Witamy w MAJU! Najnowszy numer SUKCESU jest już dostępny 🌞 zapraszamy do lektury e-wydania najpopularniejszego magazynu lifestylowego o Poznaniu 🌞  

Organizator:

Cukiernia, którą pokochali ludzie

01.02.2023 13:30:31

Podziel się

Wszystko zaczęło się od Krzysztofa Mohonia, który zdecydował się otworzyć cukiernię w 1988 roku. Kiedy już wybudował pawilon, gdzie znalazła się produkcja, sklep i biuro o powierzchni dwóch metrów kwadratowych, zabrał się za smażenie pączków. Codziennie osiedle Bolesława Śmiałego ustawiało się w wielką kolejkę, by je kupić. Zresztą do dziś się ustawia. Z czasem asortyment się powiększał, punktów sprzedaży przybywało, a do firmy dołączył syn – Tomasz Mohoń i po kolejnych latach córka – Karolina Mohoń-Skowrońska. Jednogłośnie przyznają, że bez rożka własnej produkcji ich dzień należy do straconych, a bez pracowników marka Cukiernia Jagódka nie byłaby dziś taka sama. Oprócz tego, że zarządzają firmą, doskonale się rozumieją i nie zamieniliby tej pracy na żadną inną. Są dumni ze swoich wyrobów, tego, że ludzie chętnie po nie sięgają i że codziennie mogą być razem…

ROZMAWIA: Joanna Małecka
ZDJĘCIA: Bonderphotography 

Krzysztof Mohoń: W sumie moja przygoda z cukiernictwem zaczęła się przypadkiem.

Podobno w życiu nie ma przypadków.
KM: Niby nie. Początkowo miałem być mechanikiem precyzyjnym, a przynajmniej tego chciał mój tata. Prowadził warsztat mechaniki precyzyjnej i liczył, że do niego dołączę. Kiedy poszedłem na badania, z uwagi na wadę wzroku, dostałem odmowę wykonywania zawodu. Wtedy ojciec zastanawiał się, co ze mną zrobić (śmiech), i wpadł na pomysł, że zostanę cukiernikiem.

I zacząłeś uczyć się w tym kierunku?
KM: Tak. W trakcie nauki byłem na praktykach w cukierni hotelu Merkury i uczyłem się pod okiem najlepszych cukierników.

Kiedy zapadła decyzja o otwarciu własnej cukierni?
KM: Wiesz co, myślę, że ona zapadła w sercu, w 1985 roku. Odkąd pamiętam kochałem makaroniki. Kupowałem je w każdą niedzielę, jeśli oczywiście miałem na to pieniądze. Zanim powstała Jagódka, pracowałem w innych cukierniach, w tym na stanowisku kierowniczym w Faworze. Miałem 20 lat, kiedy objąłem to stanowisko.

Byłeś bardzo młody.
KM: Tak. Chyba miałem potencjał (śmiech). Moja szefowa poszła na urlop macierzyński i zaproponowano mi, abym ją zastąpił. To było dla mnie duże wyróżnienie. Z czasem chciałem się usamodzielnić, dlatego zdecydowałem się na własny biznes. Cukiernia Jagódka powstała w 1988 roku, jej budowa na osiedlu Bolesława Śmiałego trwała trzy lata.

I stoi do dziś. Dlaczego tak długo to trwało?
KM: Głównie ze względu na brak materiałów.

A dlaczego akurat na osiedlu Śmiałego?
KM: Kiedy zacząłem jeździć po mieście i szukać działek, ta wydała mi się najlepiej położona. Zresztą, dookoła budowały się osiedla. Pamiętam, kiedy stałem w kolejce po wapno, które przywoziłem na budowę dosłownie na plecach, bo nie miałem samochodu. Inflacja galopowała. Kredyt, który dostałem na inwestycję, zaczął się kurczyć, a pieniądze uciekały. Ostatnie pół roku było koszmarne, nie pracowałem wtedy, kończyłem budowę zakładu i nie dość, że nie miałem pieniędzy, to jeszcze czasu dla rodziny. Dzieci odczuły to najbardziej. W domu brakowało wszystkiego. Żona pracowała jako nauczycielka, więc starczało tylko na podstawowe zakupy.

