Historia pełna zmysłów
Czy historia musi kojarzyć się wyłącznie z kurzem bibliotecznych półek i żmudnym „wykuwaniem” dat? Anna Wyrwa udowadnia, że przeszłość można poczuć wszystkimi zmysłami. W jej Pracowni Dziedzictwa historia odzyskuje zapach średniowiecznych ziół, strukturę lnu i aksamitność naturalnego mydła. Jako rodowita Poznanianka, zafascynowana archeologią i filozofią, porzuciła bezpieczny schemat pracy nauczycielki, by przybliżać innym, jak żyli, czym się otaczali i jak dbali o siebie nasi przodkowie. Rozmawiamy o tym, dlaczego średniowieczne maseczki z owsa wciąż mogą konkurować z nowoczesną kosmetologią, jak pachniał dawny Poznań i dlaczego lniany worek na chleb to coś więcej niż tylko kuchenny gadżet. To opowieść o kobiecej zaradności, która od pokoleń wpisana jest w DNA mieszkanek Wielkopolski, oraz o tym, że chociaż czasy się zmieniają, nasza potrzeba piękna i naturalności pozostaje niezmienna od tysięcy lat.

ROZMAWIA: Ewa Gosiewska
ZDJĘCIA: Archiwum prywatne
Historia była zawsze Tobie bliska? Jak to się stało, że ta pasja nie mija?
Anna Wyrwa: Przede wszystkim najpierw chciałam być archeolożką. Zafascynowana jako dziecko piramidami i starożytnym Egiptem. Stwierdziłam, że byłoby wspaniale odkrywać niezwykłe rzeczy. Jednak później doszłam do wniosku, że jak w końcu dorosnę, to wszystko, co było dotąd nieodkryte, zostanie już do tego czasu odnalezione. Czytałam mnóstwo książek historycznych, zachwycił mnie świat przeszłości.
Bałam się jednak, że historia to prosta droga do bycia nauczycielką, a bardzo wtedy chciałam tego uniknąć. Nie wyobrażałam sobie nauczania typu fakt – data. Szukałam alternatywy i zaczęłam studiować filozofię. To były studia, które mnie bardzo rozwinęły, dały mi zaplecze do dalszych poszukiwań i powrotów do pierwszych pasji. Bo ostatecznie skończyłam też historię, równocześnie angażując się w rekonstrukcje i warsztaty rękodzielnicze w ramach „koła gospodyń”, które w kameralnym gronie prowadziła dla nas koleżanka z roku. Przełomowym momentem była dla mnie wizyta w zagranicznym muzeum. Obejrzałam tam film związany z archeologią eksperymentalną. Pomyślałam wtedy: to jest to! Przybliżanie historii bez „wykuwania dat na blachę”! Stąd pomysł na rękodzieło połączone z kontekstem historycznym. Tak powstała moja Pracownia Dziedzictwa zlokalizowana na poznańskiej Woli. Pasja nie mija. Tworząc kolejne warsztaty tematyczne, ciągle odkrywam coś fascynującego.
„Przeszłość można dotknąć wszystkimi zmysłami” – czytamy na stronie Twojej Pracowni. Gdybyś mogła zabrać czytelników w podróż właśnie do dawnego Poznania, to co byśmy mogli poczuć za pomocą zapachu i dotyku? Jaki materiał przychodzi Tobie do głowy?
Jest to zdecydowanie skóra. Poznań zasłynął z handlu skórą oraz wyrobami skórzanymi i to już w średniowieczu i czasach nowożytnych. Świadczą o tym choćby wykopaliska archeologiczne w obrębie Starego Miasta. Znalezione przez archeologów średniowieczne wyroby skórzane można było zobaczyć w poznańskim muzeum. Skóra to dla mnie kwintesencja poznańskości: jest trwała, praktyczna, miła w dotyku i do tego pięknie pachnie. A jeśli mówimy o zapachu, to z naszym miastem kojarzy mi się woda kolońska, którą już w XVIII wieku oczarowany był cały świat.
Po uzyskaniu niepodległości w 1919 roku niejaki Henryk Żak postanowił stworzyć jej poznańską wersję. I tak powstała słynna „Przemysławka”, którą większość ludzi kojarzy z PRL-em, a to nic bardziej mylnego. Ta woda pojawiła się dużo wcześniej i była przeznaczona zarówno dla kobiet, jak i mężczyzn. Niedawno jej produkcja w Poznaniu została przywrócona.

