Najnowszy numer SUKCESU już dostępny 🌞 Sukces po poznańsku to najpopularniejszy magazyn lifestylowy o Poznaniu 🌞  

Organizator:

Szpital, który działa jak dobrze zgrany zespół

Podziel się

Nie jest lekarzem, a jednak doskonale odnajduje się w świecie medycyny. Zarządza szpitalem jak nowoczesną firmą, ale z pełną świadomością jego wyjątkowej misji. O przywództwie, pracy zespołowej i stawianiu pacjenta na pierwszym miejscu rozmawiamy z Martą Halke-Markiewicz – Prezeską Zarządu Szpitala Podolany.

 

ROZMAWIA: Monika Kanigowska

ZDJĘCIA: Piotr Pasieczny Fotobueno

[Współpraca reklamowa]

 

Ile lat działa już Szpital Podolany?

Marta Halke-Markiewicz: Szpital funkcjonuje już od 15 lat – co w realiach prywatnej ochrony zdrowia stanowi naprawdę imponujący staż. Został założony przez prof. Witolda Szyftera we współpracy z przedsiębiorcą Andrzejem Cichowskim. Początkowo działał jako Poznańskie Centrum Otolaryngologii, koncentrując się wyłącznie na prywatnych zabiegach laryngologicznych. Z biegiem czasu oferta placówki stopniowo się poszerzała. Kolejni menedżerowie wnosili własne koncepcje rozwoju, a szpital rozpoczął także świadczenie usług w ramach Narodowego Funduszu Zdrowia. Przez trzy lata realizowaliśmy kontrakty na operacje otolaryngologiczne u dzieci, głównie zabiegi migdałków.

Pani objęła prowadzenie szpitala stosunkowo niedawno, prawda?

Tak, w kwietniu 2025 roku zostałam Dyrektorem Generalnym, a od stycznia 2026 roku pełnię funkcję Prezesa Zarządu. Od samego początku moim zadaniem była rewitalizacja placówki oraz wyprowadzenie jej z trudnej sytuacji finansowej. Na starcie dysponowaliśmy jedynie jedną czynną salą operacyjną – druga pozostawała niewyposażona, a nowa część oddziału była całkowicie nieaktywna, bez hospitalizowanych pacjentów. Stopniowo uruchomiliśmy drugą salę operacyjną, włączyliśmy do funkcjonowania nową część oddziału oraz przeprowadziliśmy remont sal chorych. Wprowadziliśmy także dodatkowe udogodnienia, takie jak kuchnia dla pacjentów czy kącik z książkami, aby szpital stał się miejscem bardziej przyjaznym, zwłaszcza dla dzieci. Te zmiany nie byłyby możliwe bez fantastycznego zespołu. Pracują ze mną ludzie, na których wsparcie mogę zawsze liczyć, a ja z kolei staram się tworzyć atmosferę otwartości i zaufania – taką, w której każdy może zwrócić się do mnie zarówno z kwestiami zawodowymi, jak i osobistymi.

W tej chwili działacie jako szpital prywatny?

Tak, od sierpnia 2025 roku szpital funkcjonuje wyłącznie w modelu komercyjnym. Nasza działalność operacyjna obejmuje zabiegi z zakresu otolaryngologii, chirurgii ogólnej oraz chirurgii naczyniowej. Współpracujemy również z chirurgami plastycznymi, realizując m.in. operacje bariatryczne, implantacje piersi, korekcje nosa oraz liposukcje. Konsekwentnie dążymy do tego, aby oferta placówki była jak najszersza. Obecnie jesteśmy także w trakcie finalizowania umów ze stomatologami, co pozwoli nam wykonywać zabiegi w znieczuleniu ogólnym – między innymi u pacjentów z dentofobią oraz u dzieci z zaburzeniami ze spektrum autyzmu lub zespołem Aspergera, u których leczenie w standardowych warunkach bywa szczególnie trudne.

 

Dużo mówi Pani o dzieciach i ich komforcie. Czy to ważny kierunek rozwoju szpitala?

Zdecydowanie tak. Jesteśmy silnie ukierunkowani na laryngologię dziecięcą, a moim osobistym marzeniem było stworzenie miejsca, do którego dziecko trafia bez lęku i traumy. Szpital z natury budzi stres, dlatego zaczęliśmy od tego, co najbardziej widoczne – od przestrzeni. Dziś mamy sale tematyczne: dżunglę, króliczki. Zachowujemy oczywiście biały, sterylny i bezpieczny charakter, ale jednocześnie staramy się, by było mniej „szpitalnie” i mniej strasznie. Dopełnieniem są kolorowe kitle zespołu pielęgniarskiego oraz empatyczne podejście, na które kładę ogromny nacisk.

