Siatkówka widziana z kanapy
Agnieszka Korneluk to jedna z najbardziej utytułowanych polskich siatkarek ostatnich lat, wielokrotna reprezentantka kraju i zawodniczka, która na parkiecie zawsze zostawiała całe serce. Niedawno zaskoczyła kibiców, ogłaszając koniec kariery, a po kilku miesiącach radosną nowinę o oczekiwaniu na dziecko. W szczerej rozmowie opowiada o tym, jak to jest oglądać kadrę z perspektywy kanapy, ocenia ostatnie występy Polek, wspomina fanatycznych kibiców w Turcji i zdradza, jak odnajduje się w zupełnie nowej, pozasportowej rzeczywistości w rodzinnym Poznaniu.

ROZMAWIA: Juliusz Podolski
ZDJĘCIA: Archiwum Agnieszka Korneluk
Czy czwarte miejsce w tym roku i brak medalu reprezentacji Polski pań jest – bo toczy się na ten temat olbrzymia dyskusja – dla Pani sukcesem tej drużyny, czy jednak niedosytem? Ja nie mówię, że porażką, bo osobiście odbieram to jako sukces.
Agnieszka Korneluk: Są dwie strony medalu. Gdy jest się już tak blisko, zawsze pozostaje niedosyt, ale oceniając to na chłodno, myślę, że to sukces. Biorąc pod uwagę sytuację przed sezonem, powiedziałabym nawet, że bardzo duży. Niemki i Holenderki wciąż idą w górę, co pokazała ich gra w poprzedniej Lidze Narodów (VNL). Kiedy spojrzymy na nasz podstawowy skład z Martyną Łukasik i Martyną Czyrniańską na przyjęciu – teraz musieliśmy radzić sobie bez jednej z nich, a druga wystąpiła w zupełnie innej roli. Do tego doszła gra z Mają Koput, dla której to pierwszy sezon w kadrze na takim poziomie. Z turnieju wypadła też kapitan i pierwsza libero, która przez ostatnie sezony pełniła bardzo ważną funkcję, będąc w super formie. Zastąpiła ją Justyna Łysiak, dla mnie zawsze bardzo pozytywna postać w tej kadrze, choć wcześniej nie miała wielu szans na grę w swojej nominalnej roli. Zbierając to wszystko, uważam, że to naprawdę duży sukces tej drużyny.
Nie możemy pominąć kontrowersyjnych kwestii. Trener Stefano Lavarini przed sezonem został postawiony w dość trudnej sytuacji – klika odmów gry w reprezentacji. Oczywiście potrafimy zrozumieć, kiedy ktoś kończy karierę tak jak Pani lub gdy ktoś zmaga się z kontuzją, jak Aleksandra Gryka. Powiedzmy sobie jednak szczerze – trudno to pojąć, zwłaszcza w rozmowie z Panią, osobą stawiającą się na kadrę na każdy przysłowiowy gwizdek. Jak podejść do faktu, że pojawiały się odmowy gry w kadrze?
To trudne tematy. Jeśli coś robiłam, to na maksa – mimo że czasami towarzyszył temu ból i wcale nie było łatwo. Powiedziałabym wręcz, że często bywało ciężko. Nie rozumiem sytuacji, w których ktoś odmawia gry w kadrze, bo dla mnie to zawsze było największe wyróżnienie. Kiedy rozmawiałam z trenerem Stefano, podkreślałam, że reprezentacja stanowiła dla mnie potężną motywację do gry. W końcu, po tylu latach, poczułam, że zdobywamy medale, idziemy do przodu i mamy trenera, który w nas wierzy. Zgadzam się z Panem – z zawodniczek, które ma obecnie do dyspozycji, wydobywa absolutne maksimum.
Nie rozumiem, jak można odmawiać gry w kadrze, ale niestety odnoszę wrażenie, że takich zachowań jest coraz więcej. Pamiętając rok olimpijski, kiedy wszystkie dziewczyny stawiały się na zgrupowaniach i chciały grać pomimo poważnych kontuzji, tylko po to, by wystąpić na igrzyskach, uważam, że coś jest nie tak. Z mojej perspektywy trudno w ogóle ocenić takie podejście do reprezentacji, bo ja miałam zupełnie odwrotne nastawienie do gry w biało-czerwonej koszulce.

A może te zawodniczki przypomną o sobie, gdy nadejdzie czas walki o igrzyska olimpijskie? Przecież musimy pamiętać, że już w Turcji można było zdobyć bilet do Los Angeles.
