Sport, który łączy na całe życie
Poznań hokejem na trawie stoi, ale to wciąż dyscyplina niszowa. O skomplikowanych przepisach, które trzeba „poczuć”, budowaniu sportowej pasji od siódmego roku życia i o tym, dlaczego sportowiec poradzi sobie w każdej pracy, rozmawiamy z Orianą (z domu Walasek) i Pawłem Bratkowskimi – małżeństwem, które życie prywatne i zawodowe związało z hokejem na trawie. Patrząc na liczbę klubów w ligach żeńskich i męskich „laskarzy”, można odnieść wrażenie, że popularność hokeja na trawie w Poznaniu jest olbrzymia. To jednak nie przekłada się na tłumy kibiców. Poza najbliższymi i garstką zapaleńców, trybuny często świecą pustkami. Jak to wytłumaczyć?

ROZMAWIA: Juliusz Podolski, ZDJĘCIA: Archiwum prywatne
Paweł Bratkowski: To fakt, ale jest nadzieja. Na ostatnich mistrzostwach Polski w Gnieźnie były pełne trybuny, a była to biletowana impreza. Sporo jednak zrobiono dla promocji tego wydarzenia. Zdecydowanie chodzi o medialność, bo w dużych miastach, nie oszukujmy się, hokej na trawie jest sportem niszowym. Piłka nożna dominuje i przebicie się do mediów jest kosztowne oraz trudne.
Oriana Bratkowska: Myślę, że chodzi też o znajomość przepisów. Jeśli na stadion trafi jakiś przechodzień, spojrzy na mecz i nie bardzo wie, o co chodzi, to szybko się nudzi i rezygnuje. Przepisy są zbyt skomplikowane dla przeciętnego kibica. Według mnie, żeby zrozumieć hokej, trzeba naprawdę przynajmniej pół sezonu pochodzić na mecze i wtedy dopiero się wie, z czym to się je. Dlatego fajnie sprawdza się odmiana halowa. Jeśli zapraszamy znajomych, którzy nie mieli styczności z hokejem na trawie, to zawsze polecamy zawody halowe. Gra jest tam niezwykle dynamiczna, pada dużo bramek, a i przepisy są znacznie prostsze do wytłumaczenia. Sam mecz odbywa się na mniejszym boisku, po którym biega też mniej zawodników.
Patrząc z Państwa doświadczenia – wiele dyscyplin sportu upraszcza przepisy. Czy jest zatem jakaś szansa na to, żeby zrobić zasady hokeja bardziej zrozumiałymi dla widza?
PB: Na przestrzeni kilku lat te przepisy cały czas są zmieniane. Śmieję się czasami, że będąc tyle lat w hokeju, niekiedy już sam nie wiem, o co dokładnie chodzi. Bo chociażby na trawie są te przepisy z lobami – jak można piłkę przyjąć, kiedy przeciwnik może doskoczyć do zawodnika. Na hali z kolei cały czas jest obecny przepis dotyczący zamknięcia osoby w narożniku, bo przecież nie można grać górną piłką.
OB: Zmiana przepisów wychodzi zawsze od światowej federacji. Wydaje mi się jednak, że to jest niemożliwe, by uprościć to jeszcze bardziej. Będąc na co dzień w hokeju, nie wyobrażamy sobie, żeby coś jeszcze bardziej zmienić. Dla nas to wszystko jest zrozumiałe i klarowne, mimo tych kilku przepisów, o których tutaj mąż wspomina. Trzeba zatem po prostu poznać tajniki gry, a wtedy, jak się już zrozumie mechanizmy, to się wsiąka. Trzeba dać sobie na to trochę czasu.

Mówiąc żartobliwie, a jednocześnie używając języka czeskiego, połączyła Państwa laska...
PB: Tak, tak! Znamy się z czasów szkolnych, z liceum, bo chodziliśmy do tej samej Szkoły Mistrzostwa Sportowego w Poznaniu. Jestem dwa lata starszy od Oriany. Kończyłem szkołę, żona właśnie zaczynała. Trochę było mnie mało w samej szkole ze względu na to, że ocierałem się już o pierwszą kadrę i miałem bardzo dużo wyjazdów. Znajomość jednak trwała, ale tak naprawdę coś więcej narodziło się dopiero w 2015 roku podczas halowych mistrzostw świata w Lipsku i trwa to szczęśliwie do dzisiaj…
Trwa do dzisiaj, no i owocem tej znajomości jest córeczka.