Zawsze powtarzam pracownikom, że w tym miejscu najważniejszy jest pacjent. Każdy z nas miewa trudniejsze dni czy zmęczenie, jednak profesjonalizm polega na tym, by nigdy nie przenosić własnych emocji na osoby, które nam zaufały. I to podejście naprawdę przynosi efekty. Największą radość sprawiają mi opinie, które słyszę przy porannych wypisach pacjentów: „Nigdy pani nie zapomnę”, „Miałam tu wspaniałą opiekę”. Dla mnie, jako prezesa, to ogromna motywacja do dalszego rozwoju szpitala, ale także do troski o zespół i systematycznego poprawiania warunków jego pracy. Staram się doceniać ludzi również drobnymi gestami – czasem wspólną pizzą, czasem nowymi gadżetami. Mój zespół szczególnie lubi długopisy, więc pielęgniarskie długopisy też się pojawiają. To drobiazgi, ale właśnie one budują dobrą atmosferę.

Od czego zaczęła Pani zmiany?

Przede wszystkim od finansów i uporządkowania kosztów – bez tego nie byłoby możliwe żadne dalsze działanie. Pierwszym krokiem była szczegółowa analiza wydatków, umów i procesów funkcjonujących w szpitalu. Sprawdzaliśmy, gdzie koszty są uzasadnione, a gdzie wynikają z przyzwyczajeń lub nieefektywnych rozwiązań. W wielu obszarach udało się je zoptymalizować: renegocjowaliśmy umowy z dostawcami, uporządkowaliśmy gospodarkę materiałową, wprowadziliśmy większą kontrolę nad zakupami i lepsze planowanie wykorzystania zasobów. Zależało mi na tym, by ograniczanie kosztów nie odbywało się kosztem jakości leczenia ani komfortu pacjentów. Wręcz przeciwnie – oszczędności miały stworzyć przestrzeń na inwestycje tam, gdzie są one naprawdę potrzebne. Równolegle zaczęliśmy więc wdrażać zmiany, które nie wymagały dużych nakładów finansowych, a miały realny wpływ na atmosferę i odbiór szpitala. Choć mój zespół jest wyjątkowy, moje podejście do zarządzania w dużej mierze wynika z osobistych doświadczeń. W życiu wielokrotnie bywałam w szpitalach – jako pacjentka lub osoba towarzysząca bliskim. Zbyt często spotykałam się tam z brakiem empatii, zrozumienia i niepotrzebną opryskliwością personelu. Nigdy nie przypuszczałam, że znajdę się w miejscu, w którym będę mogła realnie to zmieniać – tym bardziej, że nie posiadam wykształcenia medycznego.

 

Pani zawodowa droga do zarządzania szpitalem nie była oczywista.

Zdecydowanie tak. Nie posiadam wykształcenia medycznego i przez długi czas w ogóle nie wiązałam swojej przyszłości z ochroną zdrowia. Po studiach rozpoczęłam pracę w Orkiestrze Kameralnej Polskiego Radia Amadeus, gdzie przez pięć lat zajmowałam się impresariatem artystycznym. Było to środowisko bardzo odmienne od tego, w którym funkcjonuję dziś. Później nastąpił istotny zwrot zawodowy – trafiłam do spółki biotechnologicznej, która z czasem została przejęta przez Grupę Diagnostyka. To właśnie tam zaczęłam intensywnie uczyć się zarządzania: realizowałam różnorodne projekty, obejmowałam kolejne stanowiska i stopniowo brałam na siebie coraz większą odpowiedzialność. Z czasem, działając z ramienia prezesa grupy, wspierałam również inne spółki z jej portfela, pomagając w ich aktywizacji, porządkowaniu procesów i dalszym rozwoju.

Po drodze była jeszcze praca w amerykańskiej firmie?

Tak, po pracy w spółkach biotechnologicznych trafiłam do amerykańskiej firmy, w której przez ostatnie dwa lata pracowałam jako Dyrektor Rozwoju na Polskę i Niemcy. To była praca z misją, bowiem firma zajmowała się poszukiwaniem nowoczesnych metod leczenia pacjentów onkologicznych. A potem, zupełnie przypadkiem, znalazłam się tutaj – w kwietniu. I muszę powiedzieć, że bardzo się z tego cieszę.

Czyli nie żałuje Pani tej decyzji?

