Witamy w LIPCU! Najnowszy numer SUKCESU jest już dostępny 🌞 zapraszamy do lektury e-wydania najpopularniejszego magazynu lifestylowego o Poznaniu 🌞  

Organizator:

Napędza mnie pasja do działania

Podziel się

Lekarz, polityk, była minister zdrowia, marszałek Sejmu, premier, a od 2019 roku wiceprzewodnicząca Parlamentu Europejskiego. “Polityka i medycyna wciągają zawodowo i działają trochę jak narkotyk. W obu tych dziedzinach sukces wiąże się z wyrzeczeniami i ciężką pracą” mówi Ewa Kopacz.

Polityka…
Ewa Kopacz:
Mogłabym postawić znak równości między polityką a wyrzeczeniami. Naprawdę wiele się traci z życia osobistego, ale polityka to też pasja. Pod tym względem ma coś wspólnego z medycyną. Tu pasja też jest potrzebna. Odchodząc od swojego zawodu, jakim jest bycie lekarzem, do dziś mam wielką satysfakcję kiedy spotykam pacjentów, którymi się opiekowałam. Niektórzy byli dziećmi, a pamiętają mnie jak przyjeżdżałam ich leczyć. To ogromna radość. 

Pani sukcesy w polityce okupione wyrzeczeniami? 
Na pewno ciężką pracą, ale również wyrzeczeniami i kosztem jaki płaci się za zaangażowanie się w politykę. Przekłada się to niestety na życie prywatne. Myślę, że większość osób zaangażowanych politycznie podpisałaby się pod stwierdzeniem, że za karierę w polityce płaci się prywatnym życiem. 

Ten mój sukces w polityce związany jest też z ciągłym dokształcaniem się, rozwojem i zaangażowaniem w to co robię. Nikt niczego nie dał mi za darmo. Na bycie ministrem, marszałkiem Sejmu, premierem czy wiceprzewodniczącą Parlamentu Europejskiego musiałam sama zapracować, pokazać, że mam predyspozycje do tego, odpowiednie umiejętności żeby takie funkcje pełnić. Nie da się ukryć, że jestem dość twarda w polityce, a upór i determinacja w realizowaniu celów są tu pomocne. Co niemniej ważne, trzeba też po prostu lubić ludzi, a ja mam tak od zawsze i jak tylko mogę pochylam się nad tymi, którzy potrzebują pomocy. Robiłam to jako lekarz, robię to też jako polityk. Oba te zawody działają trochę jak narkotyk. Będąc lekarzem pracowałam bardzo długo, aż w pewnym momencie zrozumiałam dzięki mojej córce, że muszę przemodelować swoje życie zawodowe aby mieć więcej czasu dla niej. Polityka też uzależnia, ale dla wielu jest jak afrodyzjak. Tylko, że tu wszystko może się wydarzyć, bo kariera w polityce jest zależna od wyborców i trzeba o tym pamiętać. 

Pani córka jest też lekarzem… 
No tak, genów się nie oszuka (śmiech). W pewnym momencie swojej kariery, na ile mogła, odpuściła i więcej czasu przeznacza dla rodziny. 

A skąd Pani bierze tyle energii do działania? 
Dobra kawa, herbata, ciastko (śmiech). Przyznam szczerze, że mam słabość do słodyczy, ale mam też taki żywy temperament. Załatwiam wiele spraw jednocześnie, mam dużą podzielność uwagi i zawsze czytam kilka książek jednocześnie. Nie bardzo wyobrażam sobie siebie jako starszą Panią, która usiądzie na politycznej emeryturze i przestanie być zaangażowana w różne sprawy. 
Mam z córką taką niepisaną umowę, że staramy się codziennie do siebie dzwonić i porozmawiać. Czasem, kiedy pracuję w Parlamencie Europejskim po 14 godzin i mówię jej, że jestem zmęczona, to nauczyłam się, że samo narzekanie na to nic nie daje. Córka mówi mi czasem “dwóch żyć nie będziesz miała, młodsza już też nie będziesz “. To dla mnie taki zimny prysznic (śmiech). 

Patrząc na wszystkie Pani pełnione funkcje w życiu, jest apetyt na więcej? 
Nie mam takiego pragnienia osiągania sukcesów, ale jeśli jakieś wyzwanie sobie postawię, to chcę je zrealizować od początku do końca. To się łączy z pracą w Parlamencie Europejskim. Tu trzeba znaleźć sobie swoje pole do działania. Dla mnie, w sposób naturalny, były nim dzieci i zdrowie. Mimo trwającej w ostatniej kadencji pandemii, udało się załatwić kilkaset spraw wymagających działania, unijnego wsparcia czy systemowych rozwiązań. 

Sukcesy napędzają do działania?
Tak, ale niekiedy w polityce to porażki są ważniejsze niż sukcesy. Oczywiście tylko dla tych, którzy potrafią wyciągać z nich wnioski. Taka sytuacja mobilizuje podwójnie, kiedy człowiek może dokonać analizy ile sam może zrobić, a ile jest okoliczności, na które nie ma się wpływu.  

Czy start w wyborach oznacza dużo pracy? 
Tak, ale do tego się przyzwyczaiłam. Po dotychczasowych latach spędzonych w europarlamencie moim mieszkaniem, mówiąc w przenośni, stało się lotnisko. Zaczynamy w Brukseli w poniedziałek, do Polski wracam na trzy dni w piątek. To dla mnie czas na załatwianie różnych spraw w kraju, spotkania z wyborcami, ale też moment na różne rodzinne sprawy i odwiedziny.

Ma Pani jakieś ulubione miejsce w Brukseli? 
Plac Jourdan. Tam chodzę na frytki (śmiech). Uwielbiam je z sosem tatarskim. Bomba kaloryczna, ale ja w ogóle lubię ziemniaki, więc to coś, co mam wspólnego z Wielkopolską. 

Jest coś jeszcze? 
Wielkopolanie są pracowici, a ja zdecydowanie jestem pracoholiczką, choć nie jest to do końca powód do dumy. Cenię też sobie, jak większość osób tutaj, punktualność. Odbieram to jako wyraz szacunku do drugiego człowieka. Na pewno nie jestem zbyt oszczędna, ale chętnie dzielę się ze wszystkimi bliskimi tym co mam. 

Skoro lubi Pani słodycze to zapewne rogale świętomarcińskie też? 
Uwielbiam! Mam też swoje ulubione miejsce w Poznaniu gdzie je kupuję. Często też wiozę je dla rodziny albo do Parlamentu Europejskiego i wszyscy tam są nimi też zachwyceni.