Organizator:

Historia igłą z nitką pisana

08.06.2021 12:17:44

Podziel się

Zamknijcie oczy… Słyszycie terkotanie maszyny, szczęk nożyc, szelest materiału… Widzicie dookoła siebie mnóstwo barw, kawałków tkanin, nici. Nagle wszystko znika i pojawiają się sukienki, marynarki, spodnie, żakiety, płaszcze, kurtki. Gwar ludzi, uśmiechy zadowolenia, a przy okazji kawa, opowieści o rodzinie, znajomych, miastach, w których mieszkają na całym świecie. Powoli wszystko znika, zasypia. Magia? Nie, to zakład krawiecki Sobańskich, który od 60 już lat szyje dla kolejnych pokoleń klientów.

ROZMAWIA: Elżbieta Podolska 
ZDJĘCIA: Piotr Jasiczek

Idąc szybko ulicą Taczaka można go minąć. Niepozorne szklane drzwi, okno wystawowe ze starą maszyną do szycia i prosty szyld. Dwa schodki i znajdujemy się w innym świecie, jakby zatrzymanym w kadrze kilkadziesiąt lat temu. – Chciałam zrobić remont, ale przeszkodziła pandemia – mówi Elżbieta Sobańska, właścicielka zakładu krawieckiego. – Część odwiedzających nas przekonuje, żeby tego nie robić, że musi zostać ten klimat, bo oni dobrze się w nim czują. Myślę, że remont już wkrótce będzie i to taki, który pogodzi odrobinę współczesności i ten czar zakładu moich rodziców.

Elu jesteś drugim pokoleniem rodziny Sobańskich zajmującym się szyciem miarowym.

Moje dzieciństwo upłynęło w zakładzie rodziców przy Rynku Łazarskim. Wszyscy nas tam znali, zaglądali nie tylko na miarę czy po odbiór rzeczy, ale też po prostu na pogaduszki. Ludzie bardzo cenili mojego tatę, za jego profesjonalizm i podejście do ludzi, a mamę za jej życiowe rady i że mogła uszyć dosłownie wszystko. Pierwszy zakład był na ulicy Małeckiego, potem Rynek Łazarski no i od 30 lat ulica Taczaka. Wszędzie jest tak samo – otaczają nas ludzie, którym zależy na indywidualnym podejściu, lubią się dobrze ubrać, lubią ubrania dobrej jakości, które powstały specjalnie dla nich. Wielu z naszych klientów znamy od lat, ich losy, szczegóły pracy, wiemy o dzieciach i kolejnych sukcesach. Oni też sporo wiedzą o mnie, bo znają mnie od małego szkraba i słuchali opowieści rodziców.

Rodzice założyli zakład wspólnie?

Zakład tak naprawdę założyła moja mama. Dla mnie to bardzo ważne, bo za granicą kobieta prowadząca pracownię szyjącą dla pań i panów to już teraz nie jest taka rzadkość. Tato pracował wtedy w Domu Mody Roksana naprzeciw Okrąglaka, był tam głównym krojczym. Do dzisiaj są osoby, które pamiętają tatę – piszą do nas na Facebooku lub zaglądają do pracowni, żeby chociaż trochę z nami pobyć. Tata miał też bardzo wielu uczniów. Z niektórymi mam kontakt do dzisiaj i opowiadają mi, jakim człowiekiem był, jak o nich dbał i jakim był wymagającym, ale dobrym nauczycielem. To jest niesamowite, jak wiele opowieści o Nim przetrwało do dzisiaj, a ja je zbieram i może kiedyś wykorzystam.

Nie poszłaś w ślady rodziców. Ukończyłaś dwa fakultety na poznańskim uniwersytecie, m.in. anglistykę. I zaczęłaś pracować jako dziennikarz. Co się stało, że jednak wybrałaś krawiectwo miarowe?

Dziennikarstwo to jest moja pasja i miłość. Od samego początku wiedziałam, że nie chcę mówić do sitka, stawać przed kamerą, ale interesuje mnie słowo pisane, które musi być bardzo dopracowane. W redakcji przeżyłam niesamowite dni, przygody, poznałam wspaniałych ludzi. Na przykład Monikę Kaczyńską, dziennikarkę Głosu Wielkopolskiego, która tak wiele mnie nauczyła, była moją mentorką, ale też bohaterów moich materiałów, z którymi rozmawiam do tej pory. I nagle, a może to wcale tak nagle nie było, redakcja zaczęła się zmieniać, bo i samo dziennikarstwo zmieniało się pod wpływem Internetu. Tato już nie żył, mama była coraz starsza, a ja nie wyobrażałam sobie, żeby zakład miał zostać zamknięty, żeby te kilkadziesiąt lat ich pracy, historii nagle zostało zamkniętych. To było całe ich życie. I nasze też, bo w rodzinie krawieckiej każdy pomaga.

