Organizator:

Ja po prostu kocham sport!

01.06.2021 15:47:03

Podziel się

Dziennikarz sportowy. Pracuje emocjami. Absolutny mistrz mikrofonu. Krzysztof Ratajczak od lat relacjonuje wydarzenia sportowe, mecze ligowe, a nawet relacje z igrzysk olimpijskich. Od zawsze zakochany w sporcie, działa społecznie w Polskim Komitecie Olimpijskim, a posłuchać Go można na antenie Radia Poznań.

TEKST: Juliusz Podolski 
ZDJĘCIA: Piotr Jasiczek

Znamy się od dawna, pracowaliśmy razem, ale nigdy nie rozmawialiśmy o tym, jak zostałeś dziennikarzem sportowym

Dziennikarzem sportowym chciałem być od zawsze. To brzmi trochę banalnie, ale szybko zrozumiałem, że nie będę wielkim sportowcem, a chciałem być związany ze sportem. Pamiętam, że zaczęło się to w szkole podstawowej. Kiedy na lekcjach wychowawczych robiło się gazetki ścienne czy pisało wypracowania, kim chciałbyś być, ja twardo mówiłem – komentatorem sportowym.

W dużej mierze było to zauroczenie komentarzami legendarnego w tamtych czasach Jana Ciszewskiego. To była też pora wielkich sukcesów polskiego sportu. Pamiętam mecz Polaków z Anglikami na Wembley, a pierwsze moje świadome – jako małolata – igrzyska, to te w Monachium, później Montreal. Prowadziłem na własny użytek kroniki z wynikami z kolarskich Wyścigów Pokoju, meczów piłkarskich, wklejałem do zeszytów wycinki i zdjęcia.

Czyli rano biegłeś do kiosku po Przegląd Sportowy, Tempo i Sport?

Tak, ale nie było to takie łatwe, bo nie pochodzę z dużego miasta, a nakłady tych gazet były ograniczone. Tu muszę wspomnieć moich rodziców, którzy w mojej pasji od początku mnie wspierali i załatwiali z kioskarzami odkładanie gazet. Jako 14-latek napisałem artykulik do kibicowskiej rubryki w „Przeglądzie Sportowym”, w którym… ogłosiłem, że chcę być dziennikarzem sportowym. Przyznasz, że odważnie jak na chłopaka mieszkającego w kilkunastotysięcznym Żninie.

Czy sposób komentowania redaktora Ciszewskiego ukształtował Twoją osobowość dziennikarza sportowego?

Moim zdaniem, w tym zawodzie, a naprawdę w sporcie, trzeba być zawsze sobą. Oczywiście można się na kimś delikatnie wzorować i wyciągać to, co najlepsze, ale na tyle, by nie zagłuszyć tego, co w duszy gra. Nieprzypadkowo przywołałem osobę Jana Ciszewskiego, ponieważ odpowiada mi emocjonalny sposób komentowania wydarzeń sportowych, jaki on reprezentował, współuczestniczenia w toczących się meczach i dzielenia się radością albo smutkiem na antenie ze słuchaczami. Trzeba też mieć – jak to w życiu – trochę szczęścia, by na swojej drodze spotykać znakomitych ludzi. Dobrą drogą do wchodzenia do tego zawodu jest wspólne komentowanie ze znanymi dziennikarzami. Jak dobrze wiesz, mnie do radia wciągnął nieodżałowany Zbyszek Kubiak, z którym współpracowałem wiele lat w radiu czy telewizji. Najpierw jednak pisałem w Dzienniku Wielkopolan Dzisiaj, w Kurierze Codziennym (też był wydawany w Poznaniu), potem był Express Poznański. Świetna popołudniówka, w której w nieco luźniejszej formie można było sprzedawać emocje. Wracając do Zbyszka, przy Jego boku zaliczałem pierwsze transmisje. To był mój przyjaciel i zawodowy przewodnik, chociaż mieliśmy zupełnie odmienne sposoby komentowania. Zbyszek robił to stonowanym głosem o wyjątkowej barwie, a ja lubiłem i do dzisiaj lubię troszkę „popływać” na emocjach i przenieść je na słuchaczy.