Jak wyglądają Twoje warsztaty? Więcej w nich historii czy pracy z konkretną materią?
Zaczynając przygodę w swojej Pracowni, wyszłam z założenia, że wszystkie warsztaty, w których sama brałam udział, nie miały kontekstu historycznego. Uznałam, że świetnie wiedzieć, co to jest batik, ale dlaczego nie powiedzieć więcej o tej kulturze, w której był osadzony. Rzemiosło jest przecież bardzo powiązane z kulturą. Dlatego wszystkie warsztaty, które organizuję, są osnute moją opowieścią. Mamy chociażby zajęcia z historii zapachu, gdzie śledzimy, jak od starożytności do czasów współczesnych wytwarzano perfumy, czego używano jako nośniki zapachu, czy jak uzyskiwano konkretny aromat. Uczestniczki po takim wykładzie same tworzą swoje unikalne flakony.
Czy według Ciebie współczesne kobiety mogą wiele czerpać z rytuałów kosmetycznych swoich przodkiń?
Warto wracać do surowców naturalnych, które były wykorzystywane w Europie od tysiąca lat. Jeśli mamy dostęp do ekologicznej oliwy z oliwek, to jest ona świetna na przesuszoną skórę czy włosy. Naszym polskim produktem o podobnych właściwościach jest olej lniany, oczywiście nierafinowany. Jak dodamy do niego cukier, to mam wspaniały peeling. W średniowieczu kobiety wykorzystywały owies i na jego bazie robiły maseczki do twarzy. Możemy je z powodzeniem stosować także dzisiaj.
Nie jest jednak tak, że dawniej nie popełniano błędów pielęgnacyjnych. Elżbieta Wielka czy Rzymianki używały węglanu ołowiu. To było bielidło, które skórę bardzo mocno niszczyło. Polecam też wszystkim tworzenie własnego mydła. To, co kupujemy w sklepach, to są w większości utwardzone detergenty. Prawdziwe mydło kosmetyczne nigdy nie uczuli. Jeśli nie mamy czasu, można bardzo łatwo zrobić mydło z bazy glicerynowej – wynalazek dziewiętnastego wieku. Jest cudownie aksamitne i działa kojąco na skórę. Jednak szczególnie zachęcam, by tworzyć bardziej czasochłonne mydło na bazie sodowego ługu, które zanim będzie mogło być używane, musi długo dojrzewać. Można do niego dodać glinki. One pięknie barwią mydło, a dodatkowo oczyszczają i odżywiają skórę. W mojej Pracowni organizuję warsztaty z robienia mydła, receptura jest naprawdę banalnie prosta.

