Najnowszy numer SUKCESU już dostępny 🌞 Sukces po poznańsku to najpopularniejszy magazyn lifestylowy o Poznaniu 🌞  

Organizator:

Miłość bez filtra. Czy potrafimy jeszcze celebrować bliskość poza schematem?

Podziel się

Luty w naszych szerokościach geograficznych bywa miesiącem melancholijnym. Za oknem zazwyczaj panuje dyktatura szarości, a niskie niebo zdaje się przygniatać resztki energii, które zostały nam po zimie. Być może właśnie dlatego tak łatwo daliśmy się uwieść jaskrawej, niemal neonowej czerwieni walentynek. To święto wdarło się do naszej codzienności z impetem amerykańskiej komedii romantycznej, obiecując, że jeden dzień w roku może naprawić deficyty czułości zbierane przez miesiące. Jednak z biegiem lat coś zaczęło zgrzytać. Walentynki stały się produktem – sformatowanym, plastikowym i, co tu dużo mówić, kiczowatym. Półki uginają się pod ciężarem identycznych pluszaków, a restauracje przypominają fabryki romantyzmu, gdzie każde „kocham cię” musi zmieścić się w dwugodzinnym slocie rezerwacji stolika. Czy pod tą grubą warstwą lukru i poliestru bije jeszcze prawdziwe serce?

 

TEKST: Elżbieta Podolska

ZDJĘCIA: Stock Adobe

 

Od krwawych rytuałów do listów z lochu

Zanim zaczniemy wieszać psy na współczesnej komercji, warto zrozumieć, że celebrowanie miłości w połowie lutego nie jest wymysłem speców od marketingu z XX wieku. Korzenie tego zwyczaju sięgają głębiej, niż mogłoby się wydawać, i są znacznie mniej „słodkie”, niż sugerują to dzisiejsze kartki z amorkami.

W starożytnym Rzymie połowa lutego należała do Luperkaliów – festiwalu płodności i oczyszczenia. Nie było tam serduszek, były za to rytualne biegi i rzemienie ze skór kozłów, którymi dotykano kobiet, by zapewnić im płodność. Dopiero chrześcijaństwo, próbując ucywilizować te pogańskie obrzędy, postawiło na piedestale postać świętego Walentego. Kim był ten człowiek? Legendy mówią o kapłanie, który żył w III wieku pod panowaniem cesarza Klaudiusza II. Władca ten, będąc przekonanym, że najlepsi legioniści to ci, którzy nie mają rodzinnych zobowiązań, zakazał młodym mężczyznom żeniaczki. Walenty uznał to prawo za nieludzkie i potajemnie udzielał ślubów zakochanym parom. Został za to uwięziony i skazany na śmierć, ale zanim wykonano wyrok, zdążył wysłać list do córki strażnika, podpisując go „Od Twojego Walentego”. Tak narodziła się pierwsza walentynka – nie jako gadżet, ale jako akt najwyższej odwagi i poświęcenia.

Polskie serca z piernika: Kaziuki i inne alternatywy

Jeśli luty wydaje nam się zbyt obcy kulturowo, warto pamiętać, że polska tradycja ma własne, niezwykle barwne sposoby na wyznawanie uczuć. Doskonałym przykładem są Kaziuki – odpustowy jarmark ku czci św. Kazimierza, który od wieków rozgrzewa serca mieszkańców Wilna, a od dekad jest celebrowany w wielu polskich miastach, od Poznania po Białystok.

Na Kaziukach miłość nie ma koloru plastiku, ma zapach miodu, mąki i korzennych przypraw. To tutaj wręcza się słynne „kaziukowe serca” z piernika. Takie serce, wypiekane według tradycyjnych receptur i bogato zdobione lukrem, było czymś więcej niż słodyczą. Było deklaracją trwałości i cierpliwości – wszak dobry piernik musi dojrzewać, tak jak dojrzałe musi być uczucie. Każde z nich było unikatowe, wyszło spod ręki konkretnego rzemieślnika, co nadawało prezentowi wymiar osobisty i duchowy.