Sama jestem ciekawa, jak to będzie wyglądało. Na pewno mecze ogląda się dużo spokojniej z perspektywy kibica siedzącego na kanapie i o wiele łatwiej jest wtedy oceniać grę oraz całą sytuację.
W innych reprezentacjach, czy to tureckiej, czy włoskiej, nie ma tak drastycznych zachowań.
Tam dziewczyny, będące mistrzyniami olimpijskimi i świata, dostały trochę wolnego na początek VNL. Ale ostatecznie i tak wszystkie zagrały później zarówno w Lidze Narodów, jak i w mistrzostwach Europy. Kiedy rozmawiałam z trenerem Stefano, powiedział wprost: my musimy cały czas grać na maksa, bo nie mamy jeszcze takich sukcesów i możliwości, żeby móc sobie cokolwiek odpuścić.
Trener reprezentacji tureckiej, Daniele Santarelli, przed meczem grupowym z Polkami zaklinał się na wszystkie świętości, że nigdy nie będzie kombinował w grze, by ominąć trudniejszego przeciwnika, bo zawsze gra o zwycięstwo. Pamiętamy jednak znaczący uśmiech trenera Lavariniego i głosy naszych zawodniczek sugerujące, że Turczynki podłożyły się, by nie trafić w półfinale na Włoszki. Zastanawiając się nad tym przypadkiem – czy droga serbska, a nie włoska, dałaby nam medal? I czy to w ogóle jest droga dla sportowca dążącego do sukcesu?
Uważam, że sportowiec dążący do sukcesu nigdy nie powinien iść na skróty. Myślę, że gdyby nasze dziewczyny spotkały się z Serbią w półfinale, na pewno miałyby inne nastawienie. Serbki mają ostatnio swoje problemy, natomiast Włoszki – mistrzynie świata i olimpijskie – po raz kolejny stając na drodze naszej reprezentacji do medalu, mogły stworzyć sporą barierę psychologiczną. Sama grając, nigdy nie odpuszczałam i nie szukałam łatwiejszej drogi. Kiedy idziesz na szczyt, nie możesz podążać na skróty, trzeba też trochę pójść pod górkę. Turczynkom to się w ostatecznym rozrachunku opłaciło, jak widzieliśmy, ale niesmak pozostał.

Ostatnie kontrowersyjne pytanie, które wiąże się już bardziej z polityką. Chodzi o ewentualne dopuszczenie do kolejnych rozgrywek reprezentacji męskiej i żeńskiej Rosji.
Widziałam wypowiedź prezesa PZPS Sebastiana Świderskiego, który zastanawiał się, jak podejść do sytuacji ewentualnego meczu Ukraina – Rosja i w jaki sposób w ogóle zabezpieczyć takie spotkanie. To zmartwienie nie tylko dla kibiców czy innych reprezentacji, ale przede wszystkim dla organizatorów. To z pewnością trudne tematy, których ja też nie chciałabym szerzej oceniać, bo nie czuję się do tego w pełni kompetentna. Niemniej ten prosty przykład podany przez prezesa pokazuje, że czekałyby nas naprawdę bardzo trudne sytuacje.
Całe szczęście, że Rosjanie wycofali się z męskiej rywalizacji w przyszłorocznych Mistrzostwach Świata w Polsce. Paniom wyrasta jednak dodatkowy, bardzo mocny przeciwnik, chociaż trudno nam dzisiaj powiedzieć, w jakiej formie będzie ta reprezentacja.
Zawsze lubię przypominać, że siatkówka to sport wybitnie zespołowy – drużyna jest tu najważniejsza i to ona gra, a nie pojedyncze nazwiska. Z drugiej strony, patrząc na indywidualności i dwie bardzo młode przyjmujące Rosjanki, które już osiągają tak wysoki poziom, myślę, że będzie to niezwykle silna reprezentacja.
Naszą polską „gwiazdeczką” tych mistrzostw była chyba Maja Koput, która gra zresztą na Pani pozycji. Nagle z czwartej czy piątej środkowej staje się zawodniczką pierwszej szóstki.
