Witamy w MAJU! Najnowszy numer SUKCESU jest już dostępny 🌞 zapraszamy do lektury e-wydania najpopularniejszego magazynu lifestylowego o Poznaniu 🌞  

Organizator:

Pumptrackowy zawrót głowy

07.11.2023 11:00:29

Podziel się

Korzystają z nich mali i duzi, rodzice z dziećmi, przypadkowi rowerzyści i wszyscy, którzy na widok specjalnego toru rowerowego zatrzymują się, by chociaż popatrzeć. To obok boisk, skate parków, czy siłowni zewnętrznych prawdziwy hit dla aktywnych mieszkańców miast, gmin i wsi. Buduje je BT Project, firma założona przez dwóch pasjonatów – Jacka Kowalskiego i Aleksa Bartkowiaka, dla których rower to nie tylko sport, ale sposób na życie.

ROZMAWIA: Joanna Małecka
ZDJĘCIE: Dorota Urbańska

Gdybyście mieli totalnemu laikowi wyjaśnić, co to jest pumptrack.
Jacek Kowalski: Pumptrack jest specjalnie zaprojektowanym torem przeszkód składającym się z garbów, zakrętów profilowanych oraz małych „hopek” ułożonych w takiej kolejności, by możliwe było rozpędzanie się i utrzymywanie prędkości bez konieczności pedałowania. Nabieranie prędkości możliwe jest dzięki odpowiednio wyprofilowanym przeszkodom (garbom), na których użytkownik wykonując ruchy góra-dół (tzw. pompowanie) porusza się w wybranym kierunku, wykorzystując siłę ciężkości i siłę odśrodkową. Jazda na PUMPTRACKU świetnie wpisuje się w nurt sportów popularnych wśród młodzieży, których uprawianie nie wymaga monotonnych treningów, lecz jest ciągłą zabawą. Jazda na torze angażuje wszystkie grupy mięśniowe i jest niesamowicie wymagająca fizycznie. Rowerowy plac zabaw PUMPTRACK pozwala małym dzieciom w bezpieczny sposób oswoić się z rowerem na nierównościach terenu, jak i stawia wyzwanie doświadczonym zawodnikom. Taki obiekt może być uniwersalny lub dostosowany do konkretnej grupy odbiorców. Jako BT Project zajmujemy się budową torów rowerowych, często w kompleksie z innymi obiektami, takimi jak boiska czy tory rolkowe lub skate parki. Z ciekawostek – budowaliśmy tor rowerowy z tężnią solankową w Polance Wielkiej.

Aleks Bartkowiak: Staramy się, żeby obiekty, które budujemy, były równoważne ze standardowymi obiektami sportowymi, a więc każdy detal jest ważny.

Ile takich parków zbudowaliście?
JK: Szacuję, że około 150.

Podejrzewam, że początki mieliście trudne, bo nie każdy wiedział, czym jest pumptrack.
JK: Skąd Pani wiedziała (śmiech)? Początki były bardzo trudne. Zaczynaliśmy w przysłowiowym garażu. Tworzyliśmy specjalne broszury informacyjne, które potem wysyłaliśmy do gmin pocztą tradycyjną, bo nie było Internetu. Tłumaczyliśmy klientom, że nie chcemy stawiać skate parków ani torów dla „kaskaderów”, tylko obiekt sportowy przeznaczony dla rowerzystów – równie bezpieczny jak boisko czy bieżnia.

AB: Pamiętam nasze wyprawy do urzędów gmin czy miast nawet na drugi koniec Polski. Tankowaliśmy samochód za ostatnie pieniądze, a potem musiałem dzwonić do siostry, żeby pożyczyła mi na benzynę, żebyśmy mieli jak wrócić (śmiech).

Warto było?
JK: Zdecydowanie! Najlepsze jest to, że nasi rodzice do końca nie wiedzieli, dokąd i w jakim celu jedziemy, a potem wydzwaniali, gdzie jesteśmy.

AB: Największy stres miałem, kiedy do rodziców przychodził rachunek za telefon stacjonarny. Wiedziałem, ile wygadałem i wiedziałem, że będę musiał się tłumaczyć (śmiech). Miło nie było. A dzisiaj budujemy tory na całym świecie i jesteśmy z tego bardzo dumni!

JK: Dodam jeszcze, że nasze początki to też obecność na targach, gdzie przekonywaliśmy innych do naszych pomysłów, uświadamialiśmy inwestorom, co chcemy realizować. Dzisiaj też jesteśmy obecni na targach, ale już nie musimy niczego tłumaczyć. Rozmowy z inwestorami koncentrują się na dopasowaniu obiektu do potrzeb lokalnej społeczności i możliwości finansowych gminy.