Tomasz Mohoń: Cieszyliśmy się z małych rzeczy. Kiedy mama przynosiła w siatce z zakupami lizaka, to była wielka radość. Rodzice liczyli każdą złotówkę. Pamiętam, że marsa czy snickersa dzieliliśmy na cztery części.

Karolina Mohoń-Skowrońska: Mieszkaliśmy wtedy na Wildzie, w 16-metrowej kawalerce. Toaleta była na zewnątrz i dzieliliśmy ją z sąsiadką. Wyobraź sobie, że kiedy jeździłam na kolonie, gdzie w ośrodkach w pokoju była jedynie umywalka, dzieci zastanawiały się, jak umyć się po całym dniu. A ja odpowiadałam wtedy: „No jak to jak, po wildecku!” (śmiech).

TM: Największym luksusem wtedy była wanna żeliwna używana raz w tygodniu, w której wszyscy po kolei się kąpali. To były czasy (śmiech).

KM-S: Kiedy miałam osiem lat, przeprowadziliśmy się na osiedle Stefana Batorego. Nie mogłam się tam odnaleźć i nie raz płakałam, że nie widzę mamy. Za duża przestrzeń (śmiech).

Pomagaliście tacie przy powstawaniu cukierni?
TM: Miałem wtedy osiem lat. Tata regularnie zabierał mnie na budowę. Pamiętam, kiedy malowałem farbą wszystkie wnęki, bo poza mną nikt się tam nie mieścił (śmiech). Wracaliśmy późnym wieczorem i byłem tak zmęczony, że zasypiałem na jego rękach. Nie raz sam jeździłem z Wildy na Piątkowo, żeby zawieźć tacie kanapki. Dzisiaj to jest nie do pomyślenia i pewnie gdyby takie rzeczy się działy, bylibyśmy zgłoszeni na policję (śmiech).

KM: Pomoc dzieci była nieoceniona, chociaż nie chciałem ich angażować. Dużo pomógł mi nieżyjący już teść. Kiedy cukiernia była gotowa, zaczęliśmy smażyć pączki. W sobotę i niedzielę sprzedawaliśmy ich ogromne ilości. Kiedyś nie wyobrażaliśmy sobie kawy bez pączka. Zaczynałem sam. Pracowałem wiele godzin i nie opłacało mi się wracać do domu. Rozkładałem łóżko polowe, które zimą stało przy piecu, a latem w biurze. Z domu wychodziłem w czwartek rano a wracałem w niedzielę wieczorem. Tak funkcjonowałem przez pierwsze dwa lata, potem zatrudniłem pracownika. Kiedy rozszerzyliśmy działalność o suche wypieki, musiałem przyjąć kolejne osoby.

TM: Pawilon, który wybudował tata, miał w sumie 100 metrów kwadratowych: 50 metrów zajmowała produkcja i sklep, a drugie 50 metrów było przeznaczone na magazyny, szatnie i część biurową. Nasze biuro miało 2 metry kwadratowe. Kiedy skończyłem 12 lat, pomagałem smażyć pączki. Latem sprzedawaliśmy przepyszne lody. Potem sukcesywnie uzupełnialiśmy asortyment. W końcu zaczęło nam brakować miejsca i tata dogadał się z sąsiadem z pawilonu obok, gdzie swoje miejsce znalazła deserownia.

Dlaczego postanowiliście poszerzyć asortyment?
KM: Pojawiały się kolejne sklepy w okolicy, które zaczęły zamawiać od nas wyroby. Chcieliśmy dać im coś więcej niż tylko pączki. W pewnym momencie pączek czy drożdżówka stały się produktami śniadaniowymi, a więc jeśli klienci mieli do nich dostęp w mniejszych sklepach, to do nas nie przychodzili. Uznaliśmy, że z większym asortymentem zyskamy więcej klientów. I tak też się stało. To oczywiście wiązało się z rozszerzeniem logistyki.

