Najnowszy numer SUKCESU już dostępny 🌞 Sukces po poznańsku to najpopularniejszy magazyn lifestylowy o Poznaniu 🌞  

Organizator:

Historie przychodzą nocą

Podziel się

Jej literacki świat budzi się wtedy, gdy inni śpią. To właśnie w środku nocy w jej głowie wybrzmiały słowa „świst kul”, a mąż Wandy, bohaterki „Dziewczyny z konspiracji”, Leon, sam zaczął dyktować jej kolejne zdania. Choć z wykształcenia jest dietetykiem i przez lata zajmowała się zupełnie innymi dziedzinami, dziś udowadnia, że na odkrycie swojego prawdziwego talentu nigdy nie jest za późno. O debiucie literackim, sile kobiet i o tym, dlaczego Poznań wciąż nie chce mówić o swojej wojennej historii, rozmawiamy z autorką powieści „Dziewczyna z konspiracji” Wydawnictwa Filia.

 

ROZMAWIA: Juliusz Podolski

ZDJĘCIA: Archiwum prywatne

 

Po lekturze książki okazuje się, że Wanda jest postacią fikcyjną, złożoną ze wspomnień. Ale czytając, ma się wrażenie, że ta osoba musi być Pani bardzo bliska. Albo te osoby, które są „umieszczone” w Wandzie. Nie znam Pani, ale to jest tak osobiste, że czuję, jakby część tych rzeczy była Pani przeżyciami.

Weronika Ilska: Dobrze Pan czuje. Nie utożsamiam się z Wandą w stu procentach, ale proces jej tworzenia był szczególny. Wanda powstała w mojej głowie jako pierwsza, a dopiero potem Poznań jako tło tej akcji. Relacje rodzinne Wandy zostały przeze mnie wymyślone – to raczej wynik tego, że ja w taki sposób czułam jej rodziców w tamtym kontekście, bo prywatnie mam zupełnie inne relacje z rodzicami. Jednak to, co na pewno z Wandą mam wspólnego, to siłę, charyzmę i wyznawane przez nią wartości. Łączy nas bardzo duża potrzeba wolności i patriotyzmu. Dużo przeżyłam i Wanda również. Wszystko, co pojawia się w jej uczuciach, musiało gdzieś we mnie być.

Będę drążył w sprawie uczuć...

O jakie uczucia Pan pyta? Nie mówię o przełożeniu jeden do jednego, ale o przeżywaniu rozterek, o dochodzeniu do trudnych wniosków i o wyborach. Wanda zaczęła stawiać na siebie, nawet jeżeli kosztowało ją to życie. Też doszłam do takiego momentu w życiu, kiedy zaczęłam stawiać na siebie, nawet jeżeli to się innym nie podobało. To nie jest ten sam wymiar, bo tutaj mówimy o wojnie i o życiu, a ja mówię o swoich prywatnych wyborach. Uważam jednak, że każdy wybór jest ważny, nawet ten najdrobniejszy. Myślałam wcześniej, że Wanda wcale nie ma tak dużo ze mnie, ale im więcej czytam recenzji i słucham głosów odbiorców, kiedy zupełnie obce osoby mówią, że tę wrażliwość czuć od pierwszej strony, to rozumiem, że dałam tej bohaterce więcej, niż zamierzałam.

Dla mnie ta postać przestała być fikcyjna w momencie, gdy zobaczyłem okładkę, a potem zestawiłem ją z Pani zdjęciami. Te dwa obrazy strasznie mi się spersonifikowały. Dla mnie ta książka jest po prostu bardzo osobista.

Nie będę zaprzeczała. Widać w niej na przykład moje relacje z synem. To, jak opisywałam Jurka, którego Wanda spotkała na Jeżycach, czy sceny, w których uczyła dzieci – wtedy moje matczyne serce odzywało się bardzo mocno. Bardzo przeżywałam losy tych dzieci, bardzo przeżywałam Jurka. Co ciekawe, nie wzruszyłam się podczas samego pisania, ale łzy poleciały mi, gdy redagowałam książkę. Podczas pisania człowiek jest w takim ferworze, że inaczej podchodzi do historii i bohaterów. Jednak w momencie redakcji, kiedy czytałam ten tekst jeszcze raz, rzeczywiście zapłakałam – i przy dzieciach, i przy samej końcówce.