Określiłabym ją jako zawodniczkę z wielkim potencjałem. Z pewnością była odkryciem tego sezonu, stając się niezwykle pozytywnym elementem reprezentacyjnej układanki. Odczuwam w tym swój malutki sukces. Przed sezonem, rozmawiając z trenerem o moim zakończeniu kariery, wskazałam mu właśnie na Maję. Oglądałam mecze Tauron Ligi i Maja przykuła moją uwagę. Tak jak wspomniałam: ma ogromny talent i potencjał, a w tak młodym wieku gra już naprawdę bardzo poprawnie, nie popełniając wielu błędów. Te, przy jej braku doświadczenia, byłyby jeszcze dopuszczalne i naturalne, a ona praktycznie ich unika, co jest ogromnym plusem. Świetnie pomagała zespołowi w bloku, oby tak dalej.

O obronę tytułu mistrza Europy grają panowie. Patrząc na ich poziom gry i siłę, wielu kibiców zdążyło już zawiesić im na szyjach złote medale, no ale to jest przecież tylko sport...
Myślę, że sam medal nie podlega dyskusji, jednak to złoto jest zawsze najtrudniejsze do zdobycia. Bardzo im kibicuję i wierzę w końcowy sukces, ale tak jak Pan zauważył, nie tylko nasza reprezentacja ma chrapkę na to złoto.
Wróćmy do Turcji. Grała Pani w Fenerbahçe SK. Ten kraj jest wyjątkowy, jeśli chodzi o siatkówkę kobiet, ponieważ wielu specjalistów podkreśla, że panuje tam wręcz kult tej dyscypliny, a zawodniczki praktycznie nie podlegają krytyce. To zupełnie inne realia niż w odniesieniu do futbolu.
Zdecydowanie zgadzam się z tym, że istnieje tam kult żeńskiej siatkówki. Byłam w ogromnym szoku, kiedy mogłam doświadczyć tego osobiście. Nasze mecze przyciągały pełne hale. Fenerbahçe SK to klub, który ma fanów w całej Turcji, nie tylko w Stambule. To niezwykłe doświadczenie, bo na większości meczów wyjazdowych grasz tak naprawdę jak u siebie. Widziałam też kilka spotkań siatkówki męskiej i tam kibiców było zdecydowanie mniej – pod tym względem w Polsce jest dokładnie odwrotnie. W Turcji to żeńska siatkówka przyciąga tłumy, a same zawodniczki traktowane są nie tylko jako sportsmenki, ale wręcz jak celebrytki i gwiazdy. To było bardzo ciekawe przeżycie i coś zupełnie nowego, czego we Włoszech nie doświadczyłam.
Mówi się wręcz, że kibice siatkarscy w Turcji są nawet bardziej fanatyczni niż ci piłkarscy.
Trudno mi to ocenić, bo nie mam aż tak dużego porównania. Mieszkałam w dzielnicy Fenerbahçe, bardzo blisko stadionu i bywałam na meczach piłki nożnej tego klubu. Muszę przyznać, że kibice piłkarscy w dniu meczu świętują od samego rana, śpiewając w restauracjach. Przed spotkaniami siatkarskimi nie przybiera to aż takich rozmiarów. Piłka nożna mimo wszystko pozostaje tam na topie.
Największą gwiazdą siatkówki, nie tylko tureckiej, ale i światowej jest obecnie Melisa Vargas. Miała Pani okazję z nią grać. Jaką jest zawodniczką, zarówno na boisku, jak i poza nim?
Ma w sobie ogromnego ducha walki. Bez niej ani drużyna klubowa, ani reprezentacja nie byłyby tym samym zespołem. Z pewnością stanowi niezwykle mocne ogniwo. Na zewnątrz nie okazuje aż tak bardzo emocji, ale kiedy pozna się ją bliżej, znacznie łatwiej jest dostrzec, co czuje i jak przeżywa mecze.
Kiedy rozmawialiśmy pięć lat temu – również dla „Sukcesu po poznańsku” – pytałem Panią, czy jest szansa, abyśmy w Poznaniu doczekali się drużyny siatkarek grającej w najwyższej klasie rozgrywkowej. Rozmawiamy dzisiaj i nic się w tej materii nie zmieniło. Pojawiło się jednak światełko w tunelu. Niemal z nieba spadł nam męski klub Fort Poznań, który gra na zapleczu elity. Czy uważa Pani, że ma szansę, by zagrać piętro wyżej?