To znaczy?
KM-S: Pamiętam, że tata codziennie objeżdżał wszystkie sklepy i zbierał zamówienia. Zdarzało się, że jeździliśmy razem. Kiedy nasza sąsiadka zamontowała w domu telefon stacjonarny, to tata zaproponował, że będzie płacił jej rachunki, jeśli go nam udostępni. W związku z tym, że miał już sporo swojej pracy, ktoś musiał odbierać i zapisywać zamówienia. No i padło na mnie (śmiech). Miałam może 12 lat. Potem tata wymyślił, że zamiast chodzić do sąsiadki, trzeba przeciągnąć kabel do naszego mieszkania. Kiedy pojawiły się telefony z automatyczną sekretarką, miałam trochę mniej pracy (śmiech). Oboje z bratem od najmłodszych lat lubiliśmy pomagać w akcjach na tłusty czwartek, przy wypiekaniu Rogali Świętomarcińskich, sprzedaży lodów latem itd. Tomek kształcił się w tym kierunku od początku, ja jednak po liceum wybrałam studia dzienne na AWF-ie, mama mi zawsze powtarzała, że studia to najpiękniejszy okres w życiu, więc postanowiłam to sprawdzić (śmiech).

Ale wróciłaś do firmy?
KM-S: Jakoś tęskniłam za tymi rogalami (śmiech). Po studiach brat zaproponował mi, żebym dołączyła do rodzinnego biznesu. I tak zostałam. Trwa to już 15 lat i nie zamieniłabym tej pracy na żadną inną.

TM: Z dawnych czasów pamiętam żuka, którym ojciec rozwoził towar. Wchodziło tam 16 blach, które kładliśmy na podłodze. Potem mieliśmy już porządnego renaulta, wyposażonego w regały. Miałem wtedy prawo jazdy, więc kiedy mogłem, wskakiwałem do samochodu i rozwoziłem towar. Skończyłem też technikum o profilu piekarsko-ciastkarskim.

KM-S: Tomek kochał słodkie, odkąd pamiętam. Na osiedlu Batorego mieliśmy wspólny pokój. Wyobraź sobie, że kiedy już pracował jako kierowca, codziennie rano przychodził z pracy ok. 9.00, wchodził do łóżka z tortem truskawkowym naszej produkcji i zjadał go z kartonu (śmiech).

TM: Uwielbiałem go. Zresztą zdarza mi się do dziś po ten tort sięgnąć. Cieszę się, że oprócz zjadania naszych wyrobów przeszedłem wszystkie szczeble w firmie. Krokiem milowym w rozwoju cukierni i też moim wielkim sukcesem było wejście z naszymi produktami do dużej sieci marketów. To był 2005 rok. Wtedy produkcja mocno podskoczyła, mieliśmy coraz więcej zamówień. Tak mnie to zmotywowało, że z przysłowiową teczką jeździłem i szukałem kolejnych klientów.

KM: Muszę przyznać, że Tomek miał już wtedy takie kompetencje, że sam mógł spokojnie prowadzić firmę.

TM: Do dzisiaj mam (śmiech). Tak naprawdę to w tamtym okresie wydajność naszej produkcji była maksymalna. Brakowało nam miejsca, pracowaliśmy na trzy zmiany, zatrudnialiśmy kolejne osoby. Mieliśmy około 30 odbiorców zewnętrznych i trzy swoje sklepy. Chciałem powiększyć lokal i tu pojawił się pierwszy zgrzyt z tatą (śmiech).

Dlaczego?
TM: To były czasy kryzysu, wszyscy oszczędzali. Tata chciał podnieść ceny, a ja dalej chciałem biegać i szukać nowych punktów zbytu i nowego miejsca dla nas. Ojciec nie chciał inwestować, więc po cichu szukałem działki, aż pewnego dnia w biurze nieruchomości zaproponowano nam ten obiekt, w którym jesteśmy do dzisiaj.

