Świat pełen rumieńców
Jesień to pora roku, w której osławiony chlorofil rozkłada się w liściach, a powstałe związki pochodne tworzą takie wrażenia wizualne, których nie sposób przeoczyć i w innym okresie roku próżno byłoby szukać w tej skali.

TEKST i ZDJĘCIE: dr Dawid Tatarkiewicz
A rozpoczęło się to wszystko zupełnie niewinnie i to jeszcze latem. Będąc w górach, pierwsze przebarwione liście widziałem już gdzieś na przełomie lipca i sierpnia. Leżąc na ziemi, wśród ewidentnej dominanty dookolnej zieleni, wyraźnie rzucały się w oczy i już wtedy nieśmiało sygnalizowały, że lato nie będzie trwało wiecznie. To trochę jak spostrzeżony „pierwszy siwy włos na (…) skroni”. Ten również informuje o nieuchronnym upływie czasu.
Napisałem wyżej o „osławionym chlorofilu”, gdyż jest to pewnie jedna z nielicznych substancji chemicznych, którą wszyscy poznajemy na lekcji biologii i której nazwę pamiętamy przez całe życie. I to niezależnie od stopnia sympatii do wspomnianego przedmiotu szkolnego oraz jego nauczyciela.
Na wsi
Jesień miałem okazję oglądać przez chwilę w jej pozamiejskiej szacie. Poważna rodzinna uroczystość poskutkowała koniecznością przemieszczenia się na tereny, które mają ten walor, że sprzyjają spokojnemu podziwianiu świata przyrody – a więc w okolice obszarów wiejskich. W przerwie w biesiadowaniu wybraliśmy się na spacer, który miał wspomóc trawienie (rzecz nieodzowna przy staropolskiej gościnności).
Owszem, w szczegółowej prognozie pogody na ten dzień, opartej na poważnych modelach matematycznych, opady były przewidywane, ale dopiero wieczorem. Nie muszę więc chyba dodawać, że ściana deszczu, którą zobaczyłem niby to daleko na horyzoncie, dość szybko przemieściła się i mimo wczesnego popołudnia potraktowała nas wszystkich rzęsistym i chłodnym prysznicem. Oczywiście, nie bacząc na żadne wcześniejsze ustalenia zwane prognozą pogody.
Po pierwszej fali deszczu humory jeszcze nam względnie dopisywały. Niemniej, po zetknięciu się z drugą jego falą, stwierdziliśmy zgodnie, że ta pierwsza w zupełności by nam wystarczyła. Powiedzmy sobie szczerze: po drugiej części tego spektaklu czuliśmy się troszkę jak przysłowiowe zmokłe kury… No i, jak to w życiu, gdy dochodziliśmy do domu, szykowało się właśnie piękne przejaśnienie. Zamiast jednak rozłożyć ręce na właśnie wychodzącym słońcu, by się osuszyć, jak czynią to – tyle że rozkładając skrzydła – kormorany, zamiast więc rozłożyć ręce, umknęliśmy co prędzej pod gościnny dach gospodarzy, gdzie przebraliśmy się w suche rzeczy.
Na osmaganych wiatrem twarzach pojawiły się rumieńce, nawiązujące kolorami do przebarwionych tu i ówdzie liści. I pomyśleć, że tego samego dnia, rankiem, w słoneczku, szedłem sobie po chodniku przy ulicy i podziwiałem budzący się dzień. Wyrazy zachwytu artykułowały wówczas również spotykane w okolicy ptaki. A to śpiewające radośnie, niemal jak na wiosnę, szpaki, a to podśpiewujący w rześkim powietrzu poranka kopciuszek. Do tego, gdzie nie spojrzałem, dostrzegałem charakterystyczne sylwetki synogarlic – a to siedzących osobników, a to takich, które przemieszczały się, że tak powiem, w lot. Teraz (świeżo po deszczu) nie było po nich śladu albo tylko moja percepcja niekoniecznie była ukierunkowana na ich wypatrywanie.
W mieście
Trzy dni później miałem okazję przejść się po miejskich terenach zielonych (cóż, teraz raczej – kolorowych). Tym razem prognoza pogody w ogóle nie przewidywała opadów atmosferycznych. Niemniej, jako że w ostatnim okresie mokłem – rzecz jasna: wbrew suchym prognozom – dwukrotnie, tym razem schowałem w kieszeni złożony parasol.
Stada szpaków w formie malowniczych chmar (czy może wręcz chmur) tańcowały po niebie, które to, niby rozpogodzone, wydawało się jednak jakieś niepewne. Prawdziwe chmury również się na nim pojawiały, aż w końcu przejęły kontrolę nad okolicą. Zrobiło się ciemnawo i kilka minut po tym, jak wygłosiłem tezę, że może z nich padać, pierwsze krople zagościły na naszych twarzach.
Postanowiliśmy schronić się pod drzewami. Baldachim ich liści był jeszcze na tyle obfity, że skutecznie nas chronił przed kroplami deszczu. Do czasu… Do czasu, aż obfitość jego kropel przekroczyła obfitość liści. Wtedy przyszedł czas na rozłożenie parasola. Na chwilkę, ale przydał się. Na zakończenie tej peregrynacji, na tle stalowoszarego nieba, wyleciały zza lasu dwa małe klucze gęsi, które zespoliły się na moich oczach w jeden.
Taka to już jest ta nasza polska jesień. Kapryśna, nieprzewidywalna, bywa, że złota, to znowu bez ostrzeżenia zapraszająca do tańca ze spadającymi w silnych podmuchach wiatru liśćmi. A i to czasem jej mało i bywa, że przekropi lub wprost zleje deszczem. Jako że tekst ten ukaże się w listopadzie, można śmiało założyć, że do swojego repertuaru dołoży jesień przymrozki, a kto wie, czy nie pojawi się pierwszy (i drugi, i kolejny?…) śnieg.
Podczas swoich jesiennych spacerów długo szukałem motywów, które nadałyby się na fotografię przewodnią do tego tekstu. Wreszcie znalazłem zarumieniony winobluszcz. Cieszmy się kolorami, nim w krajobrazie zapanuje biel.