Witamy w MAJU! Najnowszy numer SUKCESU jest już dostępny 🌞 zapraszamy do lektury e-wydania najpopularniejszego magazynu lifestylowego o Poznaniu 🌞  

Organizator:

Czarownice z wielkopolskiego Salem

14.11.2023 10:33:04

Podziel się

Genealogia była jej pasją od dziecka. Jako nastolatka odkrywała rodzinne historie, a raczej herstorie, ponieważ jej przodkinie były ambitnymi, silnymi kobietami o fascynujących i inspirujących biografiach. Joannie Lubierskiej udała się niezwykła sztuka, bo ze swojej pasji uczyniła zawód. Od ośmiu lat prowadzi Biuro Poszukiwań Genealogicznych „ORIGO”, które zajmuje się rozwiązywaniem rodzinnych zagadek sprzed wielu lat.

ROZMAWIA: Paweł Cieliczko
ZDJĘCIE: Maciej Karwowski

 

Na łamach prestiżowego czasopisma „Historia Slavorum Occidentis” opublikowała artykuł „Proces o czary w Doruchowie w 1775 roku w świetle nowych źródeł”, za który otrzymała wyróżnienie poznańskiego oddziału Polskiej Akademii Nauk w konkursie na najlepszą oryginalną pracę twórczą doktoranta w 2022 roku w obszarze nauk humanistycznych i społecznych.

W 1692 roku, w mieście Salem na północy Stanów Zjednoczonych, oskarżono o czary i skazano na śmierć czternaście kobiet, pięciu mężczyzn oraz dwa psy. W 1775 roku w Doruchowie, na południu Wielkopolski, skazano i spalono na stosie siedem kobiet oskarżonych o czary. Czy Doruchów to takie polskie Salem?
Joanna Lubierska: Długo zajmowałam się sprawą czarownic z Doruchowa, ale nie pomyślałam, aby na tej tragedii budować przekaz popkulturowy. Coraz większe w ostatnim czasie zainteresowanie mediów tą sprawą być może spowoduje, że ktoś wpadnie na pomysł napisania scenariusza i w ten sposób powstanie film czy serial o doruchowskich czarownicach.

Zostaniesz pewnie zatrudniona jako konsultantka merytoryczna, bo jak nikt znasz tę historię. Jak to się stało, że doktorantka obaliła ustalenia wybitnych polskich historyków z prof. Januszem Tazbirem na czele?
Tę historię znałam od dawna, ponieważ funkcjonowała jako jedna z popularnych legend wielkopolskich. Mimo braku jakichkolwiek dokumentów sądowych oraz wzmianek o tych kobietach w księgach metrykalnych, skłaniałam się ku teorii prof. Bohdana Baranowskiego, który uważał, że wydarzenie to miało miejsce. Trudno było to jednak udowodnić, a spór na ten temat trwał kilkadziesiąt lat. Warto dodać, że w Doruchowie, w 1762 roku, a więc kilkanaście lat wcześniej, toczył się inny proces o czary, w wyniku którego na stosie spłonęły trzy kobiety. A zatem w dwóch doruchowskich procesach życie straciło dziesięć kobiet. Inicjatorem obu był ten sam człowiek.

Wracając do pytania…
To był szczęśliwy zbieg okoliczności. W Archiwum Archidiecezjalnym w Poznaniu znalazłam ankiety, które w 1828 roku, na polecenie arcybiskupa Teofila Wolickiego, wypełniali proboszczowie wielkopolskich parafii. Wśród nich była ankieta wypełniona przez ks. Lewandowskiego, ówczesnego plebana doruchowskiego, który spisał ważne wydarzenia z historii wsi. Jednym z takich wydarzeń była relacja o procesie czarownic, zaczynająca się od słów: „Doruchów sławny był sądzeniem i paleniem czarownic”.

Co odnalazłaś w ankiecie księdza Lewandowskiego?
Pleban skrupulatnie opracował swoją relację, być może dlatego, że arcybiskup Wolicki urodził się w Godziętowach w parafii doruchowskiej w 1768 roku i mógł być świadkiem tych wydarzeń. Proboszcz zebrał wspomnienia mieszkańców, opisał przebieg procesu, wskazał oskarżone, ówczesnego dziedzica wsi, a jednocześnie inicjatora procesu, podał także nazwiska świadków. Personalia tych osób udało mi się potwierdzić w księgach metrykalnych, ich istnienie nie budzi żadnych wątpliwości.