KM: Nowa siedziba była dość ryzykownym posunięciem. Nigdy wcześniej nie mieliśmy do czynienia z tak wielką inwestycją, poza tym obiekt wymagał solidnych przeróbek. Wcześniej była tu produkcja lamp. Całość wymagała przebudowania. Udało się i z 200 metrów nagle znaleźliśmy się na 1000 metrów kwadratowych. Dużo stresu, dużo pracy, dużo ryzyka.

KM-S: Pierwsze rachunki, które dostaliśmy, były ogromne i baliśmy się, że nie damy rady finansowo.

TM: Koszty faktycznie nas przerosły, musieliśmy wspomagać się pożyczkami, ja na okrągło biegałem z teczką, szukając kolejnych klientów. Dopiero po dwóch latach działalności w Suchym Lesie złapaliśmy oddech.

KM-S: Ta przeprowadzka dała nam też coś, czego się nie spodziewaliśmy, czyli niezadowolenie ze strony pracowników. Zmiana lokalizacji nie wszystkim się podobała. W poprzedniej było ciasno, ale blisko do tramwaju, autobusu. Suchy Las był daleko.

TM: Na szczęście tylko jedna osoba zrezygnowała. Z czasem przywiązaliśmy się do tego miejsca, chociaż zaczyna nam być tutaj ciasno (śmiech).

KM-S: W międzyczasie zatrudniliśmy przedstawiciela handlowego, żeby jeszcze bardziej rozszerzyć rynek zbytu.

TM: Myślę, że w tym miejscu warto podziękować bratu ojca – Markowi, który przejął po mnie teczuszkę i to on załatwił wielu nowych klientów.

Jak zmieniła się firma od tamtego czasu?
KM-S: Mocno rozwinęliśmy nasze sklepy.

TM: Kiedyś mieliśmy żuka, dzisiaj jest to sześć samochodów i do każdego z nich wchodzi między 100 a 150 blach.

KM: Zaczynałem od jednego pracownika, a dzisiaj zatrudniamy ponad 80 osób.

Czy wielkie sieci marketów, które oferują wyroby cukiernicze, zabrały Wam klientów?
TM: Na pewno trochę tak, chociaż od kilku lat widzimy tendencję wracania do cukierni po sprawdzone i dobre rzemieślnicze wypieki. Poza tym przyszedł taki moment, kiedy doszliśmy do wniosku, że bardziej zasadne jest budowanie swoich sklepów niż obsługa punktów zewnętrznych, od których zaczynaliśmy. Markety chciały od nas coraz więcej, a umowy przez nich skonstruowane były dla nas mocno niekorzystne, dlatego wycofaliśmy się z tego. W Cukierni Jagódka staramy się przywracać wspomnienia z dawnych lat – od 2012 produkujemy tradycyjne kule lodowe: cassate, palermo i bakaliowe. Lody na bazie naturalnych surowców (mleko, śmietana, kakao) i regionalnej receptury z 1949 roku, z prawdziwą laską wanilii oraz soczystymi truskawkami, takie jak za dawnych lat. To niezapomniany smak, który pamiętają nasi rodzice czy dziadkowie. W późniejszym czasie do lodowego asortymentu dołączyły również pyszne lody rzemieślnicze i sorbety gałkowe. Współpracujemy z włoskimi firmami, a wiadomo, że włosi w temacie lodów gałkowych nie mają sobie równych.

KM-S: Wszyscy mamy poczucie tożsamości i niezależności, dlatego nie było zgody na to, aby tracić naszą lokalność i wysoką jakość, dopasowując się do sieciówek. Chcieliśmy robić swoje. Być może dlatego wciąż jesteśmy na rynku, a ludzie wciąż chętnie sięgają po nasze wyroby. Chociaż przyznam się, że kilka lat temu mieliśmy propozycję sprzedania firmy i naszego know-how. Nie zrobiliśmy tego. Tutaj wygrało serce i to, że jesteśmy mocno z firmą związani, no i z tatą, który przecież sam to wszystko zbudował.

