Organizator:

Nic nie dzieje się bez przyczyny

22.11.2021 15:15:42

Podziel się

Patrycja Wyciszkiewicz-Zawadzka, znakomita biegaczka na 400 metrów, wielokrotna medalistka mistrzostw świata i Europy w sztafecie w słynnej ekipie Aniołków Matusińskiego. Igrzyska w Tokio oglądała unieruchomiona na kanapie przed telewizorem po ciężkiej operacji. Mówiono o niej, że to talent na miarę Ireny Szewińskiej. Wszystko jednak przed nią i tylko nam zdradza, że jest głodna kolejnych sukcesów, m.in. za trzy lata na igrzyskach w Paryżu.

ROZMAWIA: Juliusz Podolski

ZDJĘCIA: Archiwum prywatne 

Zacytuję słowa Pani mamy, które pasują do Pani jak ulał: „Jeśli chcesz trenować, to najpierw musisz się uczyć”. No i mocno wzięła sobie to Pani do serca, bo będąc sportowcem wyczynowym, jest Pani jednocześnie doktorantką na Uniwersytecie Ekonomicznym.

Obrona pracy doktorskiej planowana jest na przyszły rok. Połączenie sportu i pracy naukowej, to nie tylko kwestia organizacji, ale także spotkanie odpowiednich ludzi na swojej drodze. Gdyby nie to, że mam promotora, który rozumie mój styl i tryb pracy, pewnie nie miałabym szansy na godzenie tych dwóch rzeczy. Warto również dostrzec fakt, że sport bardzo dobrze uczy samodyscypliny. Do celu trzeba dążyć małymi krokami, ale nieustannie. Nie da się bowiem osiągnąć czegoś dużego z dnia na dzień.

To, o czym Pani wspomniała, bardzo dobrze ilustruje Pani karierę sportową.

Wspomniałam o dobrych ludziach, którzy pozwalają mi realizować marzenia teraz, ale miałam szczęście do spotykania ich niemal od początku swojej przygody ze sportem. Pokazywali mi, która droga jest dla mnie lepsza. Nie zawsze się z nimi zgadzałam. Co więcej, nie zawsze ja miałam rację, ale także nie zawsze oni ją mieli. Kiedy analizuję swoją karierę, to jestem prawie pewna, że mam wiele talentu do tego sportu. To daje swego rodzaju przewagę w trenowaniu i startach. Mam i miałam wielu przyjaciół, którzy zaczynali ze mną trenować, ale niestety gdzieś po drodze zaginęli. Nie wystarczy ciężka praca, by osiągać szczyty. Potrzebna jest odrobina tego czegoś. Synergia talentu, ciężkiej pracy i skupienie się na tym, co się robi, prowadzi do sukcesów i medali, ale i osiągania celów w życiu codziennym.

A propos tego celu, zacytuję, co powiedziała Pani swego czasu: - Całe życie pracowałam na igrzyska, niestety, kontuzja pokrzyżowała marzenia.

Dziewczyny wróciły z dwoma medalami. Na te igrzyska pracowałam 11 lat, ale niestety zdrowie nie pozwoliło. Zamiast igrzysk była operacja i trwająca wciąż rehabilitacja, bym mogła wrócić na bieżnię. Bardzo ciężko to przeżyłam. Teraz wiem, że wszystko jest po coś. Myślę, że potrzebowałam odpocząć nie tylko fizycznie, ale i psychicznie. Miałam wreszcie czas, by zobaczyć, jak wygląda życie z drugiej strony. Zdążyłam trochę zatęsknić za bieganiem i wierzę w to, że ze skumulowaną mocą ruszę na trening i 2024 roku w Paryżu sięgnę po medal.

Kiedy podjęła Pani decyzję, że nie jedzie Pani do Tokio, pojawiła się złość, żal, bezsilność czy wiara w powrót?

Wiara przychodzi powoli. Użyję może drastycznego porównania, ale ono pokazuje stan mojego ducha. To trochę tak, jak śmierć kogoś bliskiego. Przechodzimy wtedy żałobę, która ma różne fazy. Pierwsza to smutek, żal, zaprzeczenie tego, co się stało, olbrzymie emocje. Później przychodzi etap, kiedy mimo smutku, człowiek zaczyna się uczyć żyć na nowo po stracie bliskiego i akceptować ten fakt. Myślę, że dzisiaj jestem na etapie akceptacji i życia w nowym wymiarze. W czasie igrzysk było mi bardzo. Walczyłam z różnymi przeciwnościami. Angelika Cichocka – po swoim biegu na 800 metrów na Mistrzostwach Polski, również nie zdobywając kwalifikacji – powiedziała, że poczuła ulgę. Uczucie końca, kiedy nie trzeba już nic nikomu udowadniać, gonić za czymś, co staje się coraz bardziej nieuchwytne. Ja też po biegu na Mistrzostwach Polski w Poznaniu poczułam ulgę. Zmęczenie i cierpienie nagle odeszło. Z jednej strony się cieszę, że to tak się skończyło, bo mogłam wyczyścić głowę, odpocząć psychicznie. Niemniej jednak wielka bezsilność, smutek i żal ogarniały mnie za każdym razem, kiedy to sztafeta zdobywała medal. Nie dlatego, że nie cieszyłam się z ich sukcesu, bo kibicowałam im całym sercem, ale dlatego, że ja sama jeszcze tak niedawno biegałam, poprawiałam rekordy Polski. W tamtej chwili, siedząc na wózku inwalidzkim zależna od innych, chociaż przyszedł kryzys, kiedy oglądałam transmisję z Tokio, poczułam z jaką siłą uderzyła mnie rzeczywistość.

