Najnowszy numer SUKCESU już dostępny 🌞 Sukces po poznańsku to najpopularniejszy magazyn lifestylowy o Poznaniu 🌞  

Organizator:

Święty Marcin: Poznański Broadway o zapachu białego maku

Podziel się

Gdyby Poznań miał duszę, jej adresem byłby Święty Marcin. To nie jest zwykła ulica – to kręgosłup miasta, po którym jak po słojach drzewa można odczytać wieki historii.

 

TEKST: Elżbieta Podolska

 

Gdyby ulice potrafiły opowiadać historie, Święty Marcin nie tylko by mówił, ale prawdopodobnie recytowałby poezję, nucił arie operowe i przekomarzał się z nami w soczystej gwarze poznańskiej. To najbardziej wielkomiejska z tutejszych arterii – ulica, która nie kłania się nikomu, a jednocześnie zaprasza każdego na spacer będący podróżą w czasie. Od średniowiecznej osady, przez pruski monumentalizm i powstańczą dumę, aż po neonowy modernizm – zapraszam Was na wyprawę przez kręgosłup Poznania.

Naszą wędrówkę zaczynamy od zachodniej bramy śródmieścia – od Mostu Uniwersyteckiego. To tu najlepiej czuć skalę miasta. Stojąc na moście, mamy pod stopami jedną z najważniejszych magistral kolejowych łączących Berlin z Warszawą, a przed sobą perspektywę, która przypomina, że Poznań od zawsze aspirował do bycia europejską metropolią. To idealne miejsce, by złapać głęboki oddech i spojrzeć na panoramę wież, zanim zanurzymy się w gęstą tkankę architektury.

Nowa scena i muzyczny puls ulicy

Zaraz za mostem natkniemy się na ogromny plac budowy. To tutaj rodzi się nowa legenda – Teatr Muzyczny. Ma to być największa tego typu placówka w Polsce, zdolna pomieścić ponad tysiąc widzów na najbardziej spektakularnych musicalach świata. Poznań od dekad czekał na taką przestrzeń. Nowoczesna, przeszklona bryła teatru, która wkrótce tu stanie, dopełni reprezentacyjny charakter ulicy, czyniąc z jej zachodniego krańca prawdziwe centrum sztuki performatywnej. Zresztą muzyka od zawsze jest tu obecna w sposób niemal namacalny. Tuż obok wznosi się gmach Akademii Muzycznej im. Ignacego Jana Paderewskiego. Jeśli przystaniecie na chwilę pod jego neorenesansowymi oknami, prawdopodobnie usłyszycie ćwiczących studentów – dźwięki fortepianu, operowe pasaże czy sekcje dęte mieszają się tu z szumem miasta, tworząc unikalny soundtrack Świętego Marcina.

 

Dzielnica Cesarska: architektura jako manifestacja potęgi

Tuż za mostem wkraczamy w obszar dawnej Dzielnicy Cesarskiej (Kaiserviertel). To unikat na skalę światową – spójne urbanistycznie założenie, które miało udowodnić całemu światu (a zwłaszcza Polakom), że Poznań jest nowoczesnym, niemieckim miastem rezydencjonalnym. Po wyburzeniu dawnych fortyfikacji Twierdzy Poznań i zburzeniu Bramy Berlińskiej w 1901 roku, otwarto tu przestrzeń, która dziś zapiera dech w piersiach każdemu turyście.

Dominantą jest oczywiście Zamek Cesarski. Wygląda, jakby został przeniesiony wprost z mrocznej baśni braci Grimm, ale jego historia jest aż nadto realna. Wzniesiony w latach 1905–1910 dla Wilhelma II, jest ostatnią i najmłodszą rezydencją monarszą w Europie. Styl neoromański wybrano nieprzypadkowo – miał budzić skojarzenia z dawną potęgą i trwaniem.

Spacerując po zamkowych korytarzach, warto zwrócić uwagę na paradoks tego miejsca. Z jednej strony mamy tu kunsztowne mozaiki w kaplicy i reprezentacyjną Salę Tronową, z drugiej – ślady drastycznej przebudowy z czasów II wojny światowej. To wtedy zamek miał stać się rezydencją Hitlera. Architekt Albert Speer zaprojektował wnętrza surowe, przytłaczające, pełne marmurów i monumentalizmu. Dziś CK Zamek to tętniące życiem centrum kultury. W dawnych pokojach cesarskich oglądamy wystawy sztuki współczesnej, a w Sali Wielkiej słuchamy koncertów i oglądamy filmy. To fascynujący dowód na to, jak Poznań „odczarował” budynek, który pierwotnie miał być symbolem dominacji, a stał się wspólną przestrzenią twórczą.

