Witamy w MAJU! Najnowszy numer SUKCESU jest już dostępny 🌞 zapraszamy do lektury e-wydania najpopularniejszego magazynu lifestylowego o Poznaniu 🌞  

Organizator:

Bycie artystą nie zwalnia z wynoszenia śmieci

04.01.2023 09:56:41

Podziel się

Są zgraną rodziną. Lubią ze sobą spędzać czas na czytaniu, ale też chodzeniu na wystawy, do muzeów, do teatru. Co roku razem wybierają się na narciarską wyprawę w góry. Jak się sami śmieją, wspólnie nie czytają tylko książek z fizyki, które pasjonują Pana Roberta. Bardzo się wspierają we wszystkim, co robią. Tworzą niesamowicie zgraną paczkę. Czworo artystów: Robert Sobociński, artysta rzeźbiarz, Aleksandra Sobocińska, rzecznik Muzeum Narodowego w Poznaniu, Joanna Sobocińska-Korczak, aktorka, Aleksander Korczak, artysta grafik.

ROZMAWIA: Elżbieta Podolska
ZDJĘCIA: Archiwum prywatne

Spotykamy się w nowym miejscu na mapie kulturalnej Poznania w Studio Korczak przy ul. Głogowskiej 36/15a. Trzeba wejść w bramę i wdrapać się po starych zniszczonych schodach na piętro kamienicy.

Aleksander Korczak: Przed ślubem mieszkaliśmy tutaj z Joasią. Kiedy się przeprowadziliśmy, stwierdziliśmy, że to będzie dobre miejsce na moją pracownię. Jedyny kłopot był tutaj z ogrzewaniem, ale zaradził temu mój teść Robert, który wymyślił ogrzewanie elektryczne i sam je założył. Potem uznaliśmy, że przecież możemy tutaj organizować wystawy, ale dlaczego też nie zagrać monodramu „Pani Sand”. I tak się zaczęło. Teraz zapraszamy do współpracy przy tworzeniu tego miejsca też innych artystów. Łazarz to ciekawa dzielnica, gdzie swoje pracownie ma wielu z nich.

Joanna Sobocińska-Korczak: Właśnie zakończyła się wystawa Olka „Sny o potędze”. To grafiki wykonane techniką linorytu. Bardzo się podobała. Część prac została sprzedana. To miejsce ma klimat i dobrą atmosferę. Lubię tutaj pokazywać „Panią Sand”, monodram, który jest opowieścią o życiu Fryderyka Chopina. Na widowni kilkanaście osób. Mam z nimi kontakt, a po spektaklu możemy rozmawiać i nikt nas nie pogania.

Rodzina artystyczna. Nie ma między Wami konfliktów?
Aleksandra Sobocińska: Działamy na podobnym polu i to pomaga nam się wspierać.

Próbujecie oddzielić swoją pracę od życia prywatnego, czy jednak sztuka wchodzi nawet przez dziurkę od klucza?
JS-K: My w małżeństwie staramy się oddzielić. Jeżeli są konflikty, to one wynikają z życia codziennego, a nie ze sztuki.

AK: Nie możemy mówić o żadnym konflikcie. To wszystko się przenika i uzupełnia. Sztuka jest obecna w naszym życiu codziennym, w rozmowach, spotkaniach.

JS-K: Jest raczej dodatkowym elementem codzienności.

AK: Myślę, że jest to piękny, wspólny mianownik dla całej naszej rodziny. To nas łączy i daje przestrzeń zrozumienia.

JS: Ja się uczę zrozumienia, ale myślę, że cała trójka artystów czerpie ze wspólnych doświadczeń i uczą się od siebie.