Badając sposób tworzenia dawnych kosmetyków, łączysz tę wiedzę z warsztatami nie tylko w swojej Pracowni, ale też przy okazji miejskich wydarzeń plenerowych takich, jak Festiwal Nauki i Sztuki czy Noc Naukowców…
Podczas ostatniej edycji uczestnicy, mając do dyspozycji mączkę owsianą, płatki róży i różne hydrolaty z kwiatów oraz ziół popularnych w średniowieczu, mogli samodzielnie sporządzić swoją własną maseczkę. Na szczęście jest coraz więcej dostępnych publikacji naukowych na temat m.in. dawnych receptur kosmetologiczno-farmaceutycznych.
Trzeba też powiedzieć, że Poznanianki zawsze słynęły z zaradności i ja jako osoba zakorzeniona w tym mieście od wielu pokoleń, bardzo tę cechę cenię. W moim domu rodzinnym mówiło się, że lepiej kupić coś raz, a porządnie. Szukano prostych i praktycznych rozwiązań w życiu codziennym. Takim przykładem jest lniany worek do pieczywa, który pozwalał, by chleb „oddychał”, dłużej zachowując świeżość. Na warsztatach też robimy takie woreczki. Używam ich stale w kuchni.
Moja Pracownia organizowała także warsztaty na majówce na zaproszenie Bramy Poznania. Tam wielopokoleniowo tworzyliśmy szklane korale z metalowymi lunulkami. To typowe słowiańskie ozdoby czasów wczesnego średniowiecza. Każdy mógł sobie zabrać takie pamiątki do domu i dowiedzieć się, że tysiąc lat temu kobiety nosiły taką samą biżuterię. Drukowaliśmy także, wykorzystując tradycyjną metodę stemplowania i średniowieczne wzory, wspomniane już lniane woreczki na pieczywo czy kosmetyki.

Myślisz, że historia może być przydatna w budowaniu lokalnej społeczności?
Zdecydowanie tak! Ten kontekst historyczny jest bardzo ważny. Z czego mamy być dumni, jeśli nie wiemy, skąd pochodzimy? Przybliżanie wspólnej historii, naszego dziedzictwa w ciekawy sposób, może łączyć pokolenia. Jest to oczywiście dla mnie wyzwanie, bo w dzisiejszych czasach trudno zainteresować czymś nie tylko dzieci, ale też ich rodziców czy seniorów. Wszyscy jesteśmy na co dzień poddawani zbyt wielu bodźcom. Dlatego staram się opowiadać tak te dawne dzieje, aby ludzi nie znudzić. Na pewno jest to prostsze, jeśli łączymy to z praktyką i pracą własnych rąk, bez jakiegokolwiek rozpraszającego ekranu przed nosem. Moja Pracownia współtworzyła także, dzięki dotacji Urzędu Marszałkowskiego, Grę Miejską, która w interaktywny sposób ukazywała przeszłość Wielkopolski sprzed tysiąca lat, także życie codzienne jej mieszkańców. Można było dotknąć tkanin naturalnych, z jakich szyto ówczesne ubrania, czy spróbować warzyw typowych dla tamtych czasów. Nie wszyscy wiedzą, że wtedy nie było pomarańczowej marchwi, jaką znamy w naszej kuchni, była tylko fioletowa, żółta i biała. Dlatego zjeździłam cały Poznań, żeby taką marchew zdobyć. Pokazywaliśmy naczynia, których używano w średniowieczu, a gotowano wszystko w glinianych garnkach, bo glina była wówczas dostępnym i dużo tańszym materiałem niż metal. Wszystko można było powąchać, zobaczyć i posmakować. Zrobiliśmy też warsztaty w tworzeniu mieszanki przypraw typowo średniowiecznych, m.in. czosnku niedźwiedziego, lebiodek: majeranku i oregano, suszonego koperku, naci pietruszki oraz czarnuszki, zwanej pieprzem średniowiecza. Uczestnicy zabierali tę miksturę ze sobą wraz z zawartym w grze przepisem na jednogarnkowe średniowieczne danie.
Staram się, aby za każdym razem ta rekonstrukcja dawnego świata była jak najbardziej realistyczna. Część uczestników do mnie wraca i mówi, że gdyby tak przedstawiano historię w szkole, to pasjonatów byłoby dużo więcej. Takie słowa bardzo mnie motywują i utwierdzają w przekonaniu, że to dobra droga.
Działasz również w Centrum Inicjatyw Senioralnych w Poznaniu. Starsze pokolenia też chętnie uczestniczą w Twoich warsztatach?
Okazuje się, że tak, a nawet usłyszałam niedawno, że nareszcie nie są traktowani jak dzieci. Jedna z pań seniorek narzekała na bardzo powszechną infantylizację starszych osób i pokutujące przeświadczenie, że wystarczą im kartki, farbki i „niech sobie coś rysują, żeby miło spędzić czas”. Ta pani była przeszczęśliwa, że na moich warsztatach może wziąć udział w wykładach i się czegoś dowiedzieć. Taka namiastka Uniwersytetu Trzeciego Wieku.

