Szalone marzenie z receptą na odpowiedzialność
W świecie, w którym zwierzęta coraz częściej stają się pełnoprawnymi członkami rodziny, rośnie też świadomość opiekunów i oczekiwania wobec lekarzy weterynarii. O odwadze, profilaktyce i codziennej uważności rozmawiamy z lek. wet. Karoliną Dębską.

ROZMAWIA: Weronika Rogowska
ZDJĘCIA: Archiwum prywatne
Własna klinika weterynaryjna w młodym wieku – odwaga, marzenie czy szaleństwo?
Karolina Dębska: Ten „młody wiek” to oryginalny komplement, dziękuję. To szaleństwo, zdecydowanie szaleństwo. Ale dobrze mieć w szaleństwie kompana, a moim kompanem jest moja siostra Magdalena. Pomogła mi spełnić to szalone marzenie i dziś to już nasz wspólny obłęd. Ogrom wsparcia ze strony najbliższych dodał nam odwagi, by rzucić się w wir pracy i na chwilę zapomnieć o ryzyku.
Pamięta Pani moment, kiedy pomyślała: „Robię to po swojemu”?
Od zawsze wiedziałam, że będę to robić po swojemu. Pamiętam, jak pewnego dnia wróciłam do domu po ciężkiej zmianie i oznajmiłam to mojemu kotu – a kot przekonał siostrę… A tak już zupełnie poważnie: szłam na studia z myślą, że w przyszłości albo otworzę własną placówkę, albo rozpocznę karierę naukową. Prowadząc przychodnię, mogę równolegle realizować wymarzone badania kliniczne in situ.

Zwierzęta coraz częściej nazywamy „dziećmi” – czy to widać też w gabinecie?
W gabinecie widać ogromną troskę i szczególny rodzaj miłości do zwierząt, którego nie myliłabym z miłością rodzica do dziecka. Inaczej kochamy córkę, inaczej przyjaciela, jeszcze inaczej babcię, a w inny sposób kota, który towarzyszy nam od kilkunastu lat. Określenia „psie” czy „kocie dziecko” to często językowy skrót, oddający wielkość odpowiedzialności, jaką czujemy za podopiecznych. Widać determinację, by nie zaniedbać, by nie powiedzieć sobie: „mogłem, a nie pomogłem”. Przypomina mi się cytat z „Małego Księcia”: „Stajesz się odpowiedzialny na zawsze za to, co oswoiłeś”. Większość osób nie potrafi biernie patrzeć na cierpienie bezradnego stworzenia, a poziomem bezradności w chorobie zwierzęta rzeczywiście przypominają dzieci.
Czy dzisiejszy opiekun to już bardziej świadomy partner w dbaniu o zdrowie pupila niż tylko właściciel?
Niezwykle świadomy. Wiedza naukowa i kliniczna jest dziś na wyciągnięcie ręki, dlatego coraz łatwiej współpracuje mi się z opiekunami. Podczas wizyty dążymy do wspólnego celu, jakim jest poprawa jakości i długości życia pacjenta. Szczegółowo wyjaśniam proponowane procedury i pozostawiam wybór w rękach klienta. Synergia między moją pracą a zaangażowaniem opiekunów gwarantuje wzajemne zrozumienie – a wtedy leczenie jest sprawne i skuteczne.
Kiedyś do weterynarza szło się „jak już było źle”. Czy ten schemat naprawdę odchodzi do lamusa?
Stwierdzenie, że lepiej zapobiegać niż leczyć, zdecydowanie zajęło dziś centralne miejsce w myśleniu o opiece nad zwierzętami. Prewencja jest bardziej efektywna, wymaga mniej zaangażowania ze strony opiekuna, a przede wszystkim zapewnia realny dobrostan zwierzęcia. Nie naraża go na dyskomfort, cierpienie i nieodwracalne skutki choroby, a właściciela – na stres i wysokie koszty diagnostyki oraz leczenia. Profilaktyka jest po prostu bardziej ekonomiczna i przynosi lepsze efekty w długiej perspektywie. Oczywiście wciąż część pacjentów trafia do lekarza za późno – czyli wtedy, gdy choroba jest już tak rozwinięta, że nie jesteśmy w stanie odwrócić jej skutków.

