Paryski sen na korcie
Tegoroczny turniej Roland Garros przyniósł historię, która narodziła się na naszych oczach. Z drugiej setki rankingu, po przebrnięciu wymagających eliminacji, w turnieju głównym pojawiła się Maja Chwalińska. Ci, którzy kochają tenis i regularnie go oglądają, śledzili jej zmagania od dawna i doskonale wiedzieli, na co ją stać. Dla innych stała się sympatyczną zawodniczką, która niczym w bajce przeskoczyła w jednym turnieju z głębokiego przedsionka na najwspanialsze tenisowe salony świata. Na jednej z konferencji prasowych po meczu sama przyznała: „Dopiero tu w Paryżu kliknęło”. O kulisach wielkiego sukcesu rozmawiamy z Maciejem Łosiakiem – poznańskim dziennikarzem sportowym, publicystą, redaktorem naczelnym portalu i czasopisma „Tenis Magazyn” oraz powszechnie uznawanym ekspertem w dziedzinie tenisa ziemnego.

TEKST: Juliusz Podolski
ZDJĘCIA: Roland Garros
Jak myślisz, dlaczego właśnie teraz to wszystko tak idealnie kliknęło?
Maciej Łosiak: Powodów jest sporo. Przede wszystkim to, że Maja jest obecnie w pełni zdrowa. Przez długi czas nieustannie trapiły ją kontuzje, miała poważne problemy z nadgarstkiem i kolanem, a do tego przechodziła jakiś czas temu trudny epizod depresyjny. Takie obciążenia zawsze wpływają na to, jak zawodnik prezentuje się na korcie. Maja oczywiście w poprzednich latach odnosiła już pewne sukcesy – wygrała w grze pojedynczej trzy turnieje rangi WTA 125: we Florianópolis w Brazylii w 2024 roku, rok później w Montreux w Szwajcarii i w tym roku, tuż przed Roland Garros, w Oeiras w Portugalii.
Wracając jednak do zdrowia – każdy kibic mógł zauważyć, że w Paryżu miała problemy mięśniowe, na szczęście nie okazały się one groźne. Najpierw bandażowana była lewa noga, później pojawiły się tejpy na prawej. Trudno się jednak dziwić, skoro w Paryżu zagrała aż dziesięć spotkań, podczas gdy do standardowego zwycięstwa w turnieju głównym potrzeba rozegrania siedmiu meczów.
Idąc dalej – Maja ma za sobą świetny team trenerski. Trzeba tutaj mocno podkreślić rolę dwóch czeskich szkoleniowców. Z pierwszym z nich, Jaroslavem Machovským, współpracuje już od 2020 roku. Drugim jest Peter Hajek, z którym działa krócej – pełni on funkcję drugiego trenera i zarazem sparingpartnera. Nie można również pominąć doskonałej organizacji całego zespołu, co jest wielką zasługą kolejnych osób: Piotra Szczypki, menedżera i właściciela klubu BKT Advantage Bielsko-Biała, który Maja reprezentuje od bardzo dawna, oraz Aleksandry Musiał, menedżerki całego klubu. O tym, jak ważny to team, świadczą słowa samej Mai. Cały czas powtarza, że to nie tylko wybitni fachowcy, ale przede wszystkim przyjaciele i dobrzy ludzie, którzy wspierali ją od wielu lat w najtrudniejszych momentach życiowych i zawodowych.
No i trzecia rzecz, bez której w sporcie nic wielkiego się nie wydarzy, czyli odrobina szczęścia. Tego szczęścia Mai nie zabrakło, oczywiście w żaden sposób nie umniejszając jej ogromnych umiejętności tenisowych. I dlatego właśnie kliknęło. Szczególnie w sportach indywidualnych musi nastąpić taki moment przełomu – to może być jeden konkretny mecz, a czasem nawet jedna, jedyna piłka.

Wspomniałeś o wielu osobach, ale chyba nie można zapomnieć o Macieju Ryszczuku, trenerze przygotowania motorycznego i fizycznego, który współpracuje z wieloma gwiazdami sportu i jest kluczowym członkiem teamu Igi Świątek.
Tak, to jest niezwykle istotna osoba w całym zespole. Po przedwczesnym odpadnięciu Igi Świątek z turnieju, dzięki jej ogromnej życzliwości, Maciej Ryszczuk dołączył bezpośrednio do sztabu Mai w Paryżu. Miało to bardzo duży wpływ na to, jak prezentowała się na korcie podczas całego turnieju. Trzeba jednak zaznaczyć, że to nie jest jakaś okazjonalna pomoc, ponieważ współpracują ze sobą już od kilku miesięcy. Jednak jego obecność w tych najważniejszych, najbardziej stresujących momentach na paryskim turnieju była po prostu bezcenna. Postępy w motoryce Mai, co jest niezwykle istotne przy jej nie najwspanialszych warunkach fizycznych, są bardzo widoczne. Dzięki temu wytrzymała w doskonałej kondycji prawie osiemnaście godzin spędzonych na kortach Roland Garros.

