej pracy oraz godzinom ślęczenia przed komputerem nawet wtedy, gdy się nie chce. Taki już mam charakter, że lubię kończyć to, co zaczęłam. Przypominam, że jestem też uparta, o czym wspominałam wyżej, i lubię stawiać sobie cele. Jestem typem zadaniowca.

Jakie to uczucie być „dziewczyną z sąsiedztwa”, która nagle zaczyna współpracować z największymi wydawnictwami w Polsce? Czy sukces zmienił coś w Pani codziennym życiu?

Nie lubię się afiszować zbytnio sukcesami. Owszem, moi sąsiedzi, współpracownicy i znajomi wiedzą, że piszę książki, które można dostać w księgarniach, ale nie sądzę, by zdawali sobie sprawę z tego, że mam czytelniczki w całej Polsce i że wiele z nich do mnie pisze. Że moje książki są w wielu bibliotekach, a także fizycznie na półkach księgarń w dużych miastach. Czasem sobie żartuję, że to skutek uboczny mojego zamiłowania do opowiadania. Na popularności zależy mi tylko w kontekście tego, żeby moje książki były czytane i znane. Nie zabiegam o popularność i też niczego ona w moim życiu nie zmienia i nie zmieni. Nadal jestem nauczycielką, ciągle siedzę przy swoim starym laptopie i sączę kawę. Nie ciągnie mnie do zmian i do wielkiego świata. Może dlatego, że mam całkiem sporo tych ciekawych światów w głowie?

Ernest Bryll i Maciej Wojtyszko oceniali Pani teksty. Czy po takich recenzentach jakakolwiek inna opinia może jeszcze Panią zestresować?

To było dawno, na początku mojej drogi. Z rozrzewnieniem wspominam konkurs literacki na opowiadanie ogłoszony przez Ośrodek Kultury Arsus w Ursusie. Przede wszystkim to był ogromny zaszczyt i wyróżnienie, móc dostać aż dwie nagrody w tym konkursie. Tak jak wspomniałam, nie obawiam się krytyki. Jeśli jest konstruktywna i odnosi się do budowy tekstu, języka czy konstrukcji postaci, dialogów, to ją przyjmuję. Jeśli to są wypowiedzi w stylu: nie podoba mi się, to wzruszam ramionami. Naprawdę nie mam problemu z tym, że komuś może nie przypaść do serca moje pisanie.

Ma Pani 19 książek na koncie i „rozpędza się Pani”. Co musi się stać, żeby Joanna Wtulich powiedziała: „Zrobiłam to, napisałam swoją najważniejszą książkę”?

Poniekąd napisałam tę swoją najważniejszą książkę. Z całą pewnością jest nią „Chmurnik”. Natomiast marzę o tym, by napisać jeszcze przynajmniej kilka takich historii.