A dla tych, którzy nie lubią zimowej aury, alternatywą jest nasza rodzima Noc Kupały. Przypadająca na letnie przesilenie, jest świętem ognia, wody i absolutnej wolności. To czas, kiedy miłość nie jest zamknięta w sztywnych ramach konwenansów, ale pulsuje w rytmie przyrody. Puszczanie wianków na wodzie czy nocne poszukiwania kwiatu paproci to metafory poszukiwania drugiej połówki, które niosą w sobie znacznie więcej magii niż jakakolwiek aplikacja randkowa. To dowód na to, że celebrowanie bliskości mamy wpisane w nasze DNA od stuleci, tylko czasami o tym zapominamy, wybierając gotowe rozwiązania z supermarketu.

Miłość zaklęta w szeptach: czy magia uczuć wciąż działa?

Od wieków, gdy medycyna i logika zawodziły, zakochani zwracali się ku siłom nadprzyrodzonym. Magia miłosna to jeden z najstarszych rozdziałów ludowej tradycji, obecny w każdej kulturze – od antycznych greckich tabliczek z klątwami, przez słowiańskie szeptuchy, aż po dzisiejsze „manifestowanie” idealnego partnera na TikToku. Ale czy w świecie zdominowanym przez naukę i sceptycyzm wciąż wierzymy w moc zaklęć?

Dawniej miłosna magia była nierozerwalnie związana z naturą. Nasi przodkowie wierzyli, że odpowiednio dobrane zioła, zebrane o świcie przy akompaniamencie rosy, mają moc przyciągania spojrzeń. Lubczyk, dziewanna czy rozmaryn nie trafiały do kociołków przypadkiem – miały rozpalać zmysły i zapewniać wierność. Najsilniejszymi zaklęciami były te rzucane podczas Nocy Kupały, kiedy to granica między światami była najcieńsza, a każde wypowiedziane nad ogniem życzenie nabierało niemal fizycznej mocy.

Czym jednak są zaklęcia w XXI wieku? Psycholodzy sugerują, że dawne rytuały były formą dzisiejszej wizualizacji i pracy z intencją. Kiedy szeptucha paliła zioła, a zakochana dziewczyna zaplatała wianek, obie koncentrowały całą swoją energię na jednym celu: otwarciu się na bliskość. To nic innego jak proces psychologiczny, który dziś nazywamy „gotowością na relację”. Współczesna magia miłosna nie potrzebuje już żabich udek ani skomplikowanych mikstur. Dziś największym zaklęciem jest uważność. Prawdziwa magia dzieje się tam, gdzie dwie osoby potrafią stworzyć wspólną przestrzeń bez zakłóceń cyfrowego świata. Jak mówią współczesne swatki: „Najsilniejszym rytuałem przyciągania jest bycie najlepszą wersją samego siebie i autentyczne otwarcie serca”.

Może więc zamiast szukać zapomnianych formuł w starych księgach, warto rzucić na kogoś urok najprostszy z możliwych: szczery uśmiech i niepodzielną uwagę? Bo w ostatecznym rozrachunku najpotężniejszym zaklęciem miłosnym, jakie kiedykolwiek wymyślił człowiek, jest po prostu prawdziwa rozmowa.

Krajobraz samotności: siedem milionów wysp na mapie Polski

Mimo że billboardy w lutym starają się nas przekonać, że świat składa się wyłącznie z radosnych par, rzeczywistość jest znacznie bardziej złożona. Polska to kraj z ponad siedmioma milionami singli – co trzecia osoba w Polsce mieszka samotnie. To olbrzymia i sfrustrowana grupa czytelników, która wciąż zadaje sobie pytanie: dlaczego, mimo dostępu do miliardów ludzi online, miłość jest trudniejsza niż kiedykolwiek? To pytanie nie jest bezzasadne. Żyjemy w czasach cyfrowego przesytu, gdzie znalezienie kogoś powinno być kwestią kilku minut spędzonych przed ekranem. A jednak, rzeczywistość bywa bolesna. W erze, w której aplikacje randkowe miały być kluczem do nieskończonych możliwości kontaktu, budowania prawdziwych relacji z realnymi ludźmi, poczucie samotności okazuje się silniejsze niż kiedykolwiek. Do tego coraz częściej słyszymy głos zmęczenia. „Próbowałam wszystkich aplikacji randkowych i mimo wielkiej wiary w miłość – że wśród miliarda ludzi na świecie na pewno jest ten jedyny – czuję wielkie rozczarowanie. Z jednej strony pragnę głębokiej relacji, z drugiej – czuję się niekompletna, wybrakowana, a często oszukana, wprowadzona w błąd, mamiona. Wirtualny świat randek pełen jest pustych znajomości, opartych na chwilowym uniesieniu” – przyznaje czterdziestoletnia Magda z Poznania.