Takie emocjonalne komentowanie w radiu chyba jest bliższe kibicom niż techniczne, merytoryczne w telewizji. Czy to wynika z tego słynnego zdania: Szkoda, że Państwo tego nie widzą?

Trafiłeś w sedno, ale musimy także zwrócić uwagę na specyfikę mediów. W radiu możemy sobie pozwolić na malowanie słowem napięcia. Musimy być świadomi, że kibic, jak wspomniałeś, tego nie widzi. Tu też warto podkreślić istotną różnicę. W radiu jest sprawozdawca, który opowiada o wszystkim, nawet o kolorze nieba nad stadionem, a w telewizji, oczywiście przy zachowaniu modulacji głosu, zastępuje go obraz i jest się bardziej komentatorem, który tłumaczy widzom to, co się dzieje na boisku. To oczywiście też kwestia indywidualnych predyspozycji czy cech charakterologicznych. Ja z mówieniem nie miałem nigdy kłopotów. Skończyłem studia prawnicze, ale zamiast przemawiać na salach sądowych, mówię do kibiców z aren sportowych.

Zatem Twoje predyspozycje spowodowały, że pozostałeś wierny radiu, mając też epizody w telewizji?

Zdecydowanie tak. Kiedyś ukułem sobie takie zdanie, że radio, będzie górnolotne słowo, jest miłością, a telewizja przygodą. Tak toczy się moje życie zawodowe. W radiu się spełniam, a z telewizją, do której wprowadzał mnie inny wręcz legendarny poznański dziennikarz sportowy Czesiu Kaliszan – współpracuję nadal, choć w nieco mniejszym wymiarze niż w poprzednich latach.

Jak to się stało, że wszedłeś do elitarnego grona olimpijczyków?

To znowu splot wielu sprzyjających okoliczności. Nie wystarczy dobrze wykonywać swoje obowiązki. Dziennikarza sportowego niosą sukcesy, które komentuje. Kiedy w 1993 roku na stałe przeszedłem do radia, trafiłem na falę znakomitych wyników poznańskiego sportu. Piłkarze Lecha zdobyli tytuł mistrza kraju i jako wysłannik Polskiego Radia mogłem wyjeżdżać na mecze pucharowe. Debiut zaliczyłem w Jerozolimie z Beitarem. Wtedy kapitalnie w Pucharze Ronchetti i później w Pucharze Europy spisywały się koszykarki Olimpii Poznań. W pierwszej lidze piłkarskiej grały cztery drużyny z Wielkopolski: Lech, Warta, Olimpia i Sokół Pniewy. Wszystkie te wydarzenia relacjonowałem także na antenę ogólnopolską, m.in. w słynnym piłkarskim studiu S-13. Ówczesny szef sportu w Polskim Radiu – Henryk Urbaś – lubił stawiać na utalentowanych ludzi z regionalnych rozgłośni i stąd powołanie do olimpijskiej ekipy. Co ciekawe, dopiero jako drugi sprawozdawca z poznańskiego radia, bo pierwszy był redaktor Ludomir Budziński. On pojechał na igrzyska w Berlinie w 1936 roku. Ja 60 lat później.

Na ilu igrzyskach byleś i na której imprezie zadebiutowałeś?

Byłem na 5 imprezach. Jeżeli chodzi o zimowe igrzyska, byłem wysłany przez moją rozgłośnię, żeby towarzyszyć grupie młodych ludzi z Klubu Olimpijczyka z Racotu do Lillehammer w 1994, do Nagano w 1998 i do Turynu w 2006. Debiut w oficjalnej ekipie Polskiego Radia miałem w Atlancie, w 1996 roku. Potem był jeszcze wyjazd do Sydney w roku 2000. Przeżycie niesamowite. Relacjonowałem, razem z Markiem Rudzińskim, między innymi mecze reprezentacji polskich koszykarek z poznańskim trenerem Tomaszem Herktem i kapitanką Iloną Mądrą. Komentowałem także ostatni – jak do tej pory – olimpijski występ hokeistów na trawie. Tu mogłem robić za eksperta dla innych naszych dziennikarzy obsługujących igrzyska, którym musiałem objaśniać zasady tej bardzo wielkopolskiej gry.