Powiedziała Pani, że Wanda pojawiła się w momencie, gdy jeszcze nie wiedziała Pani, że ona będzie żyła w Poznaniu, i to w czasie drugiej wojny światowej.

To zaczęło się od bardzo dziwnego dnia, kiedy w mojej głowie pojawiły się dwa słowa: „świst kul”. One po prostu za mną chodziły. Takie bardzo polskie, trudne do powiedzenia wyrazy. Chodziły za mną przez dwa lub trzy dni i nie mogłam ich z siebie wyrzucić. W końcu usiadłam do laptopa, zapisałam je i dopiero wtedy „odfrunęły”. Stwierdziłam, że właśnie tak zacznie się ta powieść – od jej snu. Powstała Wanda, a potem od razu narodził się Poznań jako tło.

 

 

Wybór Poznania jest ciekawy, bo dla mieszkańców innych rejonów kraju my, poznaniacy, jesteśmy często postrzegani jako ludzie, którzy stali z boku lub współpracowali z Niemcami. Myślę, że to trochę nasza wina, bo nie chcemy o tym mówić. A przecież tutaj był pierwszy obóz koncentracyjny, pierwsza komora gazowa, tutaj odbywała się eksterminacja polskiej inteligencji.

Sięgnęłam po Poznań, dlatego że tutaj mieszkam i dlatego że brakowało mi książek o Poznaniu z tamtego okresu. Chciałam osadzić bohaterów w moim mieście, ale gdy zaczęłam się w to zagłębiać, zorientowałam się, że to nie jest wcale takie łatwe. Moja dotychczasowa wiedza była niewystarczająca do stworzenia książki. Gdy zobaczyłam, jak funkcjonował tu ruch oporu – bardzo ciężko i bardzo cicho – to przez chwilę nie wiedziałam nawet, czy będę miała wystarczający materiał. Niektórzy twierdzą teraz, że w „Dziewczynie z konspiracji” jest tej konspiracji za mało.

Też mam takie odczucie...

Nie zgadzam się, ponieważ konspiracja w tej książce jest pokazana wielowymiarowo. Wanda trafia do grupy operacyjnej „Orzeł” i tam mamy typowe działania, takie jak podsłuchiwanie, grypsy czy inwigilowanie Niemców w hotelu Bazar. Ale konspiracja to także tajne komplety, gdzie dzieci uczyły się być Polakami, co było niezwykle ryzykowne. Wanda ryzykowała życiem swoim, Klementyny i tych dzieci. Ukrywanie Jurka to też jest konspiracja – i to bardzo odważna, bo wiedziała, że jeśli Friedrich ich znajdzie, zginą oboje. My w Poznaniu nie mieliśmy wielkiego pola manewru. Oczywiście były akcje dywersyjne, ale nie było to nic spektakularnego. W Poznaniu była bardzo trudna sytuacja i myślę, że Wanda nie mogła zrobić więcej. Nawet sytuacja z Friedrichem, który chciał ją jako gosposię, wymusiła na niej zakończenie działań w hotelu Bazar, ale przecież ona jeszcze w hotelu Kaiserhof w Niemczech zrobiła całą serię zdjęć i tam się spotkała z łączniczką Armii Krajowej. Cały czas działała.

Bardzo mocno zarysowała Pani dwie postaci niemieckich oficerów.

Kurt to zdecydowany oprawca, natomiast z Friedrichem von Hellerem miałam bardzo duży problem. Wiedziałam, że chcę, aby pojawił się ważny człowiek z Berlina, który mógłby tutaj zadziałać w tej historii. Jednak kiedy on już się pojawił, nie wiedziałam, jak to się ułoży i że stanie się on osią tajemnicy dotyczącej Wandy. Z jednej strony Friedrich wydawał mi się oprawcą, a z drugiej – pewnego rodzaju ratunkiem. Był szarmancki, bo był arystokratą. Ale szarmanckość mężczyzny wcale nie oznacza, że nie będzie on oprawcą. Był na pewno bardzo poukładanym mężczyzną i ta cała jego samokontrola zachwiała się przy Wandzie. Dlatego on ją pokochał, bo to była jedyna kobieta, nad którą nie miał kontroli, a bardzo chciał ją mieć. Ona o niego nie zabiegała, ciągle mu się wymykała.