To doświadczenie dzieli dziś tysiące osób. W efekcie coraz więcej singli traci nie tylko wiarę w miłość, ale i zaufanie do algorytmów, które miały ich połączyć. Użytkownicy zaczynają rozumieć, że algorytm nie jest ich przyjacielem – jego celem jest utrzymać nas w aplikacji jak najdłużej, a nie doprowadzić do szczęśliwego związku, który sprawi, że konto zostanie usunięte.

 

Renesans swatki. Gdy algorytm to za mało

W odpowiedzi na tę cyfrową pustynię, obserwujemy niezwykły powrót do korzeni socjalizacji. Zjawisko, które jeszcze dwie dekady temu mogło uchodzić za staroświeckie, dziś wraca w wersji premium, można je nazwać renesansem swatki. Coraz więcej osób rezygnuje z logiki „swipa w prawo, swipa w lewo” i wraca do tego, co najprostsze – spotkania człowieka z człowiekiem.

To nie jest już swatka z ludowych opowieści, siedząca w chacie przy piecu. To nowoczesne biura matrymonialne, które działają jak butikowe agencje HR dla serca. Biura takie jak Aura Miłości deklarują, że łączą ludzi „pragnących prawdziwej miłości”, oferując dyskrecję, indywidualne podejście i bezpieczną przestrzeń do poznania drugiej osoby. Nie chodzi tu o kolejną aplikację, lecz o relację opartą na rozmowie, zaufaniu i uważności. W czasach, gdy algorytmy uczą się naszych preferencji, ale nie potrafią rozpoznać chemii spojrzeń, biuro swatki staje się azylem dla tych, którzy chcą wrócić do „rozmowy przy kawie”, do prawdziwego spotkania. Aura Miłości – jak podkreślają jej twórcy – to nie usługa masowa, lecz osobista. Dla tych, którzy mają bagaż doświadczeń, cenią intymność i są gotowi zainwestować w coś więcej niż przypadkowe spotkanie.

Najważniejszy jest człowiek

Dlaczego ten model znów zyskuje na popularności? Ponieważ w świecie nadmiaru selekcja staje się największą wartością. Profesjonalna swatka nie szuka dla nas „kogokolwiek”, szuka osoby, która pasuje do naszej układanki życiowej, wartości i temperamentu.

– Moja praca wynika z potrzeby serca i z własnych doświadczeń. Dopasowanie to proces, który zaczyna się od poznania kandydata – poprzez uważne słuchanie i zagłębienie się w jego indywidualną historię. To także sprawdzenie, na ile dana osoba naprawdę otwiera się na miłość i ma realne oczekiwania wobec relacji. Kluczowe są indywidualne podejście i doświadczenie – właściwe zrozumienie i dopasowanie to sedno mojej pracy – mówi swatka Julia.

Działanie biura swatki to proces wymagający odwagi z obu stron. Klient musi opowiedzieć o swoich lękach i marzeniach, a swatka musi umieć to przetworzyć. Usługa jest płatna i premium – skierowana do osób, które są gotowe zainwestować w siebie, są odważne, bo trzeba się odsłonić i otworzyć na drugiego człowieka. To także propozycja dla tych, którzy są zabiegani i nie mają czasu na żmudną selekcję potencjalnych partnerów – swatka zrobi to za Ciebie.

Odważ się na spotkanie w realu

Współczesna rewolucja w miłości nie polega na paleniu telefonów i całkowitym odrzuceniu technologii – to byłoby utopijne i niepraktyczne. Chodzi raczej o odzyskanie równowagi. O to, by technologia przestała definiować naszą wartość i nasze relacje. Byśmy potrafili w pewnym momencie odłożyć telefon, rozejrzeć się wokół i zapytać: „Czy mogę z Tobą porozmawiać?”.

Walentynki, Kaziuki czy Noc Kupały – nazwa święta ma drugorzędne znaczenie. Najważniejsza jest intencja. W świecie, który pędzi i powierzchownie ocenia, największym aktem buntu jest poświęcenie komuś pełnej uwagi przez dwie godziny bez zerkania na powiadomienia. To jest prawdziwy romantyzm, którego nie da się kupić w żadnym sklepie.