Przywitanie z olimpijską Atlantą miałeś podobno szczególne.

Miałem komentować mecze koszykarzy ze słynnego amerykańskiego Dream Teamu i dlatego leciałem dopiero na drugą część igrzysk. Wylądowałem w Atlancie 26 lipca 1996 wieczorem, a dzień później w Parku Olimpijskim wybuchła bomba. Pierwszą relacją, którą nadawałem do Poznania, do radia, była reporterską opowieścią z tego bombowego wydarzenia.

Czułeś dreszcz na plecach, który mają sportowcy startujący pod flagą z pięcioma kółkami olimpijskimi?

To jest zawodowy Mount Everest. Mówię to bez fałszywej skromności, bo obsługiwać igrzyska olimpijskie to jest coś nieprawdopodobnego. Nie dziwię się sportowcom, że do końca życia noszą w sercu to, że są olimpijczykami. Ja też czuję się olimpijczykiem, członkiem tej wyjątkowej rodziny! Zresztą działam społecznie w Polskim Komitecie Olimpijskim. Nie ma nic wspanialszego niż relacjonowanie występów biało-czerwonych. Nawet teraz, gdy o tym mówię, czuję dreszczyk emocji przypominając sobie ich starty, a także ceremonie otwarcia i zamknięcia igrzysk.

Czy miałeś okazję otrzeć się o polski medal na igrzyskach na żywo?

W Atlancie zostałem wysłany na kajaki jako reporter. Tam stanowiska komentatorskie były po jednej stronie jeziora, a hangary i miejsce, gdzie zawodnicy wpływali po wyścigach, i podium – po drugiej. Wtedy miałem okazję porozmawiać jako pierwszy z Piotrem Markiewiczem, który zdobył brązowy medal. Zawsze jednak mieliśmy zasadę, że reporter Polskiego Radia jest tam, gdzie startuje ktoś z biało-czerwonych. Nieważne czy to eliminacje, czy już walka o medale.

Jakie wydarzenie z pracy na igrzyskach zapadło Ci najbardziej w pamięć?

Dużo tego, ale pamiętam, że kiedy miałem dyżur i prowadziłem studio olimpijskie na antenie radiowej Jedynki z Sydney, dokładnie wtedy – 24 września 2000 roku – złoty medal w rzucie młotem zdobywał poznaniak Szymon Ziółkowski. To były dodatkowe emocje, bo przecież znałem Szymona i jego tatę – Jurka, też zresztą żurnalistę.

Twoje sportowe marzenie jako sprawozdawcy radiowego jest jeszcze przed Tobą?

Najczęściej komentuję piłkę nożną. Robiłem już transmisje na Mundialach i na Euro. Gdyby zdarzył się finał z biało-czerwonymi albo – poszalejmy – finał Ligi Mistrzów z udziałem Lecha albo Warty, to wcale bym się nie obraził i z przyjemnością to skomentował na radiowej antenie. Mówię to z przymrużeniem oka, ale tylko z lekkim, bo w sporcie wszystko jest możliwe.

Sport Cię nie opuszcza nawet w życiu prywatnym.

I tu znowu fart, bo zawodowych pasji nie mógłbym spełniać, gdybym nie miał wsparcia ze strony żony Doroty, byłej siatkarki. Piłkarsko spełnia się mój syn licealista – Krzysztof, który gra w TPS-ie Winogrady (i tu jeszcze jeden wątek olimpijski, bo prezesem tego klubu jest król strzelców igrzysk w Barcelonie – Andrzej Juskowiak). A tak całkiem poważnie, to sam dobrze wiesz, że dziennikarz, a szczególnie ten sportowy, jest gościem w domu w weekendy, gdy inni odpoczywają z rodziną. Jednak jak się kocha tę robotę, to nie powinno się narzekać. I nie narzekam, tylko Czytelnikom „Sukcesu po poznańsku” mówię „Do usłyszenia”.