Witamy w kwietniu! Najnowszy numer SUKCESU jest już dostępny 🌞 zapraszamy do lektury najpopularniejszego magazynu lifestylowego o Poznaniu 🌞  

Organizator:

Jagoda nie porzeczka

05.04.2023 11:40:26

Podziel się

Dla innych i dla siebie – oferta ręcznie robionych prezentów w sklepie na poznańskim Łazarzu zachwyca i inspiruje. Jagoda Kaja stworzyła miejsce, gdzie można nie tylko kupić rękodzieło, ale też w pełni go doświadczyć. Przytulne wnętrza swojego lokalu otworzyła na wspieranie potrzebujących. „Jagoda nie porzeczka” współtworzy lokalną społeczność i udowadnia, że hand made jest dla każdego.

ROZMAWIA: Dominika Job
ZDJĘCIA: Bartek Śnierzyński, Tomasz Sieradzki Photography TS

Skąd pomysł na tak oryginalną nazwę?
Szukałam czegoś, co wyróżnia się na tle innych miejsc z rękodziełem. Kiedy okazało się, że znajomy dla żartu zapisał mnie tak w telefonie, moja była szefowa to podchwyciła i zrobiła mi wizytówki z taką właśnie nazwą! Powstają różne wariacje i odmiany – zdarza się, że dzieci na warsztatach mówią na mnie „ciocia porzeczka” (śmiech).

No tak, bo Twój sklep, to również miejsce warsztatowe dla dzieci i dorosłych.
Razem z Wiktorią prowadzimy tu warsztaty kreatywne. Uczymy dzieci, jak zrobić mydełka, poduszki czy łapacze snów. Staramy się pokazać, jak wykorzystać przedmioty takie, jak rolka po papierze toaletowym, butelka czy kartonik.

Klienci mówią, że prowadzisz sklep z prezentami – dlaczego?
Wszystko, co można tu kupić, nadaje się na unikatowy prezent. W asortymencie mamy świece sojowe, kadzidła, ceramikę, biżuterię, torebki, nerki, zabawki, polskie marki kosmetyków, miody i konfitury. Wszystko hand made, głównie z Polski, a jeśli sprowadzane z innego kraju, to z małej manufaktury hand made. To dla mnie bardzo ważne.

Dlaczego wybrałaś Łazarz na prowadzenie swojej działalności?
Pochodzę z małej wioski Brodnica w Wielkopolsce i po przyjeździe do Poznania nie bardzo umiałam się tu odnaleźć. Po roku w końcu się zadomowiłam, bo bardzo spodobał mi się klimat, jaki panuje w mojej dzielnicy Łazarz. Poznałam ludzi, którzy działają tu lokalnie i tak pojawił się pomysł na własny sklep, właśnie w tym miejscu.

Podoba mi się, że na swojej stronie internetowej chwalisz okoliczne działalności.
Mój mąż śmieje się, że wychodzę do pracy godzinę wcześniej. Ale ja najpierw idę na ryneczek po moje ulubione produkty. Później zaglądam do piekarni na rogu, przywitam się, chwilę porozmawiam. Po drodze komuś pomacham, zaglądam do Masz.Babo.Placek po kawę i kruszonkę. Znowu chwilę pogadam i tak zleci droga do pracy. Jest miło i swojsko, uwielbiam to. Poczułam fajną więź z tymi ludźmi, tworzymy pewną społeczność.

To już rozumiem, dlaczego nie postawiłaś na sklep online…
Znajomi dziwili się, że w dobie kryzysu otwieram sklep stacjonarny, zamiast działać online. Ale ja chcę dać ludziom możliwość spotkania się, pokazania, rozmowy. Zawsze chciałam stworzyć miejsce, gdzie pokazuję, że rękodzieło jest fajne, a nie tylko przestarzała cepelia. Chcę zaprosić ludzi do środka, powiedzieć im coś na temat rękodzieła, zachęcać, by też próbowali, inspirować, uczyć. Moim marzeniem jest, że ja sobie tu siedzę, dziergam czy coś akurat wyszywam, a ludzie przychodzą, patrzą, dopytują. Ja im opowiadam o rękodziele, zapraszam na warsztaty. Może dowiedzą się czegoś nowego, docenią tę pracę, zrozumieją cenę produktów hand made.

Udaje Ci się zrealizować ten wymarzony obrazek?
Tak, moje marzenie się spełnia. Często siedzę tu do późna, ludzie przychodzą, rozmawiamy. Zawsze zależało mi też na tym, by doceniać to, co się ma swojego. Wszyscy zachwycamy się zagranicą, tym, co mają inni, a zapominamy o tym, co mamy fajnego u siebie. Dlatego będąc tu, na miejscu, można obcować z rękodziełem, zobaczyć, dotknąć, zachwycić się. Często klienci nie dowierzają, że to jest naprawdę robione ręcznie, ale jednocześnie nie rozumieją, dlaczego cena nie jest taka jak w sieciówce. Poprzez warsztaty i pokazywanie, na czym polega rękodzieło, pokazujemy, ile stoi za tym czasu, nauki, ale też cierpliwości i talentu.