Dzisiaj krawiectwo miarowe jest zupełnie inne niż to przed laty.

Krawiectwo miarowe to nie tylko samo szycie. W Polsce ta branża nie miała tyle szczęścia, co np. we Włoszech czy Wielkiej Brytanii, gdzie uważana jest nie tylko za rzemiosło, ale za sztukę tworzenia wysokiej jakości odzieży. Młodzi nie chcieli się już uczyć zawodu, a Polacy wybierali ubrania ze znaną metką. Liczyła się też niska cena.

Coraz większe zainteresowanie szyciem na miarę cieszy, bo w Poznaniu działa już tylko kilka pracowni krawiectwa miarowego. Czasami ludzie zaglądają, żeby chociaż zrobić zdjęcie lub popatrzeć, jak pracujemy.

Jak pandemia wpłynęła na działanie zakładu?

Kiedy mama umarła, stanęłam przed wyborem dalszej drogi: walczyć o rodzinną tradycję, czy pójść inną drogą. Czułam się, jakbym znów traciła rodziców. A że moja natura jest taka, że nigdy się nie poddaję, więc postanowiłam, że zakład pozostanie otwarty. Ludzie mi pomogli, bo nadal chcieli do nas przychodzi i u nas szyć. Drugi raz stanęłam przed takim wyborem, kiedy wybuchła pandemia. Zrobiło się cicho, pusto, ludzie się bali, ubrania zostały ukończone do pierwszej przymiarki. Zaczęliśmy szyć maseczki, na początku charytatywnie razem z nauczycielkami z Zespołu Szkół Odzieżowych. Kiedy zrobiło się cieplej i bezpieczniej, klienci wrócili. Nie żałuję zmiany i mojego wyboru. Przyznam, że los stawia na mojej drodze wspaniałych ludzi. A to jest w dzisiejszych czasach bardzo cenne.

W Poznaniu krawiectwo ma już ponad 600-letnią tradycję. Jedną dziesiątą tego czasu istnieje zakład Sobańskich, który dokładnie w czerwcu obchodzi rocznicę. Bardzo dbasz  o pamięć swoich rodziców, o pamiątki po nich, artykuły, zdjęcia…

Mam zeszyty taty, w których zapisywał miary klientów, a obok są moje krzyżyki, bo też robiłam pierwsze pomiary, jako 4-letni brzdąc. Przydarzyłam się rodzicom w późniejszym wieku. Mam dwóch braci. Starszy o 17 lat ode mnie jest lekarzem, drugi zegarmistrzem. Byłam oczkiem w głowie taty i mamy, którzy poświęcali mi dużo czasu i pozwalali rozwijać swoje pasje. Nawet teraz nie przestałam pisać. Nie są to może wielkie reportaże, ale staram się, żeby każdy wpis na profilu FB był ciekawy, inny, opowiadał historię. Ale mam pomysły, jak rozwinąć to w większe projekty.

Tutaj też dzień jest niepodobny do dnia. Cały czas się coś dzieje. Klienci przyjeżdżają do nas z całej Polski, a nawet ze świata. Niektórzy zaglądają po to, by zobaczyć zakład, bo zainteresował ich szyld czy maszyna na wystawie. Ostatnio odwiedził nas Harry z Singapuru. Interesuje go krawiectwo miarowe. W Poznaniu zatrzymał go lockdown i zwiedzając miasto trafił do nas. Kupił jeden z płaszczy vintage, który szył jeszcze mój tato. Zabierze go ze sobą, bo jak twierdzi, będzie najlepszą pamiątką ze stolicy Wielkopolski. Pewnie nigdy go nie założy, bo jest tam za ciepło, ale cieszę się, że trafi na drugi koniec świata i będzie przypominał o nas i o Poznaniu.

Jest też zbieraczem historii poznańskiego krawiectwa miarowego?