Gdzie historia krzyczy: Muzeum Czerwca ’56

Zejdźcie do przyziemia Zamku, bo tam czeka lekcja pokory, która zdefiniowała tożsamość współczesnych poznaniaków. Muzeum Powstania Poznańskiego – Czerwiec 1956. To nie jest kolejna nudna wystawa. To multimedialna, gęsta od emocji opowieść o robotnikach, którzy jako pierwsi w bloku wschodnim odważyli się wyjść na ulicę i krzyknąć: „Chcemy chleba i wolności!”.

Ekspozycja pozwala poczuć grozę tamtych dni niemal fizycznie. Można tu usłyszeć ogłuszający huk czołgów, które wjechały na ulice Poznania, zobaczyć autentyczne transparenty pisane na prześcieradłach i najbardziej poruszający eksponat – zakrwawioną koszulę trzynastoletniego Romka Strzałkowskiego. Muzeum uświadamia, że to właśnie tutaj, pod oknami Zamku, rozegrały się sceny, które były pierwszym realnym pęknięciem na murze komunistycznego systemu w Europie Środkowej.

 

Kod do wolności: Centrum Szyfrów Enigma

Zanim dojdziemy do najstarszej części ulicy, musimy zatrzymać się w Collegium Historicum. To miejsce, gdzie historia nauki zmienia się w pasjonujący thriller szpiegowski. Właśnie tutaj, w dawnym gmachu komitetu partii (co jest wyborną ironią losu!), mieści się Centrum Szyfrów Enigma.

To hołd dla trzech wybitnych matematyków: Mariana Rejewskiego, Jerzego Różyckiego i Henryka Zygalskiego. To oni, absolwenci Uniwersytetu Poznańskiego, jako pierwsi złamali kod niemieckiej maszyny szyfrującej. Muzeum jest genialnie zaprojektowane – możecie sami spróbować złamać szyfr, dowiedzieć się, jak działała „bomba kryptologiczna” i poczuć autentyczną dumę z faktu, że to poznańska szkoła matematyczna skróciła II wojnę światową o lata. To lekcja o tym, że największą bronią świata nie zawsze jest stal, lecz ludzki intelekt.

Dowództwo Powstania Wielkopolskiego

Po drugiej stronie ulicy pod numerem 71 znajduje się kamienica Hotelu Royal, która ma bardzo bogatą historię, także tę związaną z Powstaniem Wielkopolskim. Na początku działała tam destylarnia Jana Świtalskiego, potem także niewielki hotel. W dniach 28 grudnia 1918 r. do 18 stycznia 1919 r. w hotelu działało dowództwo główne Powstania Wielkopolskiego, skąd kierowali walkami Stanisław Taczak, Stanisław Łaciński oraz Bogdan Hulewicz. Pomieszczenia hotelowe były oznaczone tabliczkami informacyjnymi, a drzwi zamknięte, aby zapewnić dyskrecję działania sztabu. Hotel Royal był świadkiem wielu ważnych wydarzeń historycznych i od 1994 roku funkcjonował jako hotel, prezentując swoją przeszłość.

Alfy: modernistyczny manifest czy betonowa blizna?

Gdy miniemy skrzyżowanie z ulicą Gwarną, krajobraz gwałtownie się zmienia. Wchodzimy w strefę Domów Towarowych Alfa. Pięć wieżowców z lat 60. i 70. to jeden z najbardziej charakterystycznych, a zarazem kontrowersyjnych punktów Poznania. Zaprojektowane przez Jerzego Liśniewicza na miejscu zburzonych podczas wojny kamienic, miały nadać miastu nowoczesny, „zachodni” sznyt i być odpowiedzią na potrzeby nowoczesnego konsumpcjonizmu socjalistycznego.

Dla architektów Alfa to podręcznikowy przykład modernizmu – lekkie konstrukcje, szklane elewacje, rytm pionów. Dla mieszkańców przez lata były symbolem brutalnej ingerencji w dawną zabudowę. Jednak teraz powoli wieżowce odzyskują blask i szacunek. W ich dwukondygnacyjnym łączniku, gdzie dawniej polowano na modne buty, ciuchy, sprzęt AGD, meble, dziś otwierają się nowoczesne kawiarnie, hotele i lokale gastronomiczne. To miejsce dowodzi, że Poznań potrafi łączyć historię z odważną architekturą powojenną, tworząc z nich spójną, choć nieoczywistą całość.

 

Secesja, która uwodzi detalem

Mijając nowoczesne biurowce, warto czasem podnieść wzrok ponad witryny znanych sieciówek. Pod numerem 69 znajdziemy absolutne arcydzieło – secesyjną kamienicę projektu Oskara Hoffmanna. Jej fasada kipi od organicznych form, płynnych linii i roślinnych ornamentów. To tutaj mieściła się niegdyś redakcja poczytnej gazety, a sama architektura śmiało konkurowała kunsztem z najlepszymi realizacjami w Wiedniu czy Paryżu.

