Organizator:

Dla marzeń zrobię wszystko

04.01.2021 10:59:03

Podziel się

Jako dziecko trenował bieganie i piłkę nożną. Niestety, kontuzja kolana przerwała Jego aktywny tryb życia i przestał biegać na… kilka lat. O powrocie do biegania zadecydowały dodatkowe kilogramy, które zaczęły przeszkadzać. Na tym jednak nie poprzestał. Na nowo złapał bakcyla i zaczął intensywnie trenować. Właśnie mija okrągła rocznica od chwili, kiedy Miłosz Pasiecznik zwyciężył World Marathon Challenge. W siedem dni odwiedził siedem kontynentów i przebiegł siedem maratonów. Poznaniak sprostał temu ekstremalnemu wyzwaniu i został pierwszym w historii Polakiem, który wygrał te zawody.

 

ROZMAWIA: Klaudyna Bogurska-Matys ZDJĘCIA: Archiwum prywatne, GLOBAL RUNNING ADVENTURES  

Zawody rozpoczęły się odprawą dla 40 uczestników z całego świata w Kapsztadzie. Pierwszy maraton miał odbyć się na Antarktydzie, ale ze względu na warunki atmosferyczne organizatorzy zmienili plany i wystartował właśnie w Afryce. Tam poznaniak dystans 42,195 km przemierzył w czasie 3 godzin 6 minut i 33 sekund. Kiedy warunki się poprawiły, dosłownie kilka godzin później, Miłosz Pasiecznik mógł wystartować w maratonie na Antarktydzie, na którą musieli dolecieć wojskowym samolotem. To był dopiero drugi z siedmiu maratonów, które miał przebiec w różnych warunkach pogodowych.

Kiedy rozpoczęła się Pana przygoda ze sportem?

Już w gimnazjum biegałem w profesjonalnym klubie lekkoatletycznym Gwda Piła. Mimo że pochodzę z małej miejscowości – Wyrzysk – a do klubu musiałem dojeżdżać 40 km, nie było to dla mnie przeszkodą. Miałem bardzo dobre wyniki i odnosiłem sukcesy na wielu imprezach sportowych, zdobywając m.in. brązowy medal Mistrzostw Polski w kategorii młodzików. Niestety, kontuzja kolana wykluczyła mnie ze sportu. Moje ciało odmówiło posłuszeństwa. W ten sposób na kilka lat zrezygnowałem całkowicie z biegania.

To jak to się stało, że przebiegł Pan siedem maratonów w siedem dni i to na siedmiu kontynentach?

Któregoś pięknego dnia poczułem ogromną tęsknotę za sportem. Dodatkowo chciałem zrzucić kilka zbędnych kilogramów. Pod koniec studiów zacząłem znowu biegać. I tak się zaczęło. Pierwszy półmaraton, maraton i dalej już poszło (śmiech). Do dzisiaj pamiętam ten ból mięśni po pierwszym maratonie, który przebiegłam praktycznie bez żadnego przygotowania. Dlatego wróciłem do systematycznych treningów pod okiem trenera.

Ale od razu taki wyczyn? Nie tylko wziął Pan udział w szalenie trudnych zawodach, ale jeszcze Pan je wygrał!

Szukałem motywacji, żeby wrócić do regularnego biegania i treningów. Zupełnie przypadkowo znalazłem tę imprezę. Informacja, że żaden Polak nie brał udziału w World Marathon Challenge, zmobilizowała mnie jeszcze bardziej. Bardzo ważne było odpowiednie przygotowanie – niczym do ultramaratonu. Mądry plan treningowy i odpowiedzialne treningi były tutaj szalenie ważne. Oprócz biegania sporo czasu spędziłem na siłowni. Dbałem także o odpowiednią dietę, a że jestem wegetarianinem, to dobrze zbilansowane posiłki były szczególnie istotne. Do tego wszystkiego dochodziły spotkania z fizjoterapeutą i godziny spędzone na saunie. Wszystko zgodnie z planem i harmonogramem. Do takich wypraw trzeba się porządnie przygotować. Po kilku latach zbierania potrzebnych środków na udział w imprezie i wielu miesiącach przygotowań – w końcu tam poleciałem. To był mój pierwszy raz, kiedy opuściłem Europę, którą bardzo dobrze znam.

I tak od razu zwiedził Pan cały świat.

Tak (śmiech). A zastanawiałem się, jak sobie poradzę. Mam klaustrofobię, która z każdym rokiem dokucza mi coraz bardziej. Nie wiedziałem, czego mogę się dokładnie spodziewać podczas całej wyprawy. Na szczęście fobia nie dała mi się we znaki i niczego nie popsuła.

Czy podczas całej imprezy była taka chwila zwątpienia, kiedy mówił Pan sobie „nie dam rady”?

