Najnowszy numer SUKCESU już dostępny 🌞 Sukces po poznańsku to najpopularniejszy magazyn lifestylowy o Poznaniu 🌞  

Organizator:

Osowa Góra

Podziel się

Podczas letnich wakacji byłem w górach. Po powrocie na niziny czegoś mi brakowało. Za mało tu chodzi się pod górkę i z górki, przez co człowiek spala mniej kalorii. Co za tym idzie? – To już każdy może dopowiedzieć sobie sam…

 

TEKST I ZDJĘCIA: dr Dawid Tatarkiewicz

 

Dlatego musiałem się nieco poruszać. Najlepiej byłoby znowu choć trochę się powspinać. Gdy więc pociągiem zajechałem do Puszczykówka, zacząłem się zastanawiać – gdzie by tu pójść? Najlepiej nieznaną jeszcze dróżką. Zacząłem studiować mapę. Tak, taką papierową, co samo w sobie stanowić mogło atrakcję. Oho – mam! Jest tu jakaś góra do zdobycia: Osowa Góra. Dopiero po chwili zauważyłem, że po drugiej stronie ulicy, naprzeciwko, dosłownie dziesięć metrów ode mnie, w formie olbrzymiej tablicy widniała mapa okolicy – podobna do mojej, tylko bardziej szczegółowa. Musiałem więc wyglądać bardziej niż wielce oryginalnie, studiując swoją małą mapkę, stojąc tuż przy mapie dużej, dokładniejszej…

Wreszcie pod górkę

Ruszyłem więc żółtym szlakiem. I dość szybko dotarłem do tutejszego lasku, który jednak nie był olbrzymi. Później jeszcze trochę dreptania po miasteczku, minąłem główną trasę samochodową i wreszcie!… wreszcie było pod górkę – trochę jak w górach. Gdy tylko wyszedłem z pociągu, przywitał mnie wysoki głos dzięciołka. Teraz usłyszałem go ponownie. Do tego skrzeczenie sójek, ale niekoniecznie to ja byłem jego powodem, gdyż odzywały się raczej z oddali. W ten wrześniowy dzień mało co się odzywało, choć pewnie jeszcze całkiem sporo ptaków przebywało w lesie przed odlotem do tak zwanych ciepłych krajów.

Po kilkunastu minutach góra została zdobyta. Nie szedłem zbyt szybko, gdyż objuczony byłem stosunkowo ciężkim statywem i plecakiem z piciem i jedzeniem. Po zdobyciu szczytu, z którego w tym konkretnym miejscu nie roztaczają się widoki, dotarłem do tutejszych glinianek. Woda w nich była w miarę czysta, a prowadziła do niej całkiem spora piaszczysta plaża, z wyznaczonym specjalnym miejscem dla ratownika. Nie cały jeszcze asortyment, że się tak wyrażę: usługodawczy, został usunięty po sezonie. W czasie wakacji musiało to być całkiem oblegane miejsce kąpieliskowe.

I z górki

Naprzeciwko plaży wypatrzyłem wieżę widokową, ale nie można się było do niej dostać. Zwiedziłem też najbliższą okolicę, doszedłem między innymi do ulicy Pożegowskiej w Mosinie, a może już i w samym Pożegowie, z której roztaczał się dość głęboki widok na okolicę. Zawróciłem i po chwili wędrowałem w lesie, schodząc z górki. Tutaj nie dało się nie zauważyć symptomów zbliżającej się jesieni, która w momencie opublikowania tego tekstu będzie już królować w polskiej rzeczywistości, przynajmniej w kalendarzu. Były więc już i opadnięte liście, jak również – pojedyncze jeszcze – przebarwienia wśród dominanty zieleni na drzewach i krzewach. Również ziołorośla czarowały odcieniami zieleni, ale także kolorami kwiatów – niejeden charakterystyczny gatunek mógł informować o nieuchronnym nadchodzeniu następującej po lecie pory roku.

W pewnym momencie wyszedłem na łąkę, na której spędziłem pewnie z godzinę, obserwując spektakl obłoków na niebie i ich cieni tańcujących na ziemi – fotografując je wytrwale. Raz po raz, wśród dookólnej ciszy, dał się słyszeć dźwięk samolotu, czasem kilku sunących gdzieś wysoko na niebie i zostawiających za sobą charakterystyczne smugi. Natomiast w najbliższej okolicy, wprost w moim sąsiedztwie, bardzo sprawnie przemieszczały się dojrzewające tu ważki z rodzaju Aeshna (sądząc po wielkości: prawdopodobnie żagnice jesienne). Tu, na skraju lasu, znajdowały to, czego potrzebowały: słońce oraz bogaty stół małych owadów. Ważki są przecież drapieżnikami.

 

Wyżej krążyły jaskółki oknówki, które również należą do lotników arcysprawnych. Nieco inaczej prezentowały się na tle nieba cięższe sylwetki myszołowów, przelatujących nad polem kruków czy grzywaczy. A po chwili śmignął w powietrzu kolejny akrobata o wąskich skrzydłach – tym razem ptak drapieżny z rodziny sokołowatych – wywołując postrach wśród leśnej ptasiej drobnicy, który to postrach dał się wręcz usłyszeć: odezwały się od razu głosy ostrzegawcze. W pewnym momencie obraz ten uzupełnił samolot pasażerski lecący stosunkowo niewysoko – zapewne wystartował z Ławicy. Jego korpus, w dużej mierze błękitny, robił wrażenie delfina sunącego w oceanie nieba. Dał się jednak obserwować krótko, gdyż zaraz zanurzył się w pobliskim obłoku.

I znowu niziny

I tak, nie wiadomo kiedy, minęło kilka godzin mojej fotograficznej wędrówki. Za dwie godziny miał odjechać pociąg powrotny, zostało mi więc niewiele czasu. Każdy, kto wędruje z aparatem fotograficznym, wie, że czas może mijać szybko, zwłaszcza jeśli trafi się na jakiś temat wizualnie interesujący, wymagający czekania – choćby na tak zwane odpowiednie światło. Na szczęście, nie musiałem się spieszyć. Wróciłem pociągiem jadącym pół godziny później. To trasa z dużą liczbą połączeń. Tym sposobem znów znalazłem się na nizinach. Niemniej w pamięci aparatu i mojej został niejeden ślad tej przygody. Góry na nizinach? – Da się!