OB: Tak, córeczka Antosia, która urodziła się w tym roku, dokładnie 10 stycznia. Jest tutaj z nami podczas rozmowy.
Jesteście Państwo wplątani w hokej. Czy on cały czas jest w Państwa życiu?
OB: Tak, siłą rzeczy jesteśmy w nim zanurzeni, ale też kochamy to, co robimy, więc wszędzie ten hokej się z nami naturalną koleją rzeczy przewija. I myślę, że tak już zostanie. Córeczka też będzie grała w hokeja, chociaż mąż mówi, że nie, ale geny będą silniejsze. Poza tym, jak będzie z nami wszędzie jeździła, to po prostu przesiąknie tym sportem. Hokej jest w naszym sercu, jest naszą pasją i nawet teraz, jak nam się życie całkowicie pozmieniało przez córeczkę, to staramy się wszystko podporządkować tak, żeby hokej był obecny, bo jest dla nas niezwykle ważny.
Mam już dla Państwa córki kij hokejowy. Właśnie trzymam go w ręce, bo mam go na biurku – taki wielkości może 15 centymetrów, ale oryginalny, drewniany, firmy Dita.
PB: Dita, dobre kije. Bardzo solidne.
Co takiego jest wyjątkowego w hokeju, że Państwo rzeczywiście tak mocno się z nim związali?
PB: Pochodzę z Rogowa, gdzie właściwie jedyną dyscypliną uprawianą na poważnie jest hokej na trawie, no i można powiedzieć, że w związku z tym nie miałem innego wyjścia... Starszy brat grał w hokeja, wujek grał w hokeja i no, siłą rzeczy... ja też musiałem grać. Nawet nikt mnie do tego nie zmuszał, ale wszyscy w rodzinie wspominają, jak obijałem jakieś budynki piłką. Czekałem z niecierpliwością, żeby móc się wreszcie zapisać do klubu. Kiedy skończyłem siedem lat, złapałem za kij na oficjalnym treningu. Całe dnie spędzałem na boisku i tak mi już zostało do dzisiaj. Obecnie też wszystko podporządkowuję pod to, żeby jednak z tym hokejem być i żyć. Mimo wielu lat w Grunwaldzie, gdzie jeszcze gram, wraz z żoną prowadzimy dodatkowo dziewczyny ze swarzędzkiego klubu Swarek. To są takie nasze sportowe córeczki.
OB: Ciężko to logicznie wytłumaczyć. Tego, powiem szczerze, dla samych pieniędzy się nie robi, bo to jest taka dyscyplina, w której nie liczy się złotówek na koncie, ale ogromnie dużo pozytywów z niej można czerpać. Cały czas patrzę z dumą na rozwój naszych wychowanek. Przecież dwie moje, Jagoda i Marta Czujewicz, zdobyły medale mistrzostw świata. Wtedy serce naprawdę rośnie.

A jak u Pani zaczęła się przygoda ze sportem?
OB: Nie jestem z żadnej rodziny hokejowej ani z miejscowości, gdzie by była tradycja drużyny. Trafiłam do hokeja po prostu w szkole. Grałam w Politechnice Poznańskiej przez całe życie. Ten sport stał mi się bardzo bliski. Naturalnym biegiem zdarzeń w pewnym momencie zaczęłam trenować dziewczynki w Swarku Swarzędz. No i tak jakoś z biegiem czasu moja własna kariera stała się mniej ważna, a bardziej zaczęło mnie interesować i większą radość sprawiać samo trenowanie. Z obecnymi seniorkami, które teraz razem z mężem prowadzimy, sama zaczynałam pracować, jak były jeszcze małymi dziewczynkami w pierwszej klasie, a teraz są na studiach, matury piszą, więc naprawdę bardzo fajnie się patrzy na to, jak się rozwijają sportowo i życiowo. Nie zawsze najważniejszy jest sukces, nie każda z nich będzie mistrzynią świata, ale ważne jest to, kim będą w życiu. Robimy wszystko, by wychowywać je na dobrych ludzi i by radziły sobie w dzisiejszym, trudnym świecie. Myślę, że to też nam wyszło dobrze.