Nie myślałem o tym w ogóle. Tak silnie cel siedzi w mojej głowie, że nie dopuszczam takich opcji. Jak już się na coś decyduję – to po prostu nie ma odwrotu. Oczywiście byłem potężnie zmęczony, ale biegłem dalej. Po czwartym maratonie było mi już piekielnie ciężko nawet chodzić, ale stawałem na starcie i robiłem swoje. Dążyłem do celu.

Przez całą wyprawę lataliście jednym samolotem?

Organizatorzy mieli odpowiednio przygotowany samolot Boeing 737. Fotele w nim jednak różniły się od tych, które znałem z wcześniejszych, prywatnych lotów. W końcu to była nasza latająca sypialnia. Siedzenia rozkładały się do wygodnej pozycji, w której mogliśmy spać i regenerować siły przed kolejnym startem.

Czyli przez 7 dni spał Pan tylko w samolocie?

Przez 7 dni to była nasza sypialnia, nasz dom. Ale muszę przyznać, że warunki były naprawdę wspaniałe. Oczywiście nie było tam łazienki i tak na przykład po maratonie na Antarktydzie mogłem się wykąpać dopiero w Australii. Nie mieliśmy na to czasu przed odlotem. Ekstremalnie (śmiech).

Brzmi naprawdę niesamowicie. Czy maraton na Antarktydzie był najbardziej wymagający?

Okazuje się, że nie (śmiech). Z resztą jest to miejsce, do którego chcę jeszcze wrócić. Czuję pewien niedosyt, ponieważ byliśmy tam naprawdę krótko. Warunki były trudne i pogoda nam nie sprzyjała. Kilka razy nawet upadłem na lodzie podczas biegu. Jednak najcięższy był dla mnie przedostatni maraton w Brazylii. Tam dostałem porządnie w kość. Już po pierwszym kilometrze miałem dosyć okropnego upału. Wystartowaliśmy w samo południe, a termometry pokazywały 40 stopni Celsjusza. Na szczęście organizatorzy zadbali o to, żeby na trasie były miejsca, w których można się schłodzić wodą czy zjeść zimne owoce.

Taka impreza jest bardzo kosztowna. Start w niej to wydatek około 180 tysięcy złotych. Jak się Panu udało zebrać środki?

Przez kilka lat oszczędzałem pieniądze na udział w tej imprezie sportowej. Oczywiście to nie wystarczyło na pokrycie całej kwoty i dlatego zdecydowałem się na sprzedaż nieruchomości. Dla spełniania marzeń jestem gotowy na wiele.

Cały czas Pan szuka kolejnych, niecodziennych zawodów?

Oczywiście, że tak (śmiech). Jestem zapisany do wielu grup na Facebooku i cały czas śledzę nowinki ze świata biegów. Już nawet mogę zdradzić, jaki mam kolejny cel w głowie. Bardzo chcę pobiec w maratonie na Biegunie Północnym. Tam są naprawdę ciężkie warunki i dlatego chcę się z tym zmierzyć. Niestety przez pandemię muszę odłożyć to marzenie – przesunąć je na rok 2022.

A dlaczego chce Pan wrócić na Antarktydę? Kolejny maraton?

Nie (śmiech). W końcu maraton na Antarktydzie mam już zaliczony. Tym razem chcę wejść na najwyższą górę na tym kontynencie. Masyw Vinsona o wysokości 4892 m n.p.m., jest najwyższy na tym kontynencie, a zatem zaliczany do Korony Ziemi, którą chcę zdobyć całą.

Czyli do tego Pan jeszcze chodzi po górach? I to nie nasz Giewont tylko od razu Korona Ziemi.

Biegam po górach. Także po naszych polskich. Mam też za sobą udział w UTMB – ULTRA TRAIL DU MONT BLANC. Jest to najbardziej prestiżowy i jeden z najtrudniejszych ultramaratonów górskich w Europie. Uczestnicy muszą pokonać 170 kilometrów po Alpach, a łączne przewyższenie to około 10 000 m. Rok temu właśnie tego dokonałem i tak pewnie się zakochałem w górach. Dlatego wyznaczyłem sobie cel zdobycia najwyższych szczytów Ziemi na każdym z kontynentów.

Co daje Panu sport? Ekstremalny sport.

Sport sprawdza i kształtuje mój charakter. Dodatkowo dostarcza dużo satysfakcji i zadowolenia. Lubię przekraczać swoje kolejne granice. Lubię być dla siebie wymagający i dlatego ciągle szukam kolejnych wyzwań. Kocham rywalizację i pociągają mnie trudne tematy. Po prostu nie lubię łatwych rzeczy (śmiech).

W takim układzie będziemy trzymać kciuki i śledzić Pana kolejne dokonania.

Dziękuję bardzo. Wierzę, że dostarczę materiału na kolejne ciekawe wywiady (śmiech).