Nie. To był trudny moment dla szpitala, ale ja nie boję się wyzwań. Wręcz przeciwnie – one mnie napędzają do działania. Kiedy ktoś mówi „nie dasz rady”, to w moim przypadku pojawia się naturalna reakcja: „to ja ci pokażę, że się da”. Jestem osobą bardzo optymistyczną, pozytywnie nastawioną do życia. Wszystkie lata pracy – zarówno w Polsce, jak i za granicą – wzmocniły mnie i ukształtowały mój charakter. Miałam szefów charyzmatycznych i despotycznych i zawsze powtarzałam sobie, że jeśli kiedyś zostanę szefem, chcę stworzyć miejsce, w którym pracownicy będą chcieli się rozwijać, będą darzyć mnie zaufaniem i nigdy nie będą przychodzić do pracy z „bólem brzucha”. Mam wrażenie, że jestem na dobrej drodze. Oczywiście wciąż się uczę – praca z ludźmi to proces pełen kompromisów. Staram się też systematycznie podnosić swoje kompetencje menedżerskie. Największą satysfakcję daje mi jednak to, co mówią pacjenci. Kiedy przychodzą i mówią: „macie tu fajną atmosferę”, „jest u was naprawdę miło”, to jest dla mnie dowód, że nasz zespół pracuje dobrze.

Bywają sytuacje, które szczególnie pokazują siłę zespołu?

Oczywiście. Niedawno mieliśmy bardzo trudny dzień – jedenaście zaplanowanych zabiegów i dwa bloki operacyjne. Okazało się, że z powodu pomyłki w grafiku nie było dyżuru anestezjologa. A anestezjolog to dziś specjalista na wagę złota – znalezienie kogoś w Poznaniu w ciągu pół godziny graniczy z cudem. Był ogromny stres – zadzwonili do mnie jeszcze w drodze do pracy operatorzy i poinformowali o sytuacji. Powiedziałam tylko: „spokojnie, coś wymyślimy”. I rzeczywiście – ktoś zadzwonił do jednego lekarza, ktoś do kolejnego, jeszcze ktoś inny do następnych. Ostatecznie udało się tak poukładać dyżury, że ten dzień obsadziliśmy trzema osobami, a wszystkie zabiegi odbyły się zgodnie z planem. Zawsze staram się unikać sytuacji, w których pacjent mógłby zostać postawiony pod ścianą albo musielibyśmy odwołać zabieg. To dla mnie absolutna ostateczność.

Jak długo u Państwa pacjenci czekają na zabiegi?

To zależy. Jeżeli pacjent chce zabiegu przeprowadzonego przez konkretnego operatora – a często tak jest, że po konsultacji chce być operowany przez tego samego lekarza – to czas oczekiwania zależy od dostępności tego specjalisty, ale zwykle nie przekracza czterech tygodni. Natomiast jeśli pacjentowi nie zależy na konkretnym operatorze, jesteśmy w stanie zorganizować zabieg w ciągu tygodnia. Oczywiście pod warunkiem, że pacjent zdąży wykonać wszystkie zalecane badania. Niektóre badania wykonujemy w szpitalu bezpośrednio przed zabiegiem.

 

A jakie konkretnie operacje można u Państwa wykonać?

W zakresie otolaryngologii wykonujemy m.in. usunięcie trzeciego migdałka i migdałków podniebiennych, operacje endoskopowe zatok, usuwanie zmian i torbieli w obrębie szyi czy zatok przynosowych – zarówno u dzieci, jak i dorosłych. Nasi specjaliści zajmują się też diagnostyką chorób zapalnych ślinianek oraz nowotworów. Oprócz tego realizujemy operacje z zakresu chirurgii naczyniowej oraz zabiegi chirurgii plastycznej, takie jak implantacja piersi czy abdominoplastyka. Powstaliśmy jako centrum otolaryngologii, więc nasz zespół laryngologiczny jest największy, a zakres laryngologii – najszerszy w szpitalu. Jednak z potrzeby rynkowej i ze względu na interesy ekonomiczne szpitala zdecydowaliśmy się wprowadzić także dodatkowe zabiegi.

Ile w tej chwili jest sal dla pacjentów?

Mamy 20 pokoi dla Pacjentów. Pobyt na oddziale odbywa się w pokoju 1-osobowym, z miejscem do spania także dla rodzica, jeśli naszym pacjentem jest dziecko. Obecność mamy, taty lub opiekuna pomaga dziecku szybciej się uspokoić i lepiej znosić stres związany z hospitalizacją.  Metodą małych kroków staramy się w każdym miesiącu coś ulepszać i zmieniać. Słuchamy opinii pacjentów i reagujemy na ich potrzeby. Ja sama często jestem obecna na oddziale – rano, a jeśli blok operacyjny pracuje do wieczora – również zostaję  w szpitalu. Mogę osobiście zobaczyć, co się dzieje, wysłuchać pacjentów i zapytać: „Co byście zmienili? Czy wszystko w porządku? Jak oceniacie personel?” Takie bezpośrednie rozmowy dają pacjentom poczucie bezpieczeństwa i zaopiekowania, a nam pomagają na bieżąco doskonalić standardy pracy.