Wspomniałeś, że czasami to kliknięcie następuje dzięki jednej piłce, która w bardzo ważnym momencie łapie linię milimetrami. Czy potrafisz wskazać taki kluczowy moment w paryskiej rywalizacji Mai Chwalińskiej?
Gdybym miał wybrać jeden konkretny moment, to oczywiście bez samego przebrnięcia przez eliminacje nie byłoby całego ciągu dalszego. Najważniejszy, tak mi się przynajmniej wydaje, był jednak ten pierwszy mecz w turnieju głównym z Qinwen Zheng. Chinka jest co prawda po kontuzji i ma swoje problemy, ale sam fakt, że wygrywasz z aktualną mistrzynią olimpijską, i to na tych samych kortach, na których niedawno sięgała po złoto, jest czymś godnym najwyższego podkreślenia. Po takim zwycięstwie człowiek błyskawicznie nabiera ogromnej pewności siebie. Pojawia się myśl: „Dlaczego nie miałabym wygrać z kolejną i kolejną tenisistką, która będzie faworytką w meczu?”.
Nie będę owijał w bawełnę – przed startem paryskiego turnieju nie liczyłem na tak gigantyczny sukces. Myślałem, że świetną sprawą będzie samo przejście pierwszej rundy w turnieju głównym, może dwóch. No, ale potem... miałem już podświadome przeczucie, że będzie dobrze. Maja nie grała pod żadną presją. Ona mogła, a absolutnie nic nie musiała. Bycie tak zwanym underdogiem jest dużo łatwiejsze niż bycie mistrzem. Znamy doskonale hasło „bij mistrza”, które w sporcie jest na porządku dziennym. Faworyt musi zmagać się nie tylko z przeciwnikiem, ale też z własną, ogromną presją psychiczną. Myśli sobie: „Jestem wyżej w rankingu, więcej osiągnęłam, a tutaj ktoś nagle z drugiej czy trzeciej setki może ze mną wygrać” – i po takich myślach rywalka funduje jej seta do zera.
Nie uważasz, że Maja jest dziewczyną z zupełnie innego świata? Krzyżówki, herbatka, totalny spokój…
Oczywiście, zresztą sama użyła takiego stwierdzenia. Bardziej podoba mi się jednak inne jej zdanie – powiedziała, że w środku czuje się babcią, siedemdziesięciolatką. To jest bardzo sympatyczne i naturalne. Jest taką swojską dziewczyną, z którą każdy z nas może się bardzo łatwo utożsamić. Ujmuje publiczność tym, że potrafi otwarcie i bez barier mówić o swoich kontuzjach, trudnych momentach oraz o epizodzie depresyjnym. Pamiętam, kiedy podczas ostatniej edycji Warsaw Open przegrała z Laurą Siegemund i na konferencji prasowej po meczu przepraszała wszystkich, że nie zagrała tak, jak od niej oczekiwano…

Przepraszała też za finał w Paryżu...
Tak, to prawda, rzeczywiście tak było. To są właśnie te elementy, które składają się na jej absolutnie niewyreżyserowany, autentyczny wizerunek. Młodzi ludzie powinni się z nią identyfikować. Pokazuje sobą, że wcale nie trzeba poświęcać całego swojego życia na aktywność w mediach społecznościowych, żeby być lubianym. Nie potrzeba setek tysięcy lajków, żeby wzbudzać powszechną sympatię – wystarczy po prostu być sobą. I taka właśnie jest Maja!
Tym zachowaniem zachwycili się wielcy eksperci tenisowego świata w paryskim studio telewizyjnym, tacy jak John McEnroe, Andre Agassi czy Venus Williams.
Odbierają ją zupełnie inaczej niż większość współczesnych zawodniczek, między innymi ze względu na styl gry, który prezentuje. Nie jest to styl przystający do obecnych atletek tenisa. Maja stawia bardziej na spryt, geometrię kortu i niesamowitą rezolutność. Sama jeszcze nie tak dawno, będąc dużo młodszą tenisistką, mówiła, że ona po prostu gra inaczej. To daje wspaniały powiew świeżości w kobiecym tenisie i to docenili zarówno John McEnroe, jak i Andre Agassi. Docenił to również Mats Wilander, Johanna Konta czy Tim Henman. Niezwykle miło słyszeć tak pozytywne opinie o polskiej tenisistce z ust legend – to dla nas prawdziwa duma. Nie byłoby jednak tego sukcesu, gdyby nie to, co dzieje się w polskim kobiecym tenisie przez ostatnie lata – od wielkich czasów Agnieszki Radwańskiej, aż po naszą sześciokrotną mistrzynię Wielkiego Szlema Igę Świątek.

