Witamy w MAJU! Najnowszy numer SUKCESU jest już dostępny 🌞 zapraszamy do lektury e-wydania najpopularniejszego magazynu lifestylowego o Poznaniu 🌞  

Organizator:

Tusya Lifestyle

09.11.2023 13:46:31

Podziel się

Około 10 lat temu zamieniła Odessę na Poznań. Do Polski przyjechała z miłości do chłopaka, którego poznała na wakacjach. Uczucie wygasło, a ona została i zaraża ludzi entuzjazmem. Na Instagramie obserwuje ją prawie 40 tysięcy ludzi, którzy chętnie wchodzą z nią w interakcje na ulicach Poznania, a jej taniec w miejskiej przestrzeni zawsze wywołuje uśmiech. Niewiele osób wie, że właśnie wtedy Natalia Gorbatiuk, szerzej znana jako Tusya Lifestyle wychodzi ze strefy komfortu pokonując swoje wszystkie słabości.

ROZMAWIA: Karolina Michalak
ZDJĘCIA: Delfin Łakatosz

Tusya to Ty czy Twoje alter ego?
Natalia Gorbatiuk: To ja. Jest to zdrobnienie od mojego imienia Natasha – Natusya – Tusya, a tak mnie nazywali rodzice. Ponadto w ukraińskim slangu „tusa” znaczy impreza, więc wszystko się zgadza.

Skąd pomysł na taką aktywność w internecie?
W dzieciństwie byłam zafascynowana programami telewizyjnymi, tak, tak, telewizyjnymi, bo nie było wtedy jeszcze Internetu, w których emitowano pranki, czyli programy polegające na wkręcaniu ludzi, wchodzeniu z nimi w interakcję i sprawdzaniu ich reakcji. Główny bohater wcielał się w różne postaci, żartował sobie i robił psikusy, a widzowie oglądali to przez pryzmat ukrytej kamery.

Bardzo podobał mi się ten rodzaj aktywności i też chciałam w ten sposób żartować, więc zaspokoiłam swoją potrzebę na przebieranych imprezach. Co nie dawało mi spokoju, to to, że w większości te programy były tworzone przez mężczyzn i w męskim stylu. Już wtedy wiedziałam, że chcę tym wygłupom nadać nowej, kobiecej jakości. Jednak wtedy na rodzinnych psotach się skończyło.

Co takiego się stało, że wróciłaś do tego pomysłu po tylu latach?
Ktoś kiedyś zapytał mnie, jak często mówię sobie, że chcę coś zrobić, a jak często, że coś muszę zrobić? Pewnego dnia zrobiłam sobie rachunek sumienie i zestawiłam to, co muszę zrobić: muszę zadzwonić, muszę zapłacić rachunki, muszę zrobić zakupy, muszę zrobić pranie…; i okazało się, że na tej liście nie ma nic, co chcę zrobić, a same czynności, które wynikają z poczucia obowiązku. Zdecydowałam, że w końcu trzeba zadbać o siebie. Zadałam sobie pytanie, co jak tak naprawdę chcę robić. Zadzwoniłam do kolegi, powiedziałam mu o pomyśle, a on wszedł w to i nagraliśmy pierwszy utwór. Wiedziałam też, że musimy to zrobić jak najszybciej, nim zacznę sobie racjonalizować pomysł, szukać wymówek i kolejny raz odpuszczę coś, co chcę zrobić dla siebie.

Pierwszy publiczny i internetowy występ to?
To było Last Christmas, które wykonałam na Rynku Jeżyckim. Wyemitowaliśmy go i ku naszemu zaskoczeniu w szybkim czasie stał się viralem o bardzo wysokich zasięgach. To nas szalenie podbudowało i zainspirowało do kolejnych filmików. Widząc, że ludziom podoba się to, co nagraliśmy, zaczęliśmy nagrywać kolejne materiały, ale już z większą świadomością tego, co chcemy i jak to możemy zaprezentować.

A dlaczego akurat ten utwór i taka stylizacja?
Był okres świąteczny, a to jest utwór, który się z nim kojarzy. W domu miałam białe skrzydła, więc wykorzystałam je. Od zawsze zbierałam wszystko, co dziwnie wyglądało i było niepotrzebne – śmiech – peruki, kapelusze, dodatki… Odkąd pamiętam, lubiłam się przebierać i zawsze, jak gdzieś wychodziliśmy ze znajomymi, zakładałam coś, co mnie wyróżniało. Poza tym, mimo że nie umiem, ale uwielbiam śpiewać, zdecydowałam się właśnie na wokalny aranż.

Co Cię inspiruje?
To, co dzieje się obecnie na muzycznej scenie, sytuacje, komentarze, obejrzane filmy, ulice... Mam głowę pełną pomysłów. Często, gdy słyszę muzykę, od razu widzę postać. W co jest ubrana, jak się porusza i w głowie układam scenariusz.

