Najnowszy numer SUKCESU już dostępny 🌞 Sukces po poznańsku to najpopularniejszy magazyn lifestylowy o Poznaniu 🌞  

Organizator:

Godzina, która pojawia się i znika

Podziel się

Zegarek wydaje się jednym z najbardziej oczywistych przedmiotów świata. Nosimy go na ręce, mamy go w telefonie, na ścianie, w samochodzie. Wiemy, która jest godzina, kiedy zaczyna się praca, kiedy odjeżdża pociąg i ile zostało do końca spotkania. Trudno uwierzyć, że przez większą część historii ludzkości nikt nie potrzebował wskazówek ani tarczy. Nie było „za dziesięć ósma”. Było po prostu: świt, południe, zmierzch, noc.

 

TEKST: Elżbieta Ignacionek

ZDJĘCIA: Adobe Stock

 

Historia mierzenia czasu zaczyna się więc nie od zegarka, ale od patrzenia w niebo. Pierwszym zegarem była przyroda. Wschód i zachód Słońca wyznaczały rytm dnia, Księżyc pomagał orientować się w dłuższych cyklach, a pory roku mówiły, kiedy nadejdzie czas siewu, zbiorów czy przygotowań do zimy. Pierwsze zmiany nastąpiły, gdy ludzie zaczęli budować większe osady, handlować, organizować pracę oraz planować ceremonie religijne. „Spotkajmy się, gdy Słońce będzie wysoko” przestało działać. Potrzebna była większa precyzja.

Jednym z najstarszych i najprostszych zegarów był gnomon – pionowy pręt, kolumna albo kij, którego cień przesuwał się wraz z pozornym ruchem Słońca. Tak narodziły się zegary słoneczne. W starożytnym Egipcie, Grecji i Babilonii stosowano je już około 1500 roku p.n.e.; znane są także starsze gnomony. Sama zasada była prosta: Słońce przesuwa się po niebie, więc jego cień wskazuje kolejne części dnia.

Niestety, zegar słoneczny nie działał w pochmurne dni i w nocy. Pojawiła się więc klepsydra wodna. Najstarsze świadectwa jej użycia pochodzą ze starożytnego Egiptu z XVI wieku p.n.e., a zachowany egzemplarz z Karnaku datuje się na około 1400 r. p.n.e. To nie były klepsydry, jakie sobie wyobrażamy, słysząc to słowo – te szklane na piasek i inne sypkie materiały – np. sproszkowane skorupki jaj czy metale – zaczęto stosować dopiero w średniowieczu. Klepsydra wodna była naczyniem z małym otworem, przez który powoli wypływała woda, a jej poziom wskazywał upływ czasu.

Godzina godzinie nierówna

Dziś wydaje nam się naturalne, że doba ma 24 godziny, godzina 60 minut, a minuta 60 sekund. Ale nie zawsze tak było. Starożytne cywilizacje chętnie posługiwały się liczbą 60. System sześćdziesiątkowy, kojarzony przede wszystkim z tradycją mezopotamską, okazał się niezwykle wygodny, ponieważ 60 ma wiele dzielników: można je łatwo podzielić na 2, 3, 4, 5, 6, 10 czy 12. To właśnie dlatego sześćdziesiąt tak dobrze zadomowiło się w pomiarze czasu i kąta.

Starożytnym Egipcjanom zawdzięczamy podział na 12 części dnia i 12 części nocy. Ale starożytna część nie oznaczała współcześnie rozumianej godziny. Latem dzień był dłuższy, a zimą krótszy, więc i godzina trwała dłużej lub krócej. Koncepcja 24-godzinnej doby z równymi godzinami (tzw. godziny równonocne) została opracowana później, m.in. przez greckiego astronoma Hipparcha w II wieku p.n.e. Przełom przyniosło średniowiecze. Od XIII wieku w Europie zaczęły pojawiać się zegary mechaniczne. Energia była dostarczana przez ciężarki, koła zębate przekazywały ruch, a mechanizm wychwytowy pozwalał na kontrolowane uwalnianie energii.

Pierwsze zegary mechaniczne były ogromne i kosztowne. Najczęściej trafiały do klasztorów, kościołów i przestrzeni miejskich. Jednym z najstarszych zachowanych zegarów wieżowych jest zegar w katedrze w Salisbury, datowany na około 1386 rok. Nie jest przypadkiem, że rozwój mechanicznych zegarów wiązał się z życiem religijnym. W klasztorach trzeba było wyznaczać kolejne godziny modlitwy: jutrznię, prymę, tercję, sekstę, nonę, nieszpory czy kompletę. Ale mechaniczny zegar miał jeszcze inną moc – pozwalał zarządzać ludźmi.