Mam nadzieję, że uda się też w Poznaniu przywrócić pamięć i wysoki status zawodowy krawców. Moi rodzice – Bożena i Kazimierz – pokazali mi ten świat pełen magii, kreatywności, szacunku do siebie i swojej pracy. Byli pełnymi pasji profesjonalistami, mistrzami krawiectwa, którzy potrafili uszyć wszystko i to tak, by tuszowało mankamenty figury. Bardzo ważna w krawiectwie miarowym jest możliwość dobrania fasonu do sylwetki, umiejętność zrobienia ubrania tak, że znikną krzywe ramiona, wystający brzuszek, nogi będą wydawały się dłuższe, sylwetka szczuplejsza. Tego w sieciówkach nie ma. Tam wszystko jest standardowe, a u nas liczy się indywidualizm. Rodzice szkolili uczniów przez wiele lat. Początkowo w ich zakładzie było wielu pracowników i pomocników. Zaopatrzenie sklepów nie imponowało, ale jednocześnie było w dobrym guście mieć coś uszytego na miarę, wyjątkowego. Kiedy wkroczyły sieciówki, wszystko się zmieniło i szycie na miarę stało się bardziej ekskluzywne. Mojego tatę bardzo też bolało podejście ludzi do zawodu, tego, że nie ceni się rzemieślników, ich pracy, nie szkoli się ich odpowiednio. Teraz coś się zmienia – może ranga rzemiosła, a przede wszystkim mistrzów w zawodzie wzrośnie. Jednak bardzo trudno znaleźć prawdziwych fachowców. Tak jak Pan Bogdan, którego w tym roku pożegnaliśmy, a który był z nami przez wiele lat, pracował z moimi rodzicami od lat 60. Był najlepszym krojczym. Żaden fason nie miał dla Niego tajemnic.

Tuż przy drzwiach stoją dwa stojaki pełne ubrań. To są modele szyte jeszcze przez twoich rodziców. Zostały i czekają na tych, którzy je pokochają.

Męskie płaszcze już się praktycznie wyprzedały. Z jednej strony chciałabym te rzeczy zachować, ale przecież były szyte dla ludzi, miały ich cieszyć i sprawiać radość, więc czekają na takich, którzy je przygarną. Wokoło mnie jest pełno pamiątek po rodzicach. Chciałabym je wszystkie zachować, ocalić od zapomnienia. Nie godzę się na to i będę walczyć. Do tej pory trochę śmiałam się z tych, którzy w oknie wystawowym mieli np. starą maszynę jako ozdobę. Teraz mam i ja. Dlaczego? Przez przypadek. Przyszedł do nas człowiek z maszyną marki Łucznik z lat 60. i powiedział, że jak my jej nie ocalimy, to chyba będzie musiał ją wyrzucić, bo nikt jej nie chce. To stara ręczna maszyna, którą ktoś przerobił na elektryczną. To ewenement i co jeszcze ciekawsze, idealnie szyje do dzisiaj. Kawał ocalonej historii trafił do naszego okna. Historia nas otacza, jest w nas, ale jednocześnie idziemy cały czas do przodu. Szyjemy nie tylko ubrania miarowe, ale też kostiumy dla tancerzy z Polskiego Teatru Tańca, dla naszych sąsiadów, tak jak wcześniej dla poznańskiej opery, operetki czy Poznańskiego Chóru Chłopięcego. Od pana dyrektora Jacka Sykulskiego otrzymałam przemiły list, bo pamięta jeszcze współpracę z moimi rodzicami. To wszystko tworzy więzi, które pokazują, że Poznań to naprawdę klimatyczne miasto, gdzie współdziałają różne branże i światy. I nie zmienia tego nawet upływający czas.

Rozmawiamy, a obok nas na wielkim stole, powstaje kolejny projekt. Sukienka, żakiet albo marynarka. Powstaje powoli, bo w krawiectwie miarowym nie da się niczego przyspieszyć. Każda nitka, każdy szew musi być idealny, dopracowany. Podstawowym narzędziem jest też żelazko, bo nic nie może być pomięte, pogięte, wszystko perfekcyjnie wykończone, musi pasować na klienta jak ulał.

Chciałabym, żeby poznaniacy poznali historię krawiectwa w mieście, żeby wiedzieli, że była nie tylko Modena, że mamy 6 wieków tradycji, że mieliśmy niesamowitych krawców i jak piękny jest to zawód. Krawiec jest trochę jak barman, który często też słucha zwierzeń przy okazji kolejnych przymiarek.

Cieszę się, że moje umiejętności dziennikarskie przydają się w prowadzeniu firmy. Tak wiele zawdzięczamy naszym rodzicom. Jeśli mogę się odwdzięczyć moją pasją za ich pasję i zachęcić do krawiectwa miarowego innych, to już dla mnie wiele. I kto wie, co może powstać z połączenia igły, nici i... słowa pisanego. Magia!