Robert Sobociński: Myślę, że to jest indywidualna sprawa, jak podchodzi się do sztuki. Czasem rozmawiamy na ten temat, ale nie wkraczam w obszar młodego człowieka. On ma zupełnie inne podejście. Ja już pracuję dla siebie, a młodzi muszą jeszcze swoją sztukę przedstawiać światu. Staram się im tylko przekazać, że trzeba cały czas pracować i pokazywać kolejne dzieła. Kiedyś prof. Wojtowicz powiedział mojemu ojcu (Jerzy Sobociński – rzeźbiarz), jak byłem mały i do dzisiaj to pamiętam, że artysta powinien ciągnąć do pracowni jak pszczoła do ula. To jest najważniejsze. Życie nie może być nagięte do twórczości, bo wtedy okazuje się, że człowiek jest słaby.

Wielu jest takich artystów, którzy całe swoje, ale też i bliskich życie podporządkowują sztuce.
RS: Co innego podporządkowane, a co innego poddane.

JS-K: To jest chyba pytanie „na co w życiu się stawia”. Indywidualnie każdy decyduje o tym, co jest dla niego najważniejsze, czy to sztuka, a może rodzina. Myślę, że u nas sztuka jest ważna, ale nie jest najważniejszą rzeczą, przynajmniej u mnie.

RS: Jedno drugiemu absolutnie nie przeszkadza.

AS: Myślę, że my już od dzieciństwa zostaliśmy „skażeni”, bo cała nasza czwórka miała mniejsze lub większe korzenie artystyczne. Tato Roberta był rzeźbiarzem, mój ojciec był architektem, Olka rodzice długi czas prowadzili galerię sztuki, Joasia wiadomo, cały czas obracała się wśród artystów. Dla nas jest to więc naturalne. Dało nam to też zrozumienie, że w życiu potrzebna jest też duchowość, żeby funkcjonować.

Praca pracą, ale odpoczynek jest bardzo ważny. Znajdujecie na niego czas?
JS: Stwierdzamy, że chcemy wyjechać, odpocząć i robimy wszystko, by to się udało. Odpoczynek jest potrzebny, by zresetować głowę.

RS: Nie ma u nas z tym kłopotów. Najważniejsze, żeby nie tracić czasu, nawet wtedy, kiedy wydaje się, że na to, co robimy, nie ma zapotrzebowania, to wtedy właśnie trzeba pracować. Zawsze podkreślałem, że trzeba robić i się nad tym nie zastanawiać, bo w życiu człowieka i twórcy zawsze przyjdzie taka amplituda, która go wyniesie.

AS: Ja jako żona artysty, który bardzo dużo podróżuje ze względu na swoje wystawy, korzystam. Ten czas pracy, bo wystawa jest także czasem pracy dla artysty, staramy się również wykorzystać jako pewnego rodzaju dodatkowe wakacje artystyczne. Udaje nam się, bo przy okazji wielkich wystaw Roberta w Paryżu, w Anglii, teraz na Litwie mamy dodatkowe wspólne podróże.

Nie ma z nami jeszcze jednego ważnego członka rodziny, jakim jest pies. Podbił Wasze serca od razu? Dominuje w rodzinie?
AK: Jeżeli chodzi o ilość sierści w domu, to zdecydowanie dominuje, ale charakterem nie.

JS-K: Od pierwszej chwili go pokochaliśmy.

RS: To bardzo sympatyczny pies.

AS: My mieliśmy przez siedemnaście lat naszego ukochanego cocker spaniela i wydawało nam się, że poziom, który tak zawyżył nasz Toffi, trudno będzie kolejnemu zwierzakowi osiągnąć, ale Puszkinowi się udało.

RS: Zawsze były u nas psy. Jak Asia się urodziła, to mieliśmy dwa ogromne wilczury, które przestawiała i ustawiała, a była mniejsza od nich.

AS: Jesteśmy zwierzolubni. Jeszcze mamy koty sąsiadów, które wpadają z wizytą. Mijają się z psem, który bardzo chciałby je poznać, ale one raczej nie są do tego chętne.