Czy zdarza się Pani pomyśleć: „Gdyby przyszli miesiąc wcześniej…”?
Zdarza się. Wciąż zbyt często.
Co dziś oznacza dbanie o zwierzaka „na serio” – poza miską dobrej karmy i spacerem?
To codzienna, uważna obserwacja podopiecznego i wiedza na temat potrzeb jego gatunku. Zwierzęta maskują objawy chorób – to naturalny mechanizm przetrwania. Dlatego zalecam opiekunom proste, cykliczne rytuały, które pozwalają wcześnie wychwycić niepokojące sygnały.
Najważniejsze z nich to monitorowanie apetytu – zarówno jego braku, jak i nadmiernego czy „spaczonego”, gdy zwierzę zjada niejadalne przedmioty; obserwacja ilości wypijanej wody oraz częstotliwości oddawania moczu; kontrola konsystencji kału i częstości wypróżnień; regularne sprawdzanie brzucha pod kątem twardości czy wzdęć; ważenie przynajmniej raz w miesiącu, bo zmiana masy ciała to obiektywny wskaźnik zdrowia.
Warto też zwracać uwagę na sposób oddychania, tolerancję wysiłku, chęć do ruchu i zabawy, symetrię ciała oraz chód. Należy kontrolować reakcję na dotyk, stan skóry i okrywy włosowej, zaglądać do uszu, sprawdzać zapach z jamy ustnej, stan dziąseł i uzębienia. Wszelkie nietypowe wypływy z otworów ciała powinny być sygnałem ostrzegawczym.
Regularne odrobaczanie, badania kału, ochrona przeciw pasożytom zewnętrznym oraz szczepienia to absolutna podstawa. Leczę wiele zwierząt, które nie zachorowałyby, gdyby były systematycznie szczepione. Warto też zapisywać nietypowe zdarzenia i omawiać je podczas wizyt kontrolnych. Nie należy ignorować nadreaktywności, agresji, nadmiernego lęku, chowania się czy załatwiania w nietypowych miejscach. To często nie są wyłącznie problemy behawioralne, lecz sygnały poważnych zaburzeń zdrowotnych. Kiedy pojawiają się wyraźne objawy, organizm zwierzęcia często wyczerpał już swoje mechanizmy kompensacyjne.

Badania krwi, przegląd zębów, kontrolne USG – brzmi jak pakiet dla człowieka. Czy dla zwierząt to już norma?
To dobre czasy dla zwierząt. Gdy byłam dzieckiem, mało kto zastanawiał się, co może dolegać naszemu psu. Żył, jadł, miał budę i po prostu był – nawet jeśli cierpiał z powodu biegunki, kleszczy czy zepsutych zębów. Dziś odrobaczyłabym go, zaszczepiła, wyleczyła uzębienie, a na starość wdrożyła leczenie kardiologiczne, by mógł żyć w komforcie kilka lat dłużej.
Zwierzę nie powie „tu mnie boli” – zazwyczaj choruje w ciszy. Dlatego badania obrazowe, ultrasonografia, morfologia i biochemia krwi czy badania mikroskopowe są dla nas niezbędnymi narzędziami. W przychodni postawiłyśmy na najwyższej jakości sprzęt diagnostyczny i laboratoryjny, bo w weterynarii nie można na tym oszczędzać.
Internet to przyjaciel czy wróg lekarza weterynarii? Ile razy słyszy Pani: „Bo w Google pisali…”?
Internet jest przyjacielem – pod warunkiem że potrafimy odróżniać opinie od faktów i krytycznie weryfikować źródła. Jest coraz więcej wartościowych treści, choć opiekunowie czasem gubią się w popularnonaukowych artykułach przeplatanych reklamami. Łatwo zginąć w informacyjnym szumie pełnym sprzeczności, a na skomplikowane pytania rzadko istnieją proste odpowiedzi.

Co chciałaby Pani zmienić w świadomości opiekunów w najbliższych latach?
Chciałabym, by jeszcze mocniej wybrzmiało to, że łatwiej, szybciej i taniej jest nie dopuścić do choroby, niż ją leczyć. Nie znaleźliśmy leczenia przyczynowego większości chorób – ani u zwierząt, ani u ludzi. Potrafimy łagodzić objawy, spowalniać rozwój schorzeń i poprawiać komfort życia, ale medycyna, także weterynaria, ma swoje granice.
Odwaga w biznesie i codzienna pokora wobec natury spotykają się tu w jednym punkcie – odpowiedzialności za tych, którzy sami o pomoc nie poproszą.