Święty Marcin skrywa mnóstwo takich mikro-historii. Pod numerem 28 urządzono w 1931 roku pierwszy w mieście schron gazowy. Pod numerem 32 działał kiedyś nowoczesny salon samochodowy, z którego wyjechały pierwsze w Poznaniu lakierowane na czerwono taksówki, budząc sensację wśród przechodniów. Każda brama, każde podwórko to oddzielny rozdział o poznańskiej rzetelności, fantazji i wielkim świecie, który tu zawsze zaglądał.

Tam, gdzie czas zastyga: Kościół św. Marcina

Wschodnia część ulicy staje się węższa, bardziej intymna. To tutaj bije najstarsze, średniowieczne serce tej okolicy. Kościół pw. św. Marcina to budowla, od której wszystko się zaczęło. Historia osady wokół niego sięga XII wieku, a sama nazwa ulicy (pamiętajcie: to Święty Marcin, nie Świętego Marcina!) wywodzi się bezpośrednio od nazwy dawnego przedmieścia.

Koniecznie wejdźcie do środka. Ten gotycki kościół to azyl spokoju. Choć mocno ucierpiał w 1945 roku, został odbudowany z wielką pieczołowitością. W trakcie prac remontowych prowadzonych w ostatnich latach został odkryty grobowiec z roku 1870. Wiemy, że jest w nim pochowany ksiądz dziekan Maksymilian Kamieński, proboszcz św. Marcina w latach 1834–1870. Stan grobowca zachowany jest dość dobrze, nie uległ zniszczeniu w czasie bombardowania w roku 1945, kiedy kościół zburzono w ponad 90%. Trumna, w której leży zmarły proboszcz, jest z cyny angielskiej i szkła źródlanego (informacja z testamentu zmarłego). Trwają prace inwentaryzacyjne grobowca. Ksiądz Kamieński uchronił kościół przed przejęciem przez władze pruskie, wspomagał chorych na epidemię cholery, poświęcił wiele środków na remont świątyni. W czasie jego duszpasterzowania w Kościele św. Marcina sprawowana była pierwsza msza św. za śp. Adama Mickiewicza (15.01.1856 r.) w Polsce, a w 1859 r. postawiono przy kościele pierwszy pomnik Mickiewicza na ziemiach polskich.

11 listopada: dzień, w którym Poznań pachnie lukrem

Nie można w pełni zrozumieć fenomenu tej ulicy, nie odwiedzając jej 11 listopada. Podczas gdy w reszcie kraju obchody Święta Niepodległości mają charakter podniosły i uroczysty, Poznań wybiera radosną eksplozję kolorów i smaków. To wtedy odbywają się legendarne Imieniny Ulicy Święty Marcin.

Przez całą długość traktu ciągnie barwny korowód szczudlarzy, artystów i mechanicznych instalacji. Na białym koniu, w stroju rzymskiego legionisty, jedzie sam święty Marcin. Przed Zamkiem prezydent miasta przekazuje mu klucze do bram – to symboliczny moment, w którym władzę nad Poznaniem przejmuje dobra zabawa i wspólnota.

To wtedy ulica pachnie najbardziej specyficznie na świecie – mieszanką białego maku, orzechów, wanilii i lukru. Rogale Świętomarcińskie to kaloryczna bomba, której nie da się (i nie wolno!) się oprzeć. Legenda mówi o piekarzu, który zainspirowany postawą patrona dzielącego się płaszczem z biednym, postanowił upiec coś wyjątkowego dla potrzebujących. Kształt podkowy, którą zgubił koń świętego, stał się formą dla słodkiego przysmaku. Dziś rogal jest chroniony unijnym certyfikatem, a w dniu imienin Poznaniacy zjadają ich kilkaset ton. To bez wątpienia najsmaczniejszy przejaw patriotyzmu w Europie.

Ulica, która nigdy nie zasypia

Święty Marcin to Poznań w pigułce. Jest tu wszystko: od gotyckich murów, przez pruski rygor i modernistyczny rozmach, aż po współczesną energię. Ta ulica skrywa jeszcze wiele mniejszych tajemnic, jak podwórka-studnie czy zapomniane detale na klatkach schodowych.

Po niedawnej generalnej rewitalizacji ulica stała się prawdziwym „salonem miasta”. Zniknęły barierki, pojawiło się mnóstwo nowo posadzonych drzew, wygodnych ławek i szerokich chodników.

Dziś Święty Marcin to miejsce spotkań pokoleń. Można tu pójść do kultowego Kina Muza (działającego nieprzerwanie od 1908 roku!), zjeść doskonałą kolację w jednej z modnych restauracji serwujących dania z całego świata, czy po prostu przysiąść na schodkach Zamku i poczuć puls metropolii. To ulica, która udowadnia, że miasto to żywy organizm – zmienia się, ewoluuje, miewa trudniejsze momenty, ale zawsze odradza się piękniejsza. Jeśli chcecie zrozumieć duszę Poznania, musicie spędzić weekend właśnie tutaj. I koniecznie zjedzcie rogala – bo bez niego wizyta na Świętym Marcinie po prostu się nie liczy.