Jesteście na widowni na wszystkich premierach córki i żony?
RS: Na wszystkich premierach tak oczywiście.

AS: Niemal na wszystkich spektaklach.

JS-K: Jesteśmy rodziną i bardzo się wspieramy w tym, co robimy.

AK: Oczywiście, że jesteśmy.

Macie swoje obowiązki domowe?
AK: Każdy z nas ma. Bycie artystą nie zwalnia z wynoszenia śmieci i innych rzeczy, które trzeba robić w codziennym życiu. Nie da się oddzielić grubą kreską jednego życia od drugiego. Jest wiele obowiązków domowych, które sprawiają mi wiele przyjemności.

RS: Ja to nazywam efektem murarza, który jak wybuduje ścianę, to ją widać. W sztuce nie zawsze efekt jest widoczny, więc dobrze jest robić rzeczy konstruktywne, żeby mieć poczucie, że praca się posuwa. Efekt satysfakcji murarza jest bardzo potrzebny, dlatego czasem trzeba coś zamieść.

AK: Albo czasem z teściem wybudować taras. I wtedy widać i satysfakcja jest ogromna.

JS: Ale jak umyjesz naczynia, to efekt też jest natychmiastowy.

AK: Ja tego tak bardzo nie odbieram, jeżeli chodzi o mycie naczyń. Na szczęście mamy zmywarkę.

AS: Jak weszłam do rodziny Sobocińskich, to z wielkim zdziwieniem i radością patrzyłam na inny model rodziny. U mnie w domu był patriarchat. Mama nie pracowała, za to ojciec pracował za dwóch albo nawet za trzech. Dwa i pół roku mieszkaliśmy z teściami i zobaczyłam, że teść gotuje obiady i robi to fantastycznie. To była kulinarna poezja. Bardzo mi się to spodobało, a Robert to przejął po tacie i świetnie gotuje. Nie robi tego często, ale jak już się bierze, to robi to doskonale. Panowie są też mistrzami grilla.

RS: Naturalne zachowania bardzo pomagają w twórczości, bo jak człowiek jest wyalienowany, to nie widzi różnicy. Dostrzeganie życia jest bardzo potrzebne, żeby widzieć to „nie życie” potrzebne w sztuce. Jest to bolączka polskiej sztuki, bo ja, jeżeli chodzi o wystawy, to jestem raczej emigrantem, bo od ponad trzydziestu lat wystawiam za granicą. Tutaj nie ma chętnych do pokazywania moich rzeźb. Nie ma takich galerii, sił i chęci – nie wiem.

Pana rzeźby do małych nie należą i potrzebują dużych powierzchni.
AK: To są takie nasze małe anegdotki. Kiedy Robert jedzie ze swoimi pracami na wystawę, to pojawiają się dźwigi i tiry. Ja swoje prace pakuję do walizki i jadę. Czasami zdarza mi się pomagać Robertowi w pracowni i muszę powiedzieć, że jest to brudna robota. Ja najwyżej ubrudzę sobie ręce tuszem i jest po sprawie.

RS: Jak jeździliśmy na początku lat 90. z Piotrem Szurkiem, wybitnym grafikiem do Paryża, to za mną jechał tir, a on miał na tylnej półce w samochodzie rulon z grafikami.

AS: Rzeźby Roberta można zobaczyć u nas w ogrodzie. Kilka lat temu postanowiliśmy organizować także takie krótkie wystawy prac artystów dzisiaj może już odrobinę zapomnianych, a których warto przypominać i doceniać. Wówczas mieszkanie zamieniało się w małą galerię sztuki. Zresztą w domu i w ogrodzie na co dzień stoją prace Roberta. To kilkadziesiąt prac. Teraz zrobiło się jakoś pusto, bo wiele dzieł jest wypożyczonych w galeriach we Francji, inne pojechały na Litwę na wystawę do Wilna. Przyzwyczailiśmy się, że mieszkamy wśród rzeźb.