Czyli pisząc książkę, nie miała Pani żadnego sztywnego konspektu?

Nie mam konspektu. Po prostu piszę i sama się zaskakuję. Nic nie spisuję wcześniej, choć czasami notuję pojedyncze hasła, żeby nie umknęły mi jakieś detale, na przykład: dom, nauczanie. Jednak nie robię żadnych scenariuszy, bo to by zabijało moją wenę. Wyjątkiem był rozdział Leona, który spisałam w całości w nocy. To było dla mnie szokujące, że pisałam takie słowa. To była druga lub trzecia rano. Wzięłam notes, długopis i po prostu to spisałam. Miałam wrażenie, jakby Leon do mnie przyszedł. Nie umiem tego racjonalnie wytłumaczyć. Przed napisaniem tej książki odwiedzałam groby w lasach Palędzko-Zakrzewskich. Czułam tam ich obecność i to bardzo mocno ze mną rezonowało.

W którym momencie zrodziła się historia o tym, że Wanda jest dzieckiem adoptowanym?

Nie było to przemyślane na początku. Musiałam jednak dojść do jakiegoś wniosku, analizując postać Janiny, matki. Nie mogła być taka bez powodu – nie odrzuca się dziecka bez przyczyny. Myślałam o zdradzie, ale ostatecznie sama siebie zaskoczyłam i poszłam w stronę, która otworzyła nowe wątki. Najważniejsze jest to, że kiedy Wanda dowiaduje się o swojej niemieckiej krwi, wcale nie zmienia swojego systemu wartości. Miała wiele wyjść, które podsuwał jej Friedrich, mogła mieć wszystko, a jednak pozostaje nieugięta.

Tutaj dotykamy sedna: czym jest dla nas ojczyzna i czym kierujemy się w życiu.

– Nie powinniśmy oceniać Wandy ani ludzi z tamtych czasów. Nie mamy do tego prawa. Żyjemy w innym świecie, bardzo wygodnym, przesyconym wszystkim – dobrami, pieniędzmi. Mamy nadmiar. Nie doceniamy wolności, którą mamy, i nie możemy oceniać tych, którzy kiedyś nie mieli wyboru, albo decydowali tak, a nie inaczej.

Kiedy zdecydowała Pani: „będę pisarką”?

Taka myśl kiełkowała we mnie od paru lat. Poważnie zaczęłam o tym myśleć po urodzeniu syna, kiedy macierzyństwo tak mocno mnie dotknęło. Miałam przerwę w pracy zawodowej i stwierdziłam, że chcę coś robić. Zaczęłam traktować pisanie jak pracę. Początkowo myślałam, że nie skończę książki, że to tylko marzenie, którego nie uda się zrealizować. Myślałam, że skończy się na jednej pozycji. Teraz już wiem, że na jednej czy dwóch się nie skończy. Nawet na trzech.

Skąd wzięła Pani warsztat? Ten styl pisania krótkimi zdaniami jest wyjątkowy.

Nie wiem... Ja po prostu siadam i piszę. Nie zastanawiałam się nigdy nad własnym warsztatem. Chyba tak się dzieje, gdy pisze się z serca. 

Z wykształcenia jest Pani...?

Dietetykiem. Pracowałam w branży stomatologicznej. Interesowały mnie głównie przedmioty ścisłe. Chciałam nawet zostać weterynarzem, bo kocham zwierzęta. Studia tutaj zupełnie nie pomogły w kwestii pisania. Może to po prostu jakiś dar lub talent. Pamiętam, jak nauczyciel w szkole mówił, że każdy z nas ma jakiś talent. Wtedy zastanawiałam się, jaki jest mój. Dopiero teraz, mając prawie trzydzieści lat, już to wiem.

Pani książka pachnie... Czy zdawała Pani sobie z tego sprawę?

Jaki zapach ma Pan na myśli? 

