Organizator:

Moja praca to opowiadanie historii

03.11.2020 10:01:50

Podziel się

Pierwszy film nakręcił kamerą swojego taty, ale w dzieciństwie marzył, żeby zostać komandosem. Tej drogi jednak nie wybrał. Dzisiaj nie jest w stanie policzyć wszystkich produkcji, które zrealizował i przy których pracował. W każdym swoim filmie dodaje ulubione smaczki, które od lat obserwował i doceniał w tysiącach obejrzanych filmów i reklam. Przyznaje jednak, że najważniejsze jest dla Niego stworzenie filmu, który będzie przydatny dla klienta i spełni jego oczekiwania. Irek Bednorz, reżyser, producent, operator kamery, uwielbia pracę z ludźmi i dla ludzi. Kocha opowiadać ich historie. Przez lata nauczył się doceniać konstruktywną krytykę, jednak zawsze działa zgodnie ze swoim sumieniem i intuicją. Klienci trafiają do Niego z polecenia i dla Niego jest to najlepsza reklama.

ROZMAWIA: KLAUDYNA BOGURSKA-MATYS
ZDJĘCIA: MONIKA LISIECKA, MACIEJ ZAKRZEWSKI

Jak przyznaje, jest prawdziwym szczęściarzem, który przez wszystkie lata kariery trafiał na ludzi, od których mógł się wiele nauczyć i wspólnie realizować wspaniałe projekty, w tym także te doceniane na arenie międzynaro-dowej. Przyznaje, że jest perfekcjonistą i uważa to za swój atut. Na planie jest Go zawsze pełno, ponieważ chce zadbać o każdy aspekt produkcji. Każdy Jego dzień pracy jest dokładnie przemyślany. Przed rozpoczęciem zdjęć planuje sceny i ujęcia tak, by na planie realizować je dokładnie z harmonogramem. Układa plan dnia pracy niczym dobrze przemyślaną partię szachów. Zawsze ma „zagranie” awaryjne. Pomaga Mu przy tym muzyka, która jest nieodzownym towarzyszem podczas przygotowań. To ona nadaje Mu rytm pracy w dniu zdjęciowym.

Od dziecka chciałeś zostać filmowcem?

Irek Bednorz: Muszę przyznać, że jako dziecko miałem różne marzenia. Chciałem być komandosem, leśnikiem i aktorem, a nawet księdzem (śmiech)! Tak się jednak złożyło, że mój tata miał w domu kamerę i kiedy pierwszy raz zacząłem robić filmik, poczułem, że to „to”. Siostra została siłą zaciągnięta do grania w moich pierwszych kryminałach kręconych w naszym domu. Pamiętam liczne parodie kręcone wraz z przyjaciółmi, do których udało mi się też zaangażować mamę. Takie były moje początki z filmem. Ale w tym samym czasie odkryłem również drugą miłość. Fotografię. I tak zostało do dzisiaj.

A co z komandosem?

Nie pożegnałem się z tym marzeniem (śmiech). Mogę tylko powiedzieć, że uczę się strzelać pod okiem byłego instruktora jednostki GROM (śmiech).

Brzmi poważnie.

To obok ptaków drapieżnych i NBA jedna z moich pasji. Cieszę się, że mogę to robić. Nie mam poczucia, że z czegoś w życiu musiałem zrezygnować.

Po liceum od razu wiedziałeś, co chcesz robić w życi?

Oczywiście, że nie (śmiech). Nie miałem tak naprawdę pojęcia, jakie studia wybrać i w którą stronę pójść. Początkowo, nie wiedząc co dalej, podjąłem decyzję o tym, że pójdę na filozofię. Pochodzę ze Śląska, z rodziny górniczej, gdzie tata zawsze podchodził do życia bardzo praktycznie. To się ze sobą gryzło. Pewnie dlatego, i przez moją miłość do lasu i przyrody, przez chwilę myślałem o leśnictwie. To też nie do końca do mnie przemawiało. Koniec końców przeanalizowałem swoje życie i wyszło, że nałogowo, całymi dniami i nocami, oglądam filmy. I tak właśnie stanęło na filmoznawstwie.