Ta olimpiada targała uczuciami wielu sportowców. Nie wystartowała Pani, a także Angelika Cichocka, Sofia Ennaoui, Ewa Swoboda, Adam Kszczot, Karolina Kołeczek, a jednocześnie byli szczęściarze, którzy rok wcześniej podzieliliby Wasz los, no chociażby Anita Włodarczyk czy Patryk Dobek.

Dodam Włocha Gianmarco Tamberiego, który sięgnął po złoto, a rok wcześniej miał zerwane ścięgno Achillesa. Płakał jak dziecko! Mam nadzieję, że ja za 3 lata też będę tak płakać z medalem na szyi, z tymi, o których Pan wspomniał. Ja czasami mówię, że sportowcy to jak sprzęt RTV lub AGD –mają gwarancję na cztery lata. Akurat moja nie przedłużyła się na kolejny rok. Można stanąć na rzęsach, położyć na szali życie rodzinne, przyjaciół, ale w konsekwencji to zdrowie kieruje naszą karierą. Jeśli to zrozumiemy, uznamy pewien truizm, że najpiękniejsze w sporcie jest to, że jest on nieprzewidywalny. Kto się spodziewał, ze Patryk Dobek sięgnie po brązowy medal, a nasz chodziarz Dawid Tomala sięgnie po złoto. I to jest piękne!

Mówiło się, że Pani operacja była na tyle poważna, że zastanawiano się, czy będzie Pani sprawna fizycznie w życiu „cywila”. Czy nie pojawiły się wtedy myśli, że może trzeba zejść ze sceny?

Miałam taki moment, nie byłabym uczciwa, gdybym powiedziała, że nie. Ale zwyciężyły myśli, że musi być dobrze i że nie pora żegnać się z bieżnią. Jestem młoda i mam szansę na sukces za trzy lata. Im dłużej siedziałam w domu, im bardziej bolały mnie nogi i byłam unieruchomiona po zabiegu, a nie widziałam postępów rehabilitacji, tym częściej zastanawiałam się, czy warto. Gdyby wtedy mnie Pan zapytał, powiedziałabym, że do sportu nie wrócę. Ale sport to całe moje życie i wiem, że chcę to robić. Ten czas był mi dany, żeby zgłodnieć i stać się wilkiem, który chce ruszyć na polowanie.

Konkurencja w 400 metrach jest tak wielka, że głód wilczy będzie potrzebny.

To jest fajne, że jest nas wiele na równym poziomie. To pozwala nam od 2017 roku sięgać po medale na każdej imprezie rangi europejskiej i światowej. Drugiej tak równej sztafety poza USA nie ma na świecie. Amerykanie mają olbrzymie zasoby sportowców, z których można wybierać, a my, mimo że nie jesteśmy dużym krajem, mamy tak wiele talentów.

Co jest najważniejsze sztafecie?

– Zgranie i zaufanie. Jeśli tego brakuje, nie ma szansy na sukces. Potrzebna jest także wiara w to, że jesteśmy wszystkie przygotowane na najwyższym poziomie i każda da z siebie tyle, ile może. A nawet i więcej, by przekazując pałeczkę, oddać ją koleżance z jak najlepszą pozycją do walki o medal. W sztafecie bowiem nie biegnie się dla siebie, ale dla koleżanki przed sobą.

Poza sportowymi, wśród Pani zainteresowań są kuchnie świata. Praktycznie czy teoretycznie?

Lubię próbować nowych smaków, uwielbiam gotować i piec. W kuchni się odnajduję, a gotowanie mnie relaksuje Oczywiście czasami coś nie wychodzi, jak to w życiu. Bardziej preferuję pieczenie niż gotowanie. Robię torty dla rodziny i znajomych, różne ciasta, ciasteczka. Na 11 listopada planuję piec rogale świętomarcińskie.

A specjalność zakładu?

Chyba szarlotka. Choć ostatnio przygotowałam dla męża ramen i bardzo mu smakował, a i moja zupa ogórkowa jest bardzo dobra. Poza tym lubię wyzwania. Widzę przepis i nie obawiam się z nim zmierzyć.