Wspomnij, proszę, o Twoich kontaktach z Mają Chwalińską.
Nie znam Mai aż tak dobrze osobiście. Nigdy nie przeprowadzałem z nią dłuższej rozmowy czy wywiadu, natomiast kilkakrotnie spotkałem ją po turniejach Warsaw Open czy podczas rozgrywek Billie Jean King Cup na konferencjach prasowych, gdzie zadawałem jedno czy drugie pytanie. Natomiast taki bardzo bezpośredni kontakt miał miejsce w 2009 roku. Maja wzięła wtedy udział w obozie tenisowym, który został zorganizowany w Szamotułach. Uczestniczyła w nim również moja córka Ada. Obie dziewczyny trafiły do jednego pokoju. Ada ma do dzisiaj z tamtego okresu wspaniałe wspomnienia, a teraz może z uśmiechem powiedzieć, że mieszkała pod jednym dachem z przyszłą finalistką Roland Garros.
Macieju, proszę, wyjaśnij tajemnicę wielkich zarobków tenisistów. Ile tak naprawdę z tych oficjalnych sum trafia do ich prywatnego portfela? Powiem Ci szczerze, że ogromnie denerwuje mnie to, co się pisze dzisiaj o sukcesach sportowych wyłącznie przez pryzmat pieniędzy, zapominając o czystym wymiarze sportowym.
Na początek zauważmy jedno: każde zarobione pieniądze to wynik morderczej pracy na zawodach i tysięcy godzin spędzonych na treningach. Otrzymując oficjalny czek na daną kwotę, trzeba przede wszystkim odliczyć gigantyczny podatek dochodowy, który obowiązuje w kraju rozgrywania turnieju, ponieważ podawane w mediach wartości to zawsze kwoty brutto. We Francji ten podatek wynosi np. ponad 40%. Do tego dochodzi oczywiście samodzielne opłacenie całego sztabu szkoleniowego, przelotów samolotami, hoteli czy wyżywienia.
Maja będzie teraz w o wiele lepszej sytuacji, ponieważ jako 21. zawodniczka na liście WTA na świecie będzie rozstawiana w dużych turniejach i będzie kwalifikowała się do Wielkiego Szlema bezpośrednio z rankingu, bez konieczności grania eliminacji. Te największe zawody gwarantują najlepszym tak zwane hospitality, czyli pełne lub częściowe pokrycie kosztów pobytu na miejscu. To będzie mocno wpływało na to, że jej bieżący budżet nie będzie już szczuplał tak drastycznie. Pamiętajmy jednak zawsze, że pokazywane kwoty przy nazwiskach zawodników w ich oficjalnych sportowych biografiach to wyłącznie sumy brutto, od których trzeba odjąć ogromne koszty stałe.

Rozmawiamy o Mai Chwalińskiej, ale chciałbym, żebyś powiedział kilka zdań o tym, co dzieje się na naszym lokalnym, poznańskim podwórku. Czy my mamy szansę tutaj, w Poznaniu, na wybuch wielkiego talentu jakiegoś zawodnika lub zawodniczki?
Chciałbym przekornie odpowiedzieć, że my taki talent już mamy i powinniśmy bardzo mocno doceniać to, co zrobiła w trakcie swojej kariery, a być może jeszcze zrobi. Myślę tutaj oczywiście o Magdzie Linette. Warto też pamiętać o Katarzynie Piter, nie wspominając już o zamierzchłych czasach i sukcesach Wojciecha Fibaka. Jak widać, w Poznaniu rodzą się talenty tenisowe i to z tej najwyższej, światowej półki.
Jeśli chodzi o to młodsze pokolenie, jest wiele tenisistek i tenisistów, którzy mogą dać nam w przyszłości mnóstwo radości. Zwrócę uwagę, że warto zapamiętać nazwisko Fryderyka Lechno-Wasiutyńskiego. To chłopak, który debiutował już w reprezentacji Polski w Pucharze Davisa. Wśród dziewcząt warto śledzić losy Amelii Paszun z AZS-u Poznań. Fryderyk reprezentuje Park Rekreacyjno-Sportowy fairPlayce w Poznaniu. Co ciekawe, jest obecnie studentem jednego z najlepszych uniwersytetów w Stanach Zjednoczonych – w Berkeley. Głównym trenerem na tej uczelni jest Krzysztof Kwinta, Poznaniak, syn Huberta, znanego poznańskiego dziennikarza telewizyjnego oraz wielkiego pasjonata i propagatora tenisa. Krzysztof robi fantastyczną karierę trenerską w USA, bo to nie jest pierwsza amerykańska uczelnia, w której pracuje. Bycie głównym trenerem w tak prestiżowym uniwersytecie jak Berkeley to naprawdę rzecz wielka.