I tak rozpoczęła się Twoja przygoda z Poznaniem.

Tak. Tu rozpoczęła się moja historia ze stolicą Wielkopolski i z fi lmowaniem już na poważnie. Muszę od razu powiedzieć, że trafiłem na wspaniałą grupę ludzi, z którymi nie tylko studiowałem, ale realizowałem wiele fantastycznych projektów. Mam to szczęście w życiu, że trafi am na świetnych ludzi. To były naprawdę wybitne jednostki, które motywowały mnie o wiele bardziej niż to, co się działo na samych studiach. Tu zresztą poznałem Asię – moją żonę. To sprawiło, że nie wróciłem od razu na Śląsk, chociaż wiem, że to i tak kiedyś nastąpi (śmiech). Na naszej uczelni też sporo się działo. Spotkania z reżyserami, filmowcami, liczne warsztaty, ćwiczenia i oczywiście nieustanne kontestowanie tego, do czego jest się zmuszanym (śmiech). I ja to wszystko chłonąłem.

Kiedy powstał Twój pierwszy film, z którego byłeś dumny i zadowolony?

Jestem bardzo dumny z tego, co robiliśmy jeszcze na studiach z moimi przyjaciółmi: Agatą i Michałem. Wówczas byłem operatorem kamery. To była moja pierwsza droga życiowa. Robiliśmy filmy, etiudy, inspirując się największymi twórcami kina z lat 50. i 60., nieutanne eksperymenty z formą i treścią. Taka szczeniacka bezkompromisowość, którą ograniczała tylko nasza wyobraźnia i skromny, studencki budżet.

Kiedy postanowiłeś, że to będzie Twoja praca, Twój pomysł na biznes?

Nie było takiego jednego, decydującego momentu. To przyszło bardzo naturalnie i płynnie. Tak naprawdę jeszcze podczas studiów zacząłem zarabiać na tym, że umiem robić filmy. Trafi ały się studniówki, wesela, raz nawet nakręciłem… pogrzeb (śmiech). Dorabiałem też jako barman.

Ciekawe połączenie.

Tak. To prawda. Uznałem, że bycie barmanem przyda się w „dorosłym” życiu i do dzisiaj robię świetne koktajle (śmiech).

Ale jednak film nadal wygrywał.

Tak, film to moja miłość. Po studiach postarałem się o dotację z Unii Europejskiej. Przygotowałem biznes plan i mogę się pochwalić, że był najlepszy ze wszystkich złożonych prac. Udało się i to właśnie dzięki tym środkom założyłem firmę i mogłem zakupić sprzęt filmowy, którego nie miałem. Nie było lekko. Raz były zlecenia, raz nie. Podjąłem też współpracę z lokalnymi, regionalnymi telewizjami. To właśnie wtedy podjąłem decyzję, że na stałe zacznę współpracować z jedną z poznańskich agencji kreatywnych.

To był dobry ruch?

Muszę przyznać, że zawdzięczam im naprawdę bardzo dużo. Wiele się tam nauczyłem. A to wszystko przez to, że jak zawsze trafiłem na wspaniałych ludzi. Wtedy zrozumiałem, że siłą każdej firmy są ludzie, którzy ją tworzą. Mówiłem już, że mam szczęście do ciekawych, ambitnych i życzliwych ludzi. Wiele się od nich nauczyłem.

Czyli nauczyłeś się pracować w zespole.

Dokładnie tak! I to jest najcenniejsze z tego okresu w moim życiu. Cały czas oczywiście byłem freelancerem, ale praca w firmie dawała namiastkę etatu. To było wygodne, jednak przyszedł czas, w którym poczułem, że trzeba coś zmienić.

Przecież miałeś tam tak dobrze.

Nie żałowałeś tego? Oczywiście nikt nie chce wychodzić ze swojej strefy komfortu. Nic się jednak w życiu nie dzieje bez przyczyny. Dzięki temu, że nasze drogi się rozeszły, musiałem zacząć bardziej ambitnie podchodzić do tematu swojej pracy. Dostałem takiego pozytywnego kopniaka, który mnie zmotywował do działania. I tak oto, już od czterech lat, pracuję po swojemu.