Kiedy zegar pojawił się na wieży miejskiej, jego wskazania zaczęły wyznaczać nie tylko modlitwy, lecz także rytm pracy, otwieranie i zamykanie bram, godziny handlu i spotkań. Zegar stał się elementem porządku społecznego. Ten, kto kontrolował publiczny czas, w pewnym sensie kontrolował również rytm miasta. Jednak prawdziwa rewolucja nadeszła w 1656 roku, kiedy holenderski fizyk Christiaan Huygens, opierając się na odkryciu Galileusza dotyczącym izochronizmu wahadła, skonstruował pierwszy zegar wahadłowy. Dzięki stałemu okresowi drgań zegar wahadłowy był o wiele dokładniejszy od poprzedników – osiągał dokładność na poziomie kilkunastu sekund dziennie.

Współczesna historia pomiaru czasu osiągnęła szczyt precyzji dzięki wprowadzeniu standardów atomowych. Od połowy XX wieku, kiedy po raz pierwszy zbudowano zegar atomowy oparty na drganiach atomów cezu-133, rozpoczęła się nowa era w dziedzinie mierzenia czasu. Zegar atomowy działa z dokładnością do jednej sekundy na miliony lat i stał się podstawą dzisiejszego systemu jednostek czasu.

 

 

Kolejowy zwrot czasu

Ale to nie idealne odmierzanie czasu było dawniej problemem. Był nim czas lokalny. Jeszcze w XIX wieku każde miasto mogło kierować się pozycją Słońca na swoim południku. Warszawa nie musiała więc mieć identycznego czasu jak Kraków, tak jak Bristol nie musiał mieć identycznego czasu jak Londyn. Dopóki ludzie podróżowali powoli, nikomu to nie przeszkadzało. Wszystko się zmieniło, gdy pojawiła się kolej. Pociągi wyjeżdżały o różnych godzinach w zależności od tego, na który zegar patrzył maszynista. Podróżny mógł wyjechać z miasta, którego zegary pokazywały inną godzinę niż zegary w miejscu docelowym. W efekcie spóźniał się na inny pociąg albo czekał, nie wiedząc, ile to potrwa. Zdarzały się nawet kolizje, bo dwa składy korzystały z różnych systemów czasowych na tej samej trasie.

Rozwiązanie przyszło z Wielkiej Brytanii. W 1847 roku większość brytyjskich linii kolejowych przyjęła jednolity czas oparty na zegarze Królewskiego Obserwatorium w Greenwich. Czas Greenwich – GMT – stał się pierwszym „czasem standardowym” w historii. W 1884 roku, na Międzynarodowej Konferencji Południkowej w Waszyngtonie, dwadzieścia pięć państw ustaliło, że świat zostanie podzielony na dwadzieścia cztery strefy czasowe, z południkiem zerowym przechodzącym właśnie przez Greenwich. Co ciekawe, nie wszyscy od razu byli zachwyceni. Francja długo nie chciała uznać Greenwich za punkt odniesienia. Przez pewien czas oficjalnie stosowano tam określenie czasu paryskiego opóźnionego o dziewięć minut i 21 sekund, choć w praktyce odpowiadało to GMT. Dopiero w 1911 roku Francja formalnie przyjęła system strefowy.

Godzina, która zmieniła świat

Wraz z upowszechnieniem kolei, przemysłu i miejskiego życia czas zaczął nabierać coraz szerszego wymiaru. Zaczęto liczyć, co się opłaca, a co nie. Tak powstała pierwsza koncepcja zmiany czasu na letni. Na początku miała formę żartu, gdy w 1784 roku Benjamin Franklin zasugerował w artykule, że byłaby skutecznym sposobem zaoszczędzenia na świecach. Obywatele zużywaliby je wolniej, kładąc się wcześniej do łóżek.

