Organizator:

Depresja – choroba XXI wieku

04.05.2021 10:49:01

Podziel się

Miniony rok wywrócił nasze życie do góry nogami. Wiele osób straciło bliskich, pracę i nadzieję na lepsze jutro. Nie wszyscy radzą sobie z żałobą, stresem, depresją. Jacek Leszczyński, psychiatra i psychoterapeuta, próbuje poskładać ich świat na nowo. Od dwunastu lat jako lekarz, pomaga ludziom, którzy zagubili się w otaczającym ich świecie. Twierdzi też, że to właśnie w relacjach z pacjentami uczy się cierpliwości, pokory i jak stawać się lepszym człowiekiem.

ROZMAWIA: Joanna Małecka
ZDJĘCIA: Sławomir Brandt

Mamy za sobą trudny rok, który w mojej ocenie bardzo nas zmienił.

Jest to niepodważalne. Kiedy w myślach cofam się do marca ubiegłego roku, mam poczucie, że podchodziłem do tego, co dzieje się wokół nas za mało poważnie. Miałem wówczas wrażenie, że jest to zdarzenie, na które mogę patrzeć z dystansu i to ja kontroluję ten dystans. Po czasie każdy musi sobie jednak zadać pytanie: jak bardzo pandemia mnie dotyczy i czy potrafię się w tym wszystkim odnaleźć? Dziś odrzucanie zmian jakie wynikają z pandemii jest zaprzeczaniem faktom, do których trzeba się zaadaptować. Nawet wczoraj przeglądając Internet zauważyłem model maseczki, a że nie cierpię nosić maski, bo…

Parują okulary i się zsuwają się przy mówieniu…

Racja. Jednak patrzę na ten model i myślę sobie: taką chciałbym mieć. I tak właśnie, czasem trywialnie, zmienia się nasza pespektywa.

Myśli Pan, że przyzwyczailiśmy się do tego, co nas otacza?

Z pewnością. Ta nowa rzeczywistość jest pod wieloma względami kusząca: mam na myśli różne życiowe rozwiązania, pozorne ułatwienia, które dzisiaj stosujemy.


No właśnie, dziś życie przeniosło się do Internetu.

Z mojej perspektywy to wymiar rzeczywistości, w którym może zabraknąć przestrzeni do zajęcia się znaczącymi, ale trudniej podejmowanymi wątkami emocjonalnymi w relacjach. Osobiście nie odnajduję się w przestrzeni mediów społecznościowych, chociaż wiem, jaką mają siłę oddziaływania i jak sprawnie inni ludzie się nimi posługują. Są niewątpliwie ułatwieniem komunikacji międzyludzkiej, pomagają czy wręcz umożliwiają dzisiaj naszą pracę. Sam jednak preferuję osobisty kontakt. To, co nas najbardziej choć niepostrzeżenie zmienia, to sposób myślenia, który wynika z komunikacji za pośrednictwem Internetu.

Posunę się dalej i powiem, że to, co mamy dzisiaj, te wszystkie narzędzia i ułatwienia, nigdy nie zastąpią nam kontaktu bezpośredniego. Mylę się?

Zgadzam się z tą opinią i mogę nawet obronić prawdziwość tego sformułowania. Kontakt człowieka z człowiekiem rozgrywa się na wielu poziomach. Poznanie problemów pacjenta wymaga ode mnie – poza prowadzeniem rozmowy – dostrzegania i rozumienia zjawisk rozgrywających się na poziomie niewerbalnym. Takie zjawiska, nazywając fachowo, składają się na afekt.

To znaczy?

Afekt, to mówiąc najogólniej, całościowy wyraz emocjonalny człowieka, który odgrywa niezwykle istotną rolę w trakcie rozmowy. Dzięki temu możemy zobaczyć, czy ktoś jest zainteresowany tym, o czym mówimy, czy jest ożywiony, czy nas słucha, czy jest zdekoncentrowany, czy jego wzrok jest rozbiegany, czy smutny. Mówimy tutaj o emocjach, które zobaczymy tylko w kontakcie bezpośrednim. To, ile znaczeń może mieć spojrzenie człowieka, jest niezwykłe. Dziś w doświadczaniu relacji ekran komputera i dźwięk z głośnika stanowią pomost dla komunikacji i jednocześnie przeszkodę wobec jej bardziej subtelnego wymiaru.