Duża zmiana.

Ogromna! Teraz robię rzeczy, które lubię i chcę robić. To dla mnie luksus, którego wcześniej nie miałem. Doceniam to.

Mówiłeś, że pracujesz samodzielnie, ale przecież nie sam?

Absolutnie! Teraz jestem szefem, który nadaje pracy pewien kierunek i filozofię. Pracuję z fantastycznymi ludźmi, których znam od lat: Dawid, Paweł, Kuba, Klaudia i wielu innych. Bardzo dobrze dogadujemy się nie tylko w naszej ekipie, ale również dobrze rozumiemy się z naszymi klientami. A to szalenie ważne, żeby była ta nić porozumienia i wzajemna sympatia. Kto może z ręką na sercu powiedzieć, że zaprzyjaźnił się z klientem? Mi się to udało i to nie raz!

Zawsze stoisz za kamerą?

Moja kariera skręciła w dwa kierunki. Jestem reżyserem i dlatego mam na swoim koncie wiele reklam telewizyjnych, kinowych i internetowych. Z drugiej strony jestem producentem. Nadzoruję wtedy całość procesu produkcji filmu, od pierwszej kreacji do udźwiękowienia, koloryzacji i przygotowania paczki emisyjnej do telewizji. Jednocześnie rezerwuję dla siebie konkretną rolę na planie, jaką jest reżyserowanie, a jeśli projekt na to pozwala, to dodatkowo staję za kamerą. No i uwielbiam montować swoje filmy.

Sporo tego jest.

To jeszcze nie koniec. Na początku pandemii, wsłuchując się w głosy naszych klientów i obserwując to, co dzieje się na rynku, przygotowaliśmy specjalny pakiet dla firm, pomagający w komunikacji – zajęliśmy się streamami. Odnotowaliśmy ogromne zainteresowanie właśnie tą formą komunikacji i nieskromnie mogę powiedzieć, że odnieśliśmy na tej płaszczyźnie spore sukcesy.

Czy robisz także duże filmy?

Działam przede wszystkim komercyjnie, choć nie zawsze są to reklamy. Czasami są to formy dokumentalne. Klienci decydują się na to, kiedy nie chcą klasycznej reklamy i chcą pokazać jakieś wartości, prawdę, opowiedzieć ciekawą historię. Wszystko zależy od tego, czego chce klient i jaki jest jego cel, jaką ma wizję. Dobrze się czuję w reportażu, w do-kumencie, i moi klienci są z tego zadowoleni. Przez ostatnie lata zrealizowałem wiele projektów kulturalnych związanych z Poznaniem. Na przykład dla Festiwalu Malta czy Centrum Kultury Zamek.

A prywatne firmy? Też lubią reportaże?

Oczywiście! To jest bardzo popularne! Wystarczy przyjrzeć się reklamom telewizyjnym. Coraz częściej pokazują historie prawdziwych ludzi. Opowiadają o nich i ich codziennym życiu. Niektóre firmy zupełnie odchodzą od aktorów i skręcają w kierunku prawdziwego życia i autentycznych użytkowników produktów lub usług. To trafia do odbiorcy. Sporo reklam zrobiłem właśnie z ludźmi, którzy opowiadają o swojej pasji, o  tym czym się zajmują, którzy się odsłaniają i pokazują swoje prawdziwe życie. Te reklamy mają dużą wartość.

A storytelling?

Storytelling to opowiadanie historii. Reklamy coraz częściej posługują się taką narracją. Chyba wszyscy kojarzą tego rodzaju reklamy przygotowane przez Allegro. Siedzimy przed telewizorem z paczką chusteczek i wycieramy ukradkiem łzy wzruszenia lub uśmiechamy się współdzieląc emocje z bohaterem. Dlatego klienci są też zainteresowani taką formą promocji. Ostatnio razem z agencją Rebell Studio realizowałem taką historię dla marki Curem. Opowiadaliśmy o dniu z życia Mateusza Kusznierewicza, pokazując, jakim jest człowiekiem i jakimi zasadami kieruje się w pracy i w życiu prywatnym. Bardzo ciekawy i odważny projekt. Scenariusz został napisany na podstawie długiego wywiadu, który przeprowadziliśmy z Mateuszem. Opowiadając jego historię, staraliśmy się przekazać, że za jego rytmem dnia, małymi rytuałami codzienności, stoi pewna filozofia życia, która doprowadziła go także do olimpijskiego złota.