Ale wiek później, w 1895 roku, pomysł ten już całkiem poważnie potraktował nowozelandzki entomolog George Vernon Hudson. Przedstawił on Towarzystwu Filozoficznemu w Wellington swój projekt przesuwania zegarów dwa razy w roku, argumentując go lepszym wykorzystaniem światła dziennego, a tym samym zaoszczędzeniem energii. Niektóre źródła podają, że za tym pomysłem Hudsona stały jednak jego osobiste pobudki – jako pracownik poczty wracał do domu po zmierzchu, co uniemożliwiało mu szukanie owadów do swoich badań. Zmiana czasu pozwalałaby mu więc na realizowanie pasji.

W 1905 roku do pomysłu powrócił Brytyjczyk William Willett. Podczas jednej z porannych przejażdżek konnych zwrócił uwagę, że wiele domów ma zamknięte okiennice mimo wschodzącego Słońca. Uznał to za marnowanie światła dziennego i zaczął przekonywać do przesunięcia zegarów. Jego plan przykuł uwagę Roberta Pearce'a, brytyjskiego posła, który w lutym 1908 roku przedstawił projekt ustawy Izbie Gmin. Pierwszy projekt ustawy o czasie letnim został opracowany w 1909 roku, przedstawiany parlamentowi kilkakrotnie i rozpatrywany przez komisję specjalną, ale został odrzucony – między innymi z powodu protestu rolników argumentujących, że krowy nie rozumieją koncepcji czasu letniego. Willett zmarł w 1915 roku, nie doczekawszy się realizacji swojego marzenia. Ale rok później zmiana czasu przestała być ekstrawaganckim projektem, a stała się narzędziem państwowej polityki.

 

 

Czas na zmianę

30 kwietnia 1916 roku zegary w Niemczech przesunięto o godzinę do przodu. Powodem była wojna i oszczędność zasobów. Dłuższy wieczór ze światłem dziennym miał oznaczać krótszy czas palenia lamp, a to miało dać więcej węgla dla fabryk zbrojeniowych i ogrzewania. Wkrótce rozwiązanie zaczęły stosować Wielka Brytania, Francja i inne kraje. Po zakończeniu I wojny światowej wiele państw zrezygnowało z czasu letniego. Powrócił jednak podczas II wojny światowej, gdy oszczędność paliw i energii znów stała się kwestią strategiczną.

W Stanach Zjednoczonych wprowadzono nawet tzw. War Time, czyli czas letni obowiązujący przez cały rok. Wielka Brytania stosowała jeszcze dalej posunięte rozwiązanie, przesuwając zegary o dwie godziny w okresie letnim. Wojna pokazała więc coś, co miało później wracać w dyskusjach o czasie: godzina na zegarku może wydawać się abstrakcją, ale sposób jej ustawienia wpływa na zużycie energii, transport, pracę, sen i codzienne nawyki milionów ludzi.

Polska też ma swoją historię zegarowego zamieszania. Czas letni wprowadzano u nas w różnych okresach. Między I a II wojną światową zastosowano go w 1919 roku. Później pojawił się podczas II wojny światowej, a po wojnie system był jeszcze kilkakrotnie wprowadzany i odwoływany. Nie zawsze odbywało się to w tych samych terminach, które znamy obecnie. W 1964 roku na przykład przejście na czas letni nastąpiło dopiero 31 maja, a powrót na czas standardowy (zimowy) 27 września. Dziś w Polsce przejście na czas letni odbywa się w ostatnią niedzielę marca, a powrót na czas standardowy w ostatnią niedzielę października.

Matematycznie to tylko godzina, ale…

W noc jesiennej zmiany „odzyskujemy” godzinę snu. Zegary cofają się z 3.00 na 2.00. Wiosną sytuacja jest odwrotna: po 2.00 następuje od razu 3.00. Jedna godzina znika z kalendarza. Dla urządzeń cyfrowych to procedura, dla człowieka – nagła korekta rytmu dobowego.

I właśnie dlatego pytanie o sens zmiany czasu coraz częściej przenosi się z polityki gospodarczej do medycyny i chronobiologii, czyli nauki o rytmach biologicznych. Nasz organizm nie działa przecież według wskazówek zegarka. Ma własny zegar. Światło, szczególnie poranne, pomaga go synchronizować. Wpływa na rytm snu i czuwania oraz na wydzielanie hormonów związanych z pobudzeniem i zasypianiem. Problem pojawia się wtedy, gdy społeczny czas nagle przesuwa się o godzinę, podczas gdy organizm potrzebuje na dostosowanie nieco więcej.