Okazuje się zatem, że można pociągnąć młodych ludzi do zupełnie czegoś innego i pokazać im, że czas można spędzać także w inny, wartościowy sposób.
OB: Tak, udaje nam się to w Swarku, bo nasza sportowa społeczność jest bardzo serdeczna i fajna. Tworzymy sympatyczny klub, gdzie dzieci są najważniejsze. My je trenujemy, ale cała grupa ludzi, która jest w klubie, też jest niezwykle ważna. Służymy sobie pomocą, co by się nie działo, to zawsze można na każdego liczyć i to też jest istotne. Wszyscy dają dużo od siebie, tworząc wyjątkową atmosferę.
Skoro mówimy o klubie Swarek, no to chyba największym sukcesem organizacyjnym jest powierzenie zorganizowania klubowego Pucharu Europy w hali. Jak to się stało, że staliście się gospodarzem?
PB: W zeszłym sezonie zdobyliśmy mistrzostwo Polski. Prezes klubu Robert Rymer, który zawsze dążył do czegoś więcej, rzucił pomysł, by podjąć wyzwanie organizacji Klubowego Pucharu Europy w hali. Wraz z Renatą Solnicą doprowadzili do tego, że zawody tej rangi mieliśmy w lutym właśnie w Swarzędzu. Klub nie ma własnej infrastruktury i tutaj należą się wielkie ukłony dla burmistrza miasta, bo to dzięki niemu to wszystko mogło się wydarzyć.
Czy u Pana wicemistrzostwo świata, a u Pani srebrny i brązowy medal Mistrzostw Europy w hali to są najważniejsze sukcesy, które najbardziej doceniacie?
OB: Dla mnie okres zdobywania medali już minął. To było dawno, wspominam to jako bardzo dobry czas spędzony na boisku z dziewczynami. Dało mi to naprawdę dużo. I nie wyobrażam sobie tych lat spędzonych inaczej. Z biegiem czasu te wartości się jednak zmieniają. Bardziej zależy mi teraz na rozwoju dziewczyn, na rozwoju klubu. I to jest dzisiaj dla mnie znacznie ważniejsze.
PB: Zawsze byłem fanatykiem hokeja. Kiedy w 2003 roku czy w 2007 roku chłopacy zdobywali wicemistrzostwo świata, byłem niesamowicie podekscytowany. Pamiętam, jak grali w Austrii w 2007 – byłem wtedy licealistą. Chodziliśmy na mecze do pubów, oglądać transmisje na Eurosport. A po czterech latach sam znalazłem się w składzie. Dla mnie to wspaniały czas w życiu. Nie dość, że byłem prawie najmłodszy, bo młodszy był ode mnie Krystian Makowski o... cztery dni, to mogłem grać z najlepszymi i przy własnej publiczności w Poznaniu sięgać po taki sukces. Z biegiem czasu, tak jak Orianie, bardziej zależy mi teraz, żeby pracować z adeptkami hokeja.
Jesteście Państwo bardzo dobrym duetem trenerskim. Ponieważ Pan był wybitną postacią, jeśli chodzi o obronę – znalazł się Pan w drużynie dwudziestolecia Polskiego Związku Hokeja na Trawie, a Pani z kolei była prawdziwym łowcą bramek. Jest i obrona, jest i atak.
OB: No tak, chociaż pojedynków jeden na jeden nie robimy, bo po co mamy się potem kłócić, czy mają być jakieś niepotrzebne niesnaski małżeńskie. Doświadczenie i umiejętności z czasów, kiedy graliśmy na arenach międzynarodowych i krajowych, dają nam bardzo dużo w pracy trenerskiej. Gdyby nie to, na pewno byłoby trudniej. Teraz możemy dużo rzeczy przekazać z perspektywy zawodnika.
PB: Myślę też, że jak się komuś coś pokaże w praktyce, to znacznie bardziej trafia do świadomości. Miło jest, jak dziewczyny wtedy mówią z podziwem – wow!

Czy sport przenosicie Państwo do domu?