Teraz jest w szpitali bardzo świątecznie.

Święta to bardzo szczególny czas. W tym roku po raz pierwszy mamy w szpitalu żywą choinkę, są skrzaty, dziecięce dekoracje. Staramy się przygotowywać Mikołajki i małe niespodzianki – zarówno dla pacjentów, jak i dla personelu. Sama zresztą zostałam w tym roku bardzo miło zaskoczona. Po Mikołajkach, w poniedziałek rano, przyszłam do pracy, a na moim biurku czekał prezent od pracowników. Zupełnie się tego nie spodziewałam – było to niezwykle wzruszające. To naprawdę miejsce, w którym ludzie lubią pracować i lubią tu być. Czasem nawet się śmiejemy, że ktoś już mógłby iść do domu, bo skończył pracę, a jeszcze „się plącze” – bo wypije kawę, bo poczeka, bo dawno nie widział Kasi czy Joli.

Jaka jest atmosfera w zespole?

Mamy oczywiście stały personel szpitala, ale duża część zespołu lekarskiego i pielęgniarskiego – zwłaszcza na bloku operacyjnym – pracuje również w innych placówkach. Mimo to jesteśmy w stałym kontakcie, choćby na wspólnej grupie na WhatsAppie. Co ważne, od kwietnia nie pamiętam żadnego konfliktu w zespole. Oczywiście życie pisze różne scenariusze, ale bardzo zależy mi na tym, żeby ludzie potrafili się ze sobą dogadywać. Staram się też nie ingerować w każdy proces. Nie wchodzę na przykład w grafiki pracy rejestracji – interesuje mnie, żeby była obsada, a dziewczyny same świetnie się między sobą dogadują. Wychodzę z założenia, że kierownik budowy nie nosi cegieł. Są osoby z konkretnymi kompetencjami, odpowiedzialne za określone obszary – i to się po prostu sprawdza. Kiedy nie zaglądam w każdy detal i nie „wkładam prezesowego oka” w każdą decyzję, pracownicy mają większy spokój i lepiej panują nad swoją pracą.

A jak wygląda kwestia przyjęć? Nie macie Państwo klasycznego SOR-u?

Nie, nie mamy SOR-u. Jesteśmy jednak szpitalem, więc formalnie funkcjonuje izba przyjęć. To właśnie tam odbywają się przyjęcia planowe – w przestrzeni, w której pani wcześniej siedziała, przy akwarium.

Akwarium robi wrażenie.

Tak, jest duże i stało się sporą atrakcją – zarówno dla dzieci, jak i dorosłych. Czasem widzę, jak rodzice robią dzieciom zdjęcia na jego tle. Zdarza się też, że bardzo zestresowanym czy przestraszonym dzieciom pozwalamy nakarmić rybki. To zawsze działa uspokajająco i jest  taką małą nagrodą.

Na koniec chciałam spytać jeszcze o zespół lekarski.

Mamy bardzo zróżnicowany zespół specjalistów: m.in. laryngologów, chirurgów naczyniowych, endokrynologów, neurologa dziecięcego, chirurga dziecięcego. Dzięki temu możemy działać interdyscyplinarnie. Zdarza się, że pacjent trafia do jednego specjalisty, a ten – jeśli widzi, że problem leży gdzie indziej – od razu kieruje go do kolegi z zespołu. Takie konsultacje odbywają się też zupełnie naturalnie, na korytarzu czy w gabinetach, gdy pojawia się jakakolwiek wątpliwość. Lekarze ze sobą współpracują, znają się od lat i wzajemnie wspierają, co jest naprawdę budujące. Są to specjaliści z ogromnym doświadczeniem.

Regularnie przyjmujemy też młodych ludzi na praktyki. Bardzo to sobie cenię. Obserwuję ich, rozmawiam z nimi, mam swoje typy. Kiedy kończą praktyki, często pytają: „Czy mogę wrócić za rok?”, a moja odpowiedź zawsze brzmi: tak. U nas praktykanci naprawdę się uczą. Ja sama w życiu dostałam ogromną szansę rozwoju, dlatego zawsze wspieram młodych ludzi. Jeśli przychodzą z inicjatywą i proszą o możliwość nauki, jestem na „tak”. To także inwestycja w przyszłość, bo mam szansę wychować personel w duchu wartości, które są dla nas kluczowe: troski, empatii i stawiania pacjenta na pierwszym miejscu. Mam cichą nadzieję, że ci młodzi ludzie, którzy zaczynają u nas, za kilka lat będą pracownikami z sercem na dłoni, nie sfrustrowanymi, nie obojętnymi, ale naprawdę uważnymi na drugiego człowieka.