Badania prowadzone nad wpływem na organizm człowieka zmiany czasu wskazują, że to właśnie przejście na czas letni, kiedy tracimy godzinę snu, wiąże się z większą liczbą niekorzystnych zjawisk: o około 5% wzrasta ryzyko zawału w pierwszych dniach roboczych po zmianie czasu, zwiększa się liczba śmiertelnych wypadków drogowych, wzrasta liczba wypadków w pracy, pogarsza się koncentracja uczniów, a lekarze odnotowują nasilenie epizodów depresyjnych. Jesienne cofnięcie zegarków jest zwykle łagodniejsze, bo dostajemy dodatkową godzinę snu. Ma jednak swój mniej przyjemny koszt: wcześniej robi się ciemno. Dla części osób oznacza to gorszy nastrój, mniejszą aktywność po pracy i trudniejszą adaptację do krótszych, ciemniejszych dni.

Dla gospodarki przez dziesięciolecia jednym z najważniejszych argumentów za zmianą czasu była oszczędność energii. Tylko że świat się zmienił. Zmieniły się technologie produkcji, a sposób korzystania z energii jest zupełnie inny niż sto lat temu. Różne badania potwierdzają, że obecnie oszczędności wynikające ze zmiany czasu są niewielkie lub bliskie zeru. A bywa, że rachunki nawet rosną. Są także mniej widoczne koszty. Zmiana czasu komplikuje rozkłady jazdy, transport lotniczy, systemy informatyczne i pracę organizacji działających w wielu strefach. Banki nawet zawieszają działalność na kilka godzin.

Czy można zatrzymać czas?

Można zatrzymać zmianę czasu. Nie można zatrzymać czasu. To zdanie dobrze oddaje naturę sporu, który od lat toczy się w Europie. W 2018 roku Komisja Europejska przeprowadziła konsultacje publiczne dotyczące przyszłości zmiany czasu. Wzięło w nich udział około 4,6 miliona osób, a zdecydowana większość respondentów opowiedziała się za odejściem od przestawiania zegarków dwa razy w roku. Rok później Parlament Europejski poparł plan zakończenia zmian czasu, pierwotnie zakładający wprowadzenie nowych zasad od 2021 roku. Problemem stało się teraz uzgodnienie, przy którym czasie zostać na stałe? Bo wybór stałego czasu letniego i stałego czasu standardowego ma zupełnie inne konsekwencje dla życia codziennego. Czas letni kusi jasnymi wieczorami. Łatwo go polubić, kiedy po pracy można jeszcze pójść na spacer, pobiegać, usiąść w ogrodzie czy na tarasie. Czas standardowy ma jednak przewagę z punktu widzenia porannego światła. Jest bliższy astronomicznemu położeniu Słońca i lepiej odpowiada naturalnemu rytmowi dobowemu. Stałe pozostawienie czasu letniego oznaczałoby zimą późniejsze wschody Słońca. Im dalej na zachód w obrębie danej strefy, tym wyraźniej problem staje się odczuwalny. To dlatego eksperci od chronobiologii często opowiadają się za pozostaniem przy czasie standardowym.

Dla nas to trochę jak wybór między lepszym porankiem a lepszym wieczorem. Choć, jak pokazuje historia, ten spór to nie tylko kwestia ostatnich 100 lat. Starożytne cywilizacje też angażowały się w porównywalne praktyki, dostosowując czas do codziennych harmonogramów zależnie od długości dnia.

Historia mierzenia czasu to więc nie tylko opowieść o wynalazkach i technologiach. To także historia ludzkiej potrzeby porządkowania świata, swojego życia i gospodarowania. Przestawianie zegarków o godzinę to jedynie mały fragment tej opowieści, ale fragment, który dotyka nas wszystkich. Niezależnie od tego, czy lubimy tę zmianę, czy nie, warto pamiętać, że to efekt setek lat ewolucji technologicznej, politycznych decyzji i ludzkiej kreatywności.

Kiedy więc w ostatnią niedzielę października cofniesz zegarek o godzinę, pomyśl o wszystkich tych, którzy przed Tobą mierzyli czas – od egipskich kapłanów obserwujących cień gnomonu, przez średniowiecznych zegarmistrzów konstruujących pierwsze mechanizmy, aż po współczesnych fizyków definiujących sekundę za pomocą drgań atomów cezu. Czas może uciekać, ale nasza zdolność do jego mierzenia i organizowania to jedno z największych osiągnięć ludzkości.