Co dzieje się z człowiekiem, kiedy w rozmowie z drugą osobą nie może jej dotknąć, przytulić?

Stan pandemiczny narzucił nam wszystkim ograniczenia. Zderzamy się z deficytem w obszarze relacji społecznych. Ten deficyt może przekładać się na reakcje, często patologiczne, do których zalicza się depresja. Wszyscy jesteśmy w stanie długotrwałego kryzysu. Na niektóre osoby może on działać stymulująco, są ludzie, którzy odnajdą się w nim i będą kontynuowali swoją codzienną rutynę, a dla innych może to być czynnik wyzwalający problemy depresyjne o różnym charakterze.

Czy w ciągu ostatniego roku przybyło pacjentów, u których zdiagnozował Pan problemy depresyjne?

To pytanie mogę uznać za retoryczne. Często sami pacjenci nie zdają sobie sprawy z tego, jak pandemia wpływa na ich życie. Rzeczywistość ostatniego roku była i jest tak przytłaczająca, że trudno nie zamienić chociaż kilku słów z pacjentem na ten temat. Jest trochę za wcześnie, by posługiwać się w mediach terminem depresja pocovidowa, choć myślę, że to potoczne sformułowanie wpisze się na stałe w nasz lekarski język.

Z czym najczęściej przychodzą do Pana pacjenci?

Często źródłem problemów ze zdrowiem psychicznym jest bolesne doświadczenie nagłej utraty lub ciągłego braku. Trudno nam żyć z myślą, że bliscy nam ludzie leżą w szpitalach i umierają w samotności. Są to sytuacje, które niełatwo nam sobie wyobrazić, przytłaczające intensywnością doznawanego lęku, smutku, bezradności czy gniewu. W leczeniu zaburzeń psychicznych skupiamy się na cierpieniu i dyskomforcie pacjenta wywołanym m.in. tego rodzaju stresem. Każda emocja, nad którą tracimy kontrolę, może zapoczątkować rozwój zaburzenia. Oczywiście zaburzenia psychiczne są już skategoryzowane, a więc odpowiadając na Pani pytanie bardziej wprost: pacjenci najczęściej przychodzą z lękiem, depresją i bezsennością. To są stany wiodące. Jest również duża grupa pacjentów, którym trudno odnaleźć się w relacjach ze sobą i innymi ludźmi. Bywają zagubieni do tego stopnia, że pozbawieni są wizji zmiany na lepsze, która jest konieczna do wyzdrowienia. Mówię o pacjentach z objawami zaburzeń osobowości, którzy potrzebują leczenia psychoterapeutycznego.

A dzieci?

To dzieci będą nas pewnie uczyć, jak odnaleźć się po pandemii i pomogą to wszystko ogarnąć, ale też wytkną nam błędy.

Słyszałam, że dzieci w tej trudnej sytuacji też częściej chorują na depresję. Czy to prawda?

Depresja dzieci jest zjawiskiem diagnozowanym od dawna. To niestety duży i ciągle rosnący problem. Oddziały psychiatryczne dla dzieci są przepełnione i niełatwo jest o pilne przyjęcie dziecka do szpitala. Z moich obserwacji wynika, że sami rodzice częściej mówią o tym, że ich dzieci mają depresję. Diagnozują ten problem z różną trafnością. Myślę, że obecnie dzieci szybciej dojrzewają. Co mam na myśli? Na dzieciach w coraz większym stopniu zaczyna spoczywać ciężar utrzymania emocjonalnych więzi w rodzinie. Dziecko jest istotą darzoną niepodważalnym zobowiązaniem miłości ze strony rodzica, co daje mu poczucie bezpieczeństwa. Jednak kiedy rodzic jest zajęty zapewnianiem dziecku bezpieczeństwa pod względem materialnym, dziecko staje przed koniecznością zajęcia się problemami dorosłego, by odzyskać z nim czulszy kontakt. Dzieci mogą zbyt wcześnie czuć, że to głównie od nich zależy, czy w domu jest radośnie, czy nie. Zresztą tych problemów jest całe mnóstwo.

Co powinno zaniepokoić rodzica?

Kiedy dziecko przestaje rozmawiać. Zamyka się w sobie. Przemilcza konkretny temat, robi coś dziwnego, reaguje zupełnie nieadekwatnie. Problem pojawia się też wtedy, kiedy my, rodzice, nie chcemy dziecku o czymś powiedzieć. I jeśli coś pozostaje w sferze domysłów, może wywoływać symptomy niepokojące.