Dopadła nas w kraju prawdziwa „Majomania”. Wszyscy zachwycają się i doceniają to, co zrobiła, ale doskonale wiemy, że łaska kibica na pstrym koniu jeździ. Co powiesz w związku z tym fanom? Nie można przecież liczyć na to, że od dzisiaj Maja będzie wygrywać absolutnie wszystkie turnieje i odnosić same zwycięstwa. Jak mentalnie podejść do jej ewentualnych porażek?
Oby ta fala wznosząca trwała jak najdłużej, czego każdemu kibicowi, a przede wszystkim Mai, Idze i wszystkim naszym czołowym tenisistom z całego serca życzę. Jednak porażki na pewno przyjdą, to nieuniknione. Mają one jednak przede wszystkim wzmacniać, uczyć i wyciągać wnioski na przyszłość, a na kolejne wielkie zwycięstwa na pewno się doczekamy. Oby było ich jak najwięcej. Trzeba po prostu czekać, być cierpliwym, gorąco dopingować i w żadnym momencie nie wątpić, że Maja znów pokaże na korcie coś fantastycznego. Myślę, że to jest kluczowe – każdy z nas powinien patrzeć na sportowca i jego sukcesy przez pryzmat swojego własnego życia zawodowego, w którym przecież też naturalnie występują zarówno wzloty, jak i upadki.
Gdybyś miał opisać swoje największe sportowe marzenie związane z tą sytuacją?
Byłoby rewelacyjnie, gdyby w finale – nawet niekoniecznie Wielkiego Szlema, ale jakiegoś dużego, prestiżowego turnieju WTA – spotkała się Maja z Igą Świątek. To byłoby coś niesamowicie pięknego dla całego polskiego sportu.

Poznański wątek sukcesów Mai Chwalińskiej
W czerwcu w Dąbrowie Górniczej, czyli w miejscu, gdzie swoją przygodę z tenisem i pierwsze profesjonalne treningi rozpoczynała tegoroczna finalistka Roland Garros, powstał wyjątkowy mural. Jego autorem jest znany poznański graficiarz, działający od lat pod pseudonimem Kawu. Artysta konsekwentnie ukrywa swoją prawdziwą tożsamość, nigdy nie pokazuje twarzy w mediach społecznościowych i unika zbędnego rozgłosu wokół własnej osoby.
Kawu znany jest szeroko z tworzenia innych sportowych motywów, będąc przy tym zadeklarowanym kibicem Lecha Poznań. Jednym z jego najbardziej rozpoznawalnych i kultowych już motywów jest poznański Koziołek w barwach klubowych „Kolejorza”, którego artysta regularnie maluje w różnych miastach Europy przy okazji wyjazdowych meczów poznańskiej drużyny w europejskich pucharach.
Na swoim oficjalnym profilu w serwisie Facebook Kawu napisał o głębszych motywach stworzenia muralu:
„To właśnie tutaj swoje dzieciństwo spędzała Maja Chwalińska. Na tych kortach stawiała pierwsze tenisowe kroki, tutaj rodziła się pasja do sportu i marzenia o wielkich sukcesach.
Dziś miejsce, które przez lata tętniło życiem, popada w ruinę. Korty zarastają, teren jest zaniedbywany, a w ich miejscu ma powstać kolejny blok w ramach inwestycji TBS.
Podczas malowania tego muralu dziesiątki mieszkańców podchodziły do mnie z jedną prośbą: nagłośnij tę sprawę. Jeszcze kilka lat temu dzieci grały tu w tenisa, spędzały czas na świeżym powietrzu i korzystały z przestrzeni stworzonej dla lokalnej społeczności.
Dziś mieszkańcy walczą o zachowanie tego miejsca. Ten mural powstał nie tylko po to, by upamiętnić historię Mai, ale również po to, by przypomnieć, jak ważne są ogólnodostępne miejsca sportu i rekreacji”.