Filozofka, historyczka, przedsiębiorczyni – czy te wszystkie Twoje role składają się na definicję współczesnej kobiecości?
Te role przenikają się w każdym aspekcie mojego życia, ponieważ to, czym się zajmuję zawodowo, jest szczęśliwie także moją pasją – jak kiedyś usłyszałam – pasją dobrze wykształconą. Czasami wręcz zastanawiam się, kto lepiej się bawi na moich zajęciach: ja czy moi uczestnicy. Doceniam, że mogę się spełniać, realizować i robić w życiu ciekawe rzeczy. Jednak droga do tego stanu nie była łatwa. Jestem dumna z tego, że poszłam tą ścieżką, którą sama wybrałam, trochę wbrew temu, czego oczekiwali ode mnie bliscy. Chciałabym przekonać jak najwięcej ludzi, że historia jest fascynująca i co ważne – możemy z niej czerpać do dzisiaj, a nawet uczyć się na cudzych błędach, błędach naszych przodków. Historia też pokazuje, że człowiek z natury się nie zmienia. Mentalność ludzka była taka sama tysiąc, sto lat temu i dzisiaj.

A gdybyś miała wybrać jedną kobietę z historii Poznania, to kto by to był i dlaczego?
Stawiam tym razem na XIX wiek, choć to zdecydowanie nie jest mój ulubiony okres historyczny, a kobietą, którą podziwiam za konsekwencję i odwagę w podążaniu za swoimi marzeniami, jest Filipina Studzińska. To pierwsza wykwalifikowana farmaceutka i jednocześnie siostra zakonna ze zgromadzenia Sióstr Miłosierdzia. Wraz ze swoją rodzoną siostrą uzyskała w Krakowie dyplom farmaceutki. Była to nie tylko pierwsza tak wykształcona kobieta w Polsce czy w Europie, ale i na świecie! Pochodziła z Podlasia, ale osiadła w Poznaniu. Pracowała w aptece oraz w szpitalu przy Placu Bernardyńskim, dzisiejszym Szpitalu Przemienienia Pańskiego. Filipina Studzińska przyczyniła się bardzo do rozwoju farmacji, ale też miała istotny wkład w edukację przyszłych pokoleń farmaceutek. Filipina wraz z siostrą uzyskała tytuł magistra w 1824 roku, kolejne kobiety musiały poczekać na taki dyplom do lat sześćdziesiątych XIX wieku. Jako ciekawostkę dodam, że Filipina stworzyła maść prawoślazową, która regeneruje stany zapalne skóry i doskonale ją nawilża. Mam marzenie sama też taką wykonać, według tej samej receptury.

Właśnie takiej determinacji naszych przodkiń w podążaniu za marzeniami życzysz czytelniczkom w marcowym, tradycyjnie bardziej kobiecym wydaniu „Sukcesu po Poznańsku”?
Życzę wszystkim kobietom, żeby podążały za swoimi, a nie cudzymi marzeniami i żeby zawsze starały się znaleźć czas na pasje. A jak nawet im coś nie wyjdzie, to żeby się tym nie zadręczały, tylko próbowały dalej, czasem nie raz i nie dwa. Życzę też wiary w siebie, bo jak pokazuje historia, kobiety przez lata były tłamszone, nie mogły się kształcić, pracować w wielu zawodach i po prostu żyć po swojemu. Teraz mamy o wiele więcej możliwości, więc warto to wykorzystać. Moją siłą napędową są ludzie wokół mnie. Daję im od siebie to, co sama chciałabym dostać od nich. Dzięki temu ta dobra energia stale krąży. To jest sprawdzony patent na spełnione życie. I takiego spełnienia życzę wszystkim.
Więcej informacji o Pracowni Dziedzictwa: https://pracowniadziedzictwa.pl/