Po pierwszych meczach jeszcze trudno to ocenić. Z pewnością wybiorę się jednak na mecz Fortu, bo bardzo kibicuję tej inicjatywie. Zrozumiałe, że bliższa mojemu sercu byłaby drużyna kobiet. Zawsze z uwagą śledziłam losy poznańskiego Energetyka i kiedy tylko mogłam, pojawiałam się na ich meczach. Wydaje mi się, że podejmowano próby awansu, ale widocznie klub nie był jeszcze gotowy na grę w najwyższej klasie rozgrywkowej. Teraz z dużym zainteresowaniem będę śledzić pierwszoligowe zmagania panów i im kibicować. Nie ukrywam, że wcześniej te rozgrywki nieszczególnie mnie interesowały.

Ogląda Pani teraz siatkówkę z kanapy, wróciła Pani do Poznania, pojawił się nowy dom i oczekiwanie na dziecko. Co jeszcze ciekawego dzieje się obecnie w Pani życiu?
Dzieje się sporo interesujących rzeczy, a jednocześnie jest to po prostu zupełnie normalne życie, które do tej pory nie było mi dane. Bardzo doceniam teraz życie rodzinne i czas na odpoczynek. Cieszę się, że nasze starania o dziecko szybko przyniosły efekt, choć początkowo stanowiło to spory szok dla mojego organizmu. Po zakończeniu sezonu nie miałam chwili oddechu. Po kilkunastu latach gry na najwyższych obrotach zabrakło momentu na odreagowanie, dlatego tego odpoczynku potrzebowałam wprost rozpaczliwie. To była, można powiedzieć, prawdziwa rewolucja – zarówno dla mnie, jak i dla całego mojego otoczenia. Moja rodzina nie mogła uwierzyć, że wcześniej, pomimo morderczych treningów i ogromnego zmęczenia, ciągle coś robiłam i zupełnie nie potrafiłam usiedzieć w miejscu. Tym razem zostałam po prostu zmuszona do relaksu. Obecnie, po tym niezbędnym wyhamowaniu w pierwszej fazie ciąży, czuję się już dużo lepiej. Zaczynam być bardziej aktywna, ale na pewno nie w takim stopniu, abym myślała o podjęciu pracy czy realizacji innej roli niż żony i mamy. Spędzam czas z rodziną, odnajdując się krok po kroku w codziennym życiu poza sportem.
W jaki sposób relaksuje się Pani obecnie? Pamiętam, że w czasach reprezentacyjnych było to chociażby malowanie paznokci sobie i koleżankom z drużyny.
Zgadza się – malowanie paznokci, ale też plecenie warkoczyków dziewczynom! Wracając do obecnych zajęć, stawiam na aktywności kreatywne, które zawsze sprawiały mi radość. Lubię na przykład malować obrazy. Teraz w nowym domu mam do pomalowania znacznie większe powierzchnie, więc mogę realizować się w innych działaniach i odkrywać nieznane mi dotąd umiejętności. Bardzo pochłania mnie urządzanie naszych wnętrz. Mój mąż mieszka tu od roku, ale ja dołączyłam dopiero kilka miesięcy temu. Zostało nam jeszcze wiele do zrobienia, abyśmy w stu procentach czuli się dobrze w naszej wymarzonej przestrzeni. No i oczywiście trzeba solidnie przygotować się na pojawienie się małego człowieka!
A kiedy dokładnie ten młody człowiek pojawi się w Państwa życiu?
W przyszłym roku.
Pożegnanie.
Agnieszka Korneluk zaskoczyła wszystkich po zakończeniu sezonu. Zrobiła to dojrzale i z wielką klasą, a słowa, które zamieściła na swoim Instagramie, naprawdę wzruszają…
„... Ale to pożegnanie nie ma być smutne, ma być takie jak siatkówka, która jest pełna pozytywnych emocji. Właśnie takie doznania dawał mi ten piękny zespołowy sport i właśnie takie chciałam dawać kibicom, chociaż ten, kto mnie zna, nie raz widział też łzy i złość...
Zawsze w tym wszystkim byłam prawdziwa i nikogo nie udawałam...”
„... Oddałam siatkówce całe serce, dałam naszej reprezentacji tyle, ile mogłam w tych trudniejszych i tych dobrych momentach. Zawsze reprezentowanie Polski było dla mnie ogromną dumą.”
„... Teraz pragnę innej miłości, jeszcze większej, spełniania ogromnych, życiowych marzeń.”
„... Boże, dziękuję! Bez Ciebie nie byłabym tą samą osobą i siatkarką. Dziękuję za te wszystkie lata bez kontuzji, za grę z wiarą i nadzieją. Dziękuję, że czuwasz i wskazujesz mi to, co najważniejsze.”
Pani Agnieszko, to my dziękujemy!