PB: To już choroba, bo wszyscy nasi znajomi też się kręcą wokół hokeja. Kiedy zapraszamy znajomych do domu, trudno nie rozmawiać o hokeju.
OB: Ja więcej czasu spędzam teraz z córeczką, ale jak mąż wraca do domu, od razu pytam, jak tam trening, jak tam dziewczyny. Żyjemy w tym, więc to normalne, że przenosimy hokej do domu.
A jeżeli nie hokej, to co zajmuje Państwa czas?
OB: Bardzo trudne pytanie. Mąż zdecydowanie wybiera rower. Ogólnie jednak staramy się być aktywni. Jeżeli czas na to pozwala, to lubimy i w góry wyjechać, i nad morze. Takie jesteśmy sportowe małżeństwo, ale mimo wszystko najpierw jest hokej, a potem, jak się coś uda, no to organizujemy aktywny wyjazd, aktywne spędzanie czasu. Góry to takie nasze drugie życie.
Sprawy domowe – kto u Państwa pichci w domu?
OB: W sumie pół na pół, bo ja gotuję. Przede wszystkim jednak mąż robi śniadanka, bo ja lubię sobie pospać, jak tylko można, a mąż jest rannym ptaszkiem. Myślę, że tutaj w tej kwestii jesteśmy tak podzieleni, że współpracujemy. Jeżeli trzeba, to mąż gotuje, jak trzeba, to ja.
W tym roku jakie macie plany poza sportem? Jakiś wypad w góry, ale córka chyba będzie jeszcze zbyt mała?
OB: Teraz mamy gorący okres przygotowań do hali, później wchodzi trawa i mąż musi podporządkować wszystko pod pracę i pod hokej. Na pewno jednak znajdziemy termin na wyjazd i córeczka nie będzie tutaj żadnym przeciwwskazaniem, wręcz przeciwnie – będziemy ją od najmłodszych lat uczyć, że aktywnie spędzamy wolny czas.

Jesteście Państwo troszkę innym małżeństwem, ponieważ bardzo wielu sportowców mówi, że ich dzieci nie będą wyczynowo uprawiać sport, a Państwo odwrotnie do tego podchodzicie.
PB: Na pewno możemy nauczyć dzieci życia w sporcie, a ten naprawdę fajnie kreuje osobowość i daje dużo wartości, które później można przenieść do życia codziennego. Myślę, że trzeba pchać dzieci do sportu i tyle.
OB: Z mężem się czasem sprzeczamy, bo mąż mówi, że Antosia nie będzie grała w hokeja, tylko będzie siatkarką, a ja twierdzę, że i tak będzie grała w hokeja, bo będzie przecież z mamusią na obozy jeździć. Podobnie jak mąż uważam, że sport to nie tylko rywalizacja, ale przede wszystkim chłonięcie wartości, które są uniwersalne, jak obowiązkowość, systematyczność czy uczciwość.
PB: Będąc zawodnikiem Grunwaldu, jeździłem z paroma dowódcami jednostek na zawody i oni zawsze powtarzali, że bardzo lubią żołnierzy-sportowców. Dlaczego? Bo są przygotowani do służby, są obowiązkowi, na nich zawsze można liczyć, można im powierzyć najtrudniejsze zadania i zawsze sobie z tym poradzą. Myślę, że to są fajne słowa, że sportowiec, gdziekolwiek by się nie znalazł, w jakiej pracy by nie był, wszędzie się odnajdzie, zaciśnie zęby i będzie walczył.
OB: Sport to piękna pasja i dzięki temu można też zwiedzić dużo świata. My z mężem sporo zobaczyliśmy, nawiązaliśmy liczne przyjaźnie. To nie tylko ta rywalizacja i miejsca na podium, ale cała otoczka wokół sportu chyba jest jeszcze ważniejsza niż same medale. Pamięta się te najfajniejsze momenty, które się spędziło wspólnie z drużyną.
Pasja do hokeja na trawie to w rodzinie Bratkowskich coś więcej niż zawód – to fundament ich wspólnego życia. Choć sport ten wciąż walczy o medialną uwagę, dla nich jest szkołą charakteru, którą zamierzają przekazać kolejnemu pokoleniu.