Kiedy dorosły prosi o pomoc we własnej sprawie?

Jeśli ktoś do mnie przychodzi to wie, że ma problem i chce się wyleczyć. Przyznanie się do tego wymaga ogromnej odwagi. Nazwanie słabości czasem czyni człowieka jeszcze bardziej bezradnym. Często ludzie znajdują się w sytuacji takiego dojmującego poczucia, że coś się musi zmienić, ale nie wiedzą, jak sobie z tym poradzić, paraliżuje ich czarnowidztwo, destrukcyjne myślenie. Wtedy powinno się poprosić o fachową pomoc.

Sama zetknęłam się z depresją i wiem, że to ciężka choroba. Wydaje mi się, że nigdy do końca nie da się jej wyleczyć, bo siedzi głęboko w nas i w każdej chwili może się obudzić. Myślę, że w pewnym stopniu także od nas zależy, jak pokierujemy tą chorobą.

Wyrażam uznanie dla Pani perspektywy i osobistego doświadczenia. Myślę, że zgodzi się Pani z kolejnym moim, być może kontrowersyjnym, poglądem, że problem depresyjny dotyczy każdego człowieka.

Tak uważam.

Przeżycie depresji może w pewnym sensie wzbogacić człowieka. Trzeba pamiętać, że jest to głęboki kryzys tożsamościowy, w którym ściera się wola życia i wola śmierci. Od bardzo wielu czynników zależy, na którą stronę przechyli się ta szala.

Można przegrać.

Niestety tak. I ta przegrana w odniesieniu do metaforyki walki, to sytuacja, w której mamy dużo złości, smutku, posuwamy się do zachowań destrukcyjnych, a kropkę nad „i” stawia wściekłość lub inny rodzaj agresji, z czym przychodzi do mnie ostatnio wielu pacjentów. Złość, bezradność w poczuciu zawodu, rozczarowania to jest coś, co zbyt głęboko dotyka problemów egzystencjalnych.

Czy w tej sytuacji ważne jest wsparcie bliskich osób?

Jest nie do przecenienia. Jesteśmy zależni od bliskości. Najprościej mówiąc: człowiek funkcjonuje w trzech przestrzeniach: zawodowej, towarzyskiej i prywatnej. Różnią się one charakterem budowanych relacji. Ostatnimi czasy to się pozacierało, a te przestrzenie są ważne, bo w każdej z nich doświadczamy innych stanów emocjonalnych, potrzebnych m.in. do odreagowania. Jak ktoś odpowiednio nimi pokieruje, może wynieść z tego dużo dobrego. Wymaga to jednak sporej dojrzałości, a czasem też terapeutycznego wsparcia.

Na depresję choruje więcej kobiet czy mężczyzn?

Myślę, że chorujemy po równo, ale wyraźnie więcej kobiet podejmuje leczenie, a więc nazywa problem.

Panie mają więcej odwagi?

Można tak powiedzieć. Panowie też radzą sobie z problemami, ale w inny sposób.

Dlaczego Pan wybrał psychiatrię?

Moją pasją jest badanie człowieka jako istoty. Mogę z pewną emfazą powiedzieć, że codziennie doświadczam cudu. Dialog jaki prowadzę z pacjentami jest źródłem nieustających odkryć. Psychika człowieka zawsze będzie mi pozwalała na badanie nowych zjawisk i problemów psychicznych, i pomaganie ludziom w ich rozumieniu i pokonywaniu. To lubię i to chcę robić. To budujące czynić coś dla innych ludzi, chociaż droga do zmiany, w której towarzyszę pacjentom, bywa stroma. W praktyce klinicznej często weryfikują się wyobrażenia o sukcesie początkowych założeń terapii. Pacjenci wiele mnie nauczyli, to oni czynią mnie lekarzem psychiatrą. Czuję się im wdzięczny za taką szkołę życia.

Czy Pan też potrzebuję się komuś wygadać?

Jasne! W tym zawodzie niesamowite jest także to, że można poznać samego siebie. Spotykam się z superwizorem i w zorganizowanej przestrzeni staram się opanować emocje, które towarzyszą mi podczas pracy. Relacja z bardziej doświadczonym terapeutą jest dla mnie też często źródłem pewnych zaskoczeń. Te spotkania bardzo mi pomagają kontynuować pracę.