Lubisz opowiadać historie ludzi.

Uwielbiam. Zajmuję się tym cały czas.

Sam piszesz scenariusze, czy raczej gotowe trafiają na Twoje biurko?

Dzieje się tak i tak. Wszystko zależy od tego, z czym trafia do mnie agencja. Często przychodzą z gotowym scenariuszem, kreacją. Od tego zależy, czym mój dom produkcyjny będzie się zajmował. Bywa też tak, że przychodzi do nas klient i opowiada nam o tym, czego by chciał i jaki ma pomysł. Siadamy wtedy do stołu i rozmawiamy. Wsłuchuję się w to, co mówi chcę zrozumieć, dlaczego chce o czymś opowiedzieć i jak chce to zrobić. Bardzo lubię w mojej pracy… misję. Nie podchodzę do moich zleceń sztampowo. W tym komercyjnym aspekcie zawsze najważniejszy jest właśnie przekaz. Reklama powstaje w konkretnym celu i zawsze chcemy go najpierw zrozumieć, a później osiągnąć. Film ma być przydatny dla klienta. To jest zawsze priorytet.

Masz swoją ulubioną reklamę?

Wiele reklam zostaje w mojej pamięci. Uwielbiam reklamy marki Volvo. To są prawdziwe arcydzieła, przepięknie nakręcone, bardzo filmowe. Doceniam w nich skandynawski minimalizm oraz mariaż przyrody i technologii.

A jakie Ty masz metody, żeby zapadać w pamięć?
T
o zależy od projektu. Chociaż sam doceniam subtelny humor, to w moich pracach jest on mocny, oczywisty i szybko się go łapie. Mam swoich ulubionych scenarzystów, którzy ze mną pracują od lat. Jeśli zleca mi się napisanie scenariusza, to właśnie z nimi pracuję. To moi przyjaciele, z którymi rozumiemy się i mamy wspólną myśl, którą doceniają także nasi klienci. Trudniej się robi reklamę bez elementów humorystycznych. Myślę, że w Polsce jesteśmy bardziej wyczuleni na zbędny patos czy protekcjonalny ton wypowiedzi. Dlatego tak trudno zrobić dobrą reklamę „na poważnie”.

Czy to prawda, że z dziećmi i ze zwierzętami pracuje się najtrudniej?

To prawda, choć ja mam dobre doświadczenia. Mam nawet na swoim koncie reklamę, w której krowa zawstydziła aktorkę, ponieważ przy pierwszym ujęciu zagrała perfekcyjnie (śmiech). Bardzo ciężko gra się z kotami, które są prawdziwymi gwiazdami, także w życiu. Psy są lepsze. A może mówię tak dlatego, że sam mam psa i wiem, jak z nimi postępować. Z dziećmi jest różnie. Przez to, że sam jestem tatą, mam swoje sprawdzone patenty. Jednak dzieci mogą mieć gorszy dzień i nic z tym nie można zrobić.

A gdybyś dostał zlecenie na zrobienie dużego filmu?

Od razu w to wchodzę! Nie zastanawiałbym się nawet przez chwilę. Jestem jednak realistą i wiem, że takie propozycje zdarzają się rzadko.

Co jest dla Ciebie najważniejsze w pracy?

Moja praca to opowiadanie historii. Niezależnie czy jest to komedia, czy dokument, czy bohaterem jest skromny, „szary” człowiek, czy mistrz olimpijski – najważniejsze to opowiedzieć historię tak, by była zrozumiała i angażowała widza, by zostawała z nim długo po projekcji. I to chcę dalej robić, opowiadać historie.

To tego właśnie Tobie życzę!

Dziękuję!