Dla kogo zbudowaliście pierwszy tor?
JK: To było, kiedy jeszcze funkcjonowaliśmy w ramach Stowarzyszenia Grandapropaganda. Pierwszy tor zbudowaliśmy dla siebie, żeby mieć na czym ćwiczyć. Na rowerach jeździmy od zawsze – to nasza wielka pasja. Kiedy kończyłem studia, Aleks miał już działalność i realizowaliśmy pierwsze, niewielkie zlecenia. Ledwo spinało się to finansowo. Pierwszą gminą, która nam zaufała, były Bartoszyce – niewielka miejscowość na Warmii.

Testowaliście go osobiście?
AB: Tak, oczywiście. Zresztą przed długi czas byliśmy na każdej budowie, doglądaliśmy każdego etapu. Musieliśmy wypracowywać standardy takich obiektów. Każdy obiekt jest dla nas tak samo ważny, do każdego podchodzimy indywidualnie.

Co czuliście po wybudowaniu pierwszego toru?
JK: Wielką euforię, ale i dużą ulgę, bo nie wiedzieliśmy do końca, co nas czeka. Wiele rzeczy, które dla nas po latach są oczywiste, jak choćby szacowanie inwestycji, wtedy było czymś abstrakcyjnym. Poza tym zderzenie z inspektorem nadzoru budowlanego było nowością i uświadomiło nam, że robi się poważnie (śmiech).

Jak się buduje taki tor?
AB: Zaczynamy od koncepcji, a dalej przygotowujemy projekt. W międzyczasie konsultujemy się z inwestorem, jedziemy na miejsce, sprawdzamy teren pod budowę. Na tej podstawie powstaje projekt budowlany. Po uzyskaniu pozwoleń i znalezieniu finansowania inwestor ogłasza przetarg na realizację – składamy ofertę. Wygrywamy albo nie.

Jak to?
Obowiązują nas procedury prawa zamówień publicznych. Wszystko jest w porządku, dopóki startujący oferują podobną jakość. Niestety zdarza się, że przetarg wygrywa firma, która robi coś takiego pierwszy i ostatni raz. Największymi przegranymi są w takiej sytuacji użytkownicy i inwestor.

Trzymacie się ściśle projektu?
JK: Właśnie nie i to jest super. Lubimy kombinować, często na etapie budowy modyfikujemy projekt, dodając poszczególne elementy, żeby uatrakcyjnić tor. Dzięki temu na każdym etapie możemy coś zmienić, ulepszyć. Dla nas najważniejsze jest to, żeby zbudować tor, na którym sami chcemy jeździć. Dajemy ludziom jakość i miejsce, którego nie powstydziłby się żaden z nas. Kluczem w budowie dobrego toru jest to, żeby połączyć wiedzę z zakresu drogownictwa z wiedzą sportową dla użytkownika. Jako pasjonaci sportów rowerowych dokładnie wiemy, jak to zrobić. Tutaj liczy się każdy detal.

Dla kogo są te obiekty?
AB: Dla wszystkich – małych, dużych. Tory mają różne stopnie trudności. Pumptracki są też dla dzieciaków na hulajnogach. Można tam skakać, kręcić hulajnogą i uczyć się trików. Poza tym poprawna technicznie jazda po pumptracku angażuje wiele mięśni – nie tylko nogi, ale również tułów i kończyny górne. Oprócz tego uczy balansu i rozwija mięśnie głębokie odpowiadające za stabilizację sylwetki. Więcej pracujących mięśni to także większe zużycie kalorii.

Ile obiektów stawiacie rocznie?
JK: Rocznie dzisiaj budujemy około 20 obiektów. Niektóre powstają w kooperacji z partnerami zagranicznymi.

Są różnej wielkości?
AB: Zdecydowanie. Są gminy, które decydują się na mniejsze tory na początek, a potem je rozbudowujemy. Są takie jak Rokietnica, które budują duże obiekty dla każdego. Właściwie tutaj nie mamy ograniczeń. W Polsce jest jeszcze wiele miejsc, które nie mają tego typu obiektów, więc sporo przed nami. Widzimy, że ten pomysł się podoba, a tory cieszą się dużą popularnością. Taki podstawowy obiekt zajmuje około 800 metrów kwadratowych. To koszt około 350 tysięcy złotych. Duże obiekty mogą kosztować nawet kilka milionów złotych.

Czy dzisiaj macie jeszcze czas na rowery?
AB: Mamy i nie wyobrażamy sobie, żeby było inaczej.

JK: Wie Pani co? Pracujemy w tej branży tyle lat, ale dopiero w tym roku na jednej z konferencji uświadomiliśmy sobie, że my tak naprawdę spełniamy swoje marzenia. Ze swojej pasji zbudowaliśmy biznes, który docenili inni. To niezwykłe szczęście, żeby robić to, co się kocha. A nam się udało!

AB: A mogliśmy się poddać, bo były też słabsze momenty, kiedy mieliśmy po 2-3 zlecenia rowerowe i trzeba było dorabiać, żeby przetrwać. To na szczęście się odwróciło. Dzisiaj nie wyobrażamy sobie siebie w innym miejscu. No i za dziesięć lat chcemy iść na emeryturę. Taki mamy plan.

I tego Wam życzę!

Dziękujemy.