Bohdan Baranowski pisał, że wszystko zaczęło się od bólu palca i kołtuna we włosach miejscowej dziedziczki, której znachorka powiedziała, że to wynik rzuconego na nią uroku. Czy tak było rzeczywiście?
Tego nie wiemy. Może powodem faktycznie była choroba żony, a może słabe plony zebrane z pól. Wiadomo, że dziedzic Eustachy Skórzewski był człowiekiem słabo wykształconym, zapamiętanym przez współczesnych jako „zabobonnik”. To on oskarżył kobiety o czary i zainicjował ich pseudoproces.

Czy wiemy, jak to postępowanie przebiegało?
Pierwotnie o czary obwiniono osiem kobiet. Jedna z nich, Petronela Markiewicz, matka kilkorga dzieci, karmiąca wówczas niemowlę piersią, została jednak zwolniona na prośbę pani Wolickiej, której syn został potem arcybiskupem i prymasem Polski. Pozostałych siedem kobiet poddano ciężkim torturom. Przesłuchania odbywały się nocą, oskarżone rozciągano tak mocno, iż „wnętrzności widzieć można było”, na dłonie nakładano im rękawiczki z gwoździami, które tak je raniły, że krew tryskała. Obuwano je w tzw. hiszpańskie buty, które przewiercały się przez stopy. Kobiety poddano też pławieniu, czyli próbie wody, na koniec uwięziono je w beczkach, w pozycji klęczącej.

Nikt nie stanął w obronie tych kobiet?
Ujęły się za nimi dwie osoby. Pierwszą była wspomniana Józefa Wolicka, siostra dziedziczki Skórzewskiej, która uratowała jedną kobietę. Drugą był miejscowy pleban, ks. Józef Bartłomiej Możdżanowski, który nie mogąc wymusić na Skórzewskim rezygnacji z procesu, pojechał do Warszawy, licząc na wsparcie ze strony króla Stanisława Augusta Poniatowskiego. Niestety, gdy po miesiącu wrócił, kobiety już nie żyły.

Kto pierwszy napisał o spaleniu tych kobiet w Doruchowie?
Pierwsza obszerna relacja opublikowana została w 1835 roku w leszczyńskim „Przyjacielu Ludu”. Jej autorem był tajemniczy X. A. R., którego akronim rozszyfrowałam. Był to ks. Aleksy Rytterski, syn Reginy Rytter z domu Możdżanowskiej, która prawdopodobnie była siostrą ówczesnego proboszcza.

Czy udało Ci się ustalić personalia skazanych kobiet?
Dotychczas były zupełnie anonimowe, bo gdy umierały, proboszcz przebywał w Warszawie, więc informacji o ich śmierci, a tym bardziej ich imion i nazwisk, nie zanotował w księdze zgonów. Dzięki relacji ks. Lewandowskiego dowiedzieliśmy się o Magdalenie z Kankoskich Gruchociakowej, pasterce Więckoskiej oraz niejakiej Kaźmierczykowej, nazwiska czterech pozostałych skazanych pozostają nadal nieznane.

Czy były one faktycznie ostatnimi ofiarami procesów o czary?
Nie całkiem. Po ich śmierci, kiedy stos się dopalił, na miejsce kaźni przyprowadzono córki czarownic, które poddano publicznej chłoście. Jedna z dziewczynek przypłaciła to życiem.

Czarownice z Salem były ostatnimi, jakie skazano w Ameryce, czy czarownice z Doruchowa były ostatnimi, jakie u nas spłonęły na stosie?
Prawdopodobnie tak. Ks. Możdżanowskiemu nie udało się wprawdzie ocalić oskarżonych kobiet, ale rok później, w 1776 roku prawnie zakazano skazywania oskarżonych o czary na śmierć i ustanowiono powszechny zakaz tortur.

Twój artykuł o doruchowskich czarownicach, a zwłaszcza wyróżnienie, jakie otrzymałaś od Polskiej Akademii Nauk, odbiło się szerokim echem, nie tylko w kręgach naukowych.
To prawda. Przed kilkoma tygodniami wraz z ekipą „Dzień Dobry TVN” zrealizowaliśmy w Doruchowie reportaż dokumentalny. Nagrałam też podcast dla platformy „Druga wersja//podcast poznański”, ponadto otrzymałam kilka zaproszeń do wygłoszenia prelekcji poświęconych tym niewinnym kobietom – ofiarom zbrodni „sądowej” sprzed prawie 250 lat. 

Joanna Lubierska koncentruje się obecnie na przygotowaniu pracy doktorskiej na Wydziale Historii UAM, z zakresu demografii historycznej. Badaniami objęła mieszkańców Osiecznej, niewielkiego miasta pod Lesznem, gdzie w XIX wieku funkcjonowały trzy parafie: katolicka, ewangelicka i gmina żydowska.