Jak reaguję na Ciebie ludzie?
Kiedy nagrywamy, totalnie wyłączam się i nie zwracam na to uwagi. Z reguły komentarze są bardzo pozytywne, ludzie pytają, co robię i czy mogą zrobić sobie ze mną zdjęcia. Wiele osób pisze do mnie w prywatnych wiadomościach podziękowania za to, co robię, że poprawiam im samopoczucie i rozbawiam. Czasem czytając ich wypowiedzi, miałam łzy w oczach, ponieważ poruszali bardzo osobiste kwestie. Było to dla mnie szalenie budujące i motywujące do dalszych projektów i sprawiło, że mogę być dla nich inspiracją. Po takich komentarzach uznałam też, że jednym z moich celów będzie to, aby ludzie wyszli „z ramy” i opuścili swoją strefę komfortu.

Inspiracją do czego?
Wychowywałam się na wsi i moja rodzina nie była zbyt zamożna, a gdy przeprowadziłam się do Odessy, nie miałam wielu przyjaciół. Byłam bardzo zamknięta w sobie i wycofana. Najbrzydsza, najgłupsza i gorsza od innych. Większość tego poczucia wychodziła ze mnie, bo sama generowałam te złe myśli. Po pewnym czasie zaczęłam jednak patrzeć na siebie przez pryzmat kosmosu, że te moje problemy są bez znaczenia, że one trwają tylko chwilę i trzeba zmienić perspektywę. Dziś mam takie poczucie, że życie jest krótkie, szybko minie i nie ma co inwestować energii w negatywne myśli. To daje pewności siebie i buduje poczucie własnej wartości.
Na początku moje występy były okupione sporą dawką stresu. Nie mogłam z przejęcia spać przed i po realizacji. Mentalnie byłam na to gotowa, bo szybko sobie to, co mam zamiar zrobić, zracjonalizowałam, ale w warstwie fizycznej było już znacznie gorzej. Dlatego ja, wychodząc z tych swoich traum, chcę pokazać, że jak się chce, to można realizować swoje marzenia i się spełniać.

Przyjechałaś do Polski i co?
Początki w Poznaniu po przyjeździe nie były łatwe. Nie znałam języka, nie miałam pracy, a moje wykształcenie i doświadczenie zawodowe zdobyte w Ukrainie odbiegało pod względem formalnym od wymagań polskiego rynku pracy. Tak naprawdę, dzięki mojemu chłopakowi, teraz już byłemu, jestem tu, gdzie jestem, ponieważ mocno we mnie zainwestował. Próbowałam pracować jako kelnerka, w swoim zawodzie, jako kosmetolog, aż w końcu zaczęłam projektować i wykonywać biżuterię z piórek i koralików. Na początku sprzedawałam ją wśród znajomych, za pośrednictwem mediów społecznościowych i podczas eventów, w różnych miejscach w kraju. Kolejno otworzyłam sklep internetowy i dzięki temu zbudowałam solidną pozycję swojej marki, na tyle, że nie musiałam się martwić, czy będę miała z czego się utrzymać. Równolegle pojawiła się Tusya_Lifestyle.

Swoje kostiumy „lepisz” z tego, co masz w szafie, ale także szyjesz.
Tak, nauczyłam się szyć i coraz częściej sama szyję kostiumy. Najbardziej spektakularny, czasochłonny i kosztowny był kostium inspirowany piosenkarzem Samem Smithem. Szyliśmy go kilka dni i wydałam na niego kilkaset złotych, ale było warto. Materiał kręciliśmy w Berlinie, gdzie spotkaliśmy się z zupełnie innymi reakcjami. Tam ludzie podchodzili i mówili, że to jest super kostium, że jest taki modowy i zachęcali, abyśmy pojechali do Włoch, gdzie taka stylizacja spotkają się z dużą aprobatą.

Zarabiasz na swoich internetowych wcieleniach?
Bardzo chciałam zarabiać w ten sposób i byłam zafascynowana ludźmi, którzy z tego żyją, ale w tamtym momencie zrobiłam to dla siebie i z potrzeby chwili. Chciałam być popularna, ale nie wierzyłam, że mi się uda i w tak szybkim czasie zyskam rzeszą fanów. Zaczynałam bez żadnych oczekiwań, ale za to z marzeniami. Skupiłam się na tym, co chcę, i może to sprawiło, że moje marzenie się spełniło. Dziś mam jednak kilka komercyjnych zleceń na realizację materiałów z lokowaniem produktów, ale w dalszym ciągu mam sporą autonomię w realizacji scenariusza. Zaczęłam też myśleć bardziej biznesowo, skoro tylu osobom się to podoba i tyle czasu mi to zajmuje, to dlaczego nie sprawić, by stało się to moim źródłem dochodu.

Która z postaci, które kreujesz, jest Ci najbliższa?
Moja ulubiona to Dancing Queen – tańcząca bizneswoman. Jednak ja się bardzo szybko nudzę i stąd tak wiele moich wcieleń. Mam mnóstwo pomysłów i chciałabym je wszystkie zrealizować. Byłam kiedyś u astrologa, który powiedział mi, że w życiu potrzebuję zmian i powinnam z tej zmiany zrobić swoją stałą. Dlatego będzie mnie jeszcze więcej w nowych i starych wcieleniach.