Jak dzisiaj wygląda Wasz biznes?
TM: Biorąc pod uwagę wysokie koszty utrzymania biznesu, uznaliśmy, że rozsądniej będzie zrezygnować z małych odbiorców, z których nie ma dużego zysku. I tak ze 130 odbiorców mamy 90. Mamy kilkanaście swoich sklepów w Poznaniu i pod Poznaniem, jak choćby sklep z kawiarnią w Rokietnicy, Obornikach czy Szamotułach. Nawiązaliśmy współpracę z Warszawą, gdzie produkujemy i wysyłamy rogale świętomarcińskie oraz nasze słynne rożki, które poznaniacy uwielbiają. Myślimy też o rozszerzeniu działalności na inne regiony Polski.

KM-S: Filarem naszej firmy i gwarancją jej stabilności są ludzie. Cieszymy się, że mamy stałą ekipę, która jest z nami od lat. Dla nas nikt nie jest anonimowy, w Jagódce panuje rodzinna atmosfera, lubimy się i szanujemy.

TM: I tutaj muszę powiedzieć, że relacje, które udało się z ludźmi zbudować, to zasługa Karoliny. Ona ma wielkie serce dla ludzi i to procentuje.

KM-S: Ja bardzo lubię ludzi i naprawdę cieszę się, kiedy mogę pojechać do któregoś z naszych punktów i tak po prostu porozmawiać z naszymi ekspedientkami, spytać, co u nich, jak się czują, jestem nastawiona bardzo relacyjnie w zarządzaniu zespołem, co nie znaczy oczywiście, że nie ustalam zasad i nie oczekuję ich przestrzegania (śmiech).

TM: Pamiętam, kiedy przyszła pandemia i obroty spadły prawie do zera. Zapytaliśmy pracowników, czy zwalniamy część ekipy, czy obniżamy wszystkim pensje do ¾ etatu. Wszyscy jednogłośnie odpowiedzieli, że obniżamy. To dało nam takie poczucie, że gramy do jednej bramki i jesteśmy zespołem.

KM: I chociaż mówi się, że lepiej rządzi się podzielonym zespołem, to w mojej ocenie to nieprawda. Zgrany zespół, który lubi swoją pracę i siebie, może osiągnąć znacznie więcej.

Jak Wam się razem pracuje?
KM: Decyzja o założeniu spółki z moimi dziećmi była najlepszą, jaką podjąłem w życiu. Cieszę się, że jesteśmy razem, widzimy się codziennie i chociaż razem pracujemy, to jesteśmy rodziną, która chyba nie wyobraża sobie funkcjonowania bez siebie. To jest bezcenne. Jestem niesłychanie dumny, że zarówno Tomasz, jak i Karolina, odnaleźli się w tym biznesie i chcą to dalej prowadzić.

KM-S: Czasem, kiedy nie zgadzam się z Tomkiem, mówię mu, że pójdę do taty na kolana i tak wywalczę swoje (śmiech). Tak naprawdę wszyscy kochamy swoją pracę, lubimy tu przychodzić, mamy podobne poczucie humoru i lubimy ze sobą być.

TM: No i mamy do siebie dystans.

Macie swoje ulubione ciastko?
TM: Ja kocham nasze rożki, codziennie sięgam po drożdżówkę do kawy.

KM-S: Uwielbiam nasze rożki, bez których trudno funkcjonować (śmiech). Oprócz tego jestem fanką ciastka francuskiego z brzoskwinią, które niezmiennie od lat mi towarzyszy, i tarty z malinami.

KM: Rożkom nie odmawiam, zawsze chętnie po nie sięgam. No i pączki, które w tłusty czwartek sprzedajemy jeszcze ciepłe. Mamy swoją, autorską, naturalną konfiturę wiśniową i inne, pyszne nadzienia. Zapraszamy, wysmażymy tyle, że wystarczy dla wszystkich.