A nie przegrywasz z bezpłatnymi warsztatami dostępnymi na YouTubie?
Sama chodzę na różne warsztaty stacjonarne. Tak poznałam dziewczyny, z którymi współpracuję do dzisiaj. Cały czas mamy kontakt, wzajemnie sobie pomagamy. Na YT tego nie ma. Tam też nikt do mnie nie podejdzie i nie powie, że tu za mocno ciągnę i dlatego ściegi wychodzą mi za ciasno. Nie ma tam też atmosfery, którą tworzymy na miejscu, gdy przychodzisz, by wyrwać się z domu, na chwilę oderwać od obowiązków, od pracy czy dzieci. Tu masz czas dla siebie, pijesz kawę, rozmawiasz z innymi kobietami, odstresujesz się. Po to są te zajęcia i właśnie w tym celu stworzyłam to miejsce.

Jaką masz misję w stosunku do dzieci?
Dzieci mają duży problem ze skupieniem się na zajęciach. Szybko się nudzą, są przebodźcowane, mają problem nawet z trzymaniem nożyczek, wiązaniem kokardek czy przekładaniem nitki przez dziurkę. Z rozmów wynika, że dzieci chodzą na mnóstwo dodatkowych zajęć – sporty, języki, muzyka, więc na zajęcia kreatywne nie mają już czasu. Uważam, że to dla nich ogromna strata, dlatego kładę nacisk na to, aby na moich warsztatach dzieci uczyły się również czegoś przydatnego w życiu. Ostatnio zdarzyło mi się nauczyć 10-latka… sznurować buty. Najczęściej okazuje się, że wystarczy poświęcić im tylko chwilę. Za pierwszym razem, kiedy powiedziałam dzieciom, że same zaszyją poduszkę, były skonsternowane. Pokazałam, pomogłam, zacisnęły zęby i dały radę. Były z siebie niesłychanie dumne! Ja pokazuję im ścieżkę i wspieram je, a one same chcą się uczyć, nawet jak się boją. Mam misję, żeby pokazać rodzicom, że takie warsztaty nie wykształcą korpo dziecka, ale wykształcą w nich umiejętności, które przydadzą im się w życiu – cierpliwość, staranność czy wiara w siebie.

To miejsce to zdecydowanie więcej niż sklep i warsztaty…
Lubię tu być, czuję się jak w domu, dlatego nawet ogródek na podwórku przerobiłam na taki ładny. Złożyłam projekt o dotację i mamy teraz przyjemne miejsce, gdzie podczas wakacji robimy warsztaty.

Nie tylko znalazłaś tu swoje miejsce, ale też stworzyłaś wyjątkową przystań dla innych.
Mamy tu taką fundację „Łazarz pomaga”, dla której zorganizowałyśmy akcję wsparcia dla potrzebujących. Spotykałyśmy się co tydzień i robiłyśmy symboliczne prezenty świąteczne – kartki, mydełka, dekoracje. Sąsiedzi znosili paczki, które ledwo się pomieściły, bo tak duży był odzew. Ucieszyłam się, że mój lokal mógł się do tego przydać i postanowiłam wtedy, że raz w miesiącu będę charytatywnie udostępnić naszą salę na jakiś dobroczynny cel.

Ile takich akcji udało się już zorganizować?
Zrobiliśmy bazarek dla potrzebujących zwierząt, na który zdobyłam fanty od rękodzielników, z którymi współpracuję. Kuchnia PoWolność, Dżungla Cafe, Masz.Babo.Placek, Angielka, czyli okoliczne kawiarnie, dostarczyły wypieki. Udało się zebrać pieniądze, które przekazaliśmy na niewidome kociaki. To była pierwsza taka aukcja. Rozkręciliśmy się. Później mieliśmy Puchaty patrol, który zorganizował sprzedaż pozyskanych roślin na ratowanie szynszyli. Następnie był kiermasz książek fundacji „Animalia”, która zbierała datki dla swoich podopiecznych. Przy kasie mamy puszkę, gdzie zbieramy zawsze na jakąś akcję, np. Daj piątaka na futrzaka, a każdy wpłacający otrzymuje od nas mydełko. Pod koniec roku robiliśmy bazarek dla fundacji „Ja patrzę sercem”. Był to drugi rekordowy wynik, jaki zebrali. Widziałam radość pani prezes Asi, kiedy podliczyła zebrane pieniądze… To tylko niektóre z naszych akcji. Chcę tę tradycję utrzymać tak długo, jak będzie istniał sklep.

Lokalna społeczność docenia to, co robisz?
W ubiegłym roku miałam mały kryzys i z powodu natłoku obowiązków pierwszy raz nie zdążyłam udekorować lokalu na święta. Bardzo mnie to bolało. Pewnego dnia weszłam do sklepu, a tam okazało się, że moje klientki skrzyknęły się i postanowiły zrobić mi niespodziankę. Rozstawiły dekoracje, gwiazdy betlejemskie, cyprysiki. Zrobiły to, żeby mi podziękować za to, co robię. Byłam niesamowicie wzruszona. Nabrałam wtedy ogromnej siły, by nie poddawać się, kiedy pojawiają się przeciwności i dalej działać na rzecz lokalnej społeczności.

https://jagodanieporzeczka.pl