Najczęściej czuć pot, cygara, skórę, perfumy, a nawet cebulę. Ale to zapach potu jest dominujący.

Cóż, wtedy ludzie dużo się pocili i palili cygara... Myślę, że jestem bardzo wyczulona nie tyle na same zapachy, co na detale. Piszę trochę tak, jakby ktoś oglądał film – czytelnik ma widzieć klatki serialu. Kiedy widzę te sceny w wyobraźni, czuję i widzę wszystko. Skoro bohaterowie palą cygara, to ja od razu czuję, że ten zapach jest duszący i gryzący, że unosi się wszędzie. To dla mnie bardzo naturalne.

Wspomniała Pani o detalach i zapachach, które budują atmosferę, ale w „Dziewczynie z konspiracji” równie mocno wybrzmiewa muzyka, a konkretnie jeden instrument – fortepian.

To nie było zaplanowane od początku, ale w pewnym momencie stało się dla mnie oczywiste. Niemcy podczas okupacji grabili wszystko, co miało dla nas wartość, a instrumenty były dla nich łupem szczególnym. Oni kochali muzykę, na fortepianach „grywali swoje marzenia”. W Poznaniu znajdował się jeden z najlepszych egzemplarzy marki Bechstein – i dla mnie było absolutnie autentyczne, że taki człowiek jak von Heller, wprowadzając się do swojej posiadłości, musiał go tam mieć. Kiedy Wanda wchodzi do salonu i widzi ten instrument, to jest bardzo naturalna, wręcz filmowa scena. Podnosi klapę i odnajduje skrytkę z inicjałami i ukrytymi zdjęciami. To był bardzo epokowy motyw – ludzie w tamtych czasach masowo tworzyli takie schowki, próbowali ocalić skrawki swojej tożsamości w przedmiotach, które Niemcy uważali za swoje. 

Druga Pani książka opuszcza już Poznań.

Tak, to opowieść o kobiecie, która zostaje zmuszona opuścić swój kraj – Polskę. Potrzebowałam zmiany po „Dziewczynie z konspiracji”. Ta bohaterka również przyszła do mnie nagle, w nocy, gdy redagowałam pierwszą książkę. Akcja dzieje się w Barcelonie w dwudziestoleciu międzywojennym, będzie też trochę Polski i dużo sztuki. Pojawia się postać rosyjskiego hrabiego, wygnańca po rewolucji, człowieka honoru o żelaznych zasadach. To znów historia o patriotyzmie i o tym, czym jest dla nas powrót do ojczyzny. Moja bohaterka bardzo dużo przeszła, widzimy ją z jej traumami.

Rozumiem, że trzecia książka też już do Pani „przyszła”?

Tak, pojawiła się, gdy pisałam drugą. Ponownie skupiam się na kobiecie. Chcę pokazywać naszą siłę i to, że to, co kobiety przechodziły kiedyś, wcale nie jest tak odmienne od tego, co przechodzimy dzisiaj. Cały czas walczymy o swoje ja, o swoje zdanie i o to, że możemy coś robić bez pytania o zgodę.

A prywatnie – Pani Poznań? Ulubione miejsca?

Mam ich dużo. Na pewno bardzo dobrze wspominam Sołacz – idąc na naszą rozmowę, przystanęłam tam w kilku miejscach, bo mam stamtąd wiele wspomnień. Lubię Rusałkę, fajne knajpki przy Starym Rynku, hotel Bazar. Kocham Poznań jako moje miasto, ale cenię też okolice, bo teraz mieszkam na przedmieściach. Bardzo ważny jest dla mnie kontakt z naturą.

Wspomniała Pani, że jest dietetykiem. Jakie są Pani smaki?

Bardzo lubię kuchnię włoską i meksykańską, ale też polską – taką klasyczną, u babci. Kotlet mielony, konkretna kwaśna kapusta, szare kluchy czy pierogi, choć o dobre pierogi jest trudno. Jak mam na nie apetyt, to jadę do mojej ulubionej karczmy Kołodziej w Skokach. Czy gotuję? Gotuję, jak muszę. Żeby zjeść, trzeba gotować, chociaż można też coś zamówić albo po prostu wyjść do restauracji.