Witamy w LIPCU! Najnowszy numer SUKCESU jest już dostępny 🌞 zapraszamy do lektury e-wydania najpopularniejszego magazynu lifestylowego o Poznaniu 🌞  

Organizator:

URBEX – wstęp wzbroniony?

11.07.2024 10:57:22

Podziel się

Urbex to skrót od angielskiego URBan EXploration i oznacza odkrywanie opuszczonych, niezagospodarowanych, niedostępnych miejsc. To hobby staje się coraz bardziej popularne. Na jednym z polskich portali urbexowych zarejestrowało się prawie 100 tys. członków. Co miłośników eksploracji tak pociąga: tajemnicza historia, unikalne zdjęcia czy dreszczyk emocji w zdewastowanych industrialach? A co na temat urbexu mówi prawo?

TEKST: Daria Miedziejko
ZDJĘCIA: Justyna Szatanik, Karolina Michalak, Daria Miedziejko

 „Wszystko zaczęło się niewinnie: poszłam z Cygą na blaukę. Nie chciałyśmy nikogo spotkać. Weszłyśmy na jakieś podwórko. Martwa cisza, niezamieszkała oficyna, wybite okno na poziomie kolan. Nie wiem, kiedy znalazłyśmy się na dachu. Patrzyłam na nasze miasto jak zahipnotyzowana. Nie zapomnę tego uczucia, odkryłam coś, czego nawet nie przeczuwałam. Jakby ktoś dał mi nowe oczy”.

Większość z nas była w miejscach zapomnianych, nie przypuszczając, że taka aktywność dorobi się kiedyś swojego hasła w Wikipedii. Dla dzisiejszych 70-latków szwendanie się po zakamarkach i kolonizowanie niepełnowartościowych zabudowań było tym, czym dla współczesnych dzieci popołudnie na placu zabaw: ruina była wszechobecna, chłopcy udawali żołnierzy, dziewczynki bawiły się w dom. Czy to był zatem początek urbexu? Niezupełnie. W urbexie obiekt opuszczony traktuje się podmiotowo. Eksplorator nie czyni sobie z niego schronienia, miejscówki na spotkanie czy imprezę. Obserwuje, bada, a przede wszystkim fotografuje. Urbex nie byłby w trendach, gdyby nie rewolucja w fotografii i namiętne publikowanie w mediach społecznościowych.

Z tego podmiotowego podejścia wynika druga różnica między schadzkami w pustostanie przy tanim winie a urbexem. Chodzi o zainteresowanie historią miejsc. Są zapaleńcy, którzy w jeden dzień przemierzają kilkaset kilometrów, żywiąc się mufinkami z „maka”, by zobaczyć kilkanaście ruin. Dlaczego? Chcą obejrzeć obiekty, o których czytali na historycznych portalach. Oczywiście wśród urbexowców najwięcej jest ekspertów od II wojny światowej. Dla nich 1945 rok wyznacza granicę między erami.

Urbexowy savoir-vivre
„Upatrzyłam sobie jeden cmentarz. Tylko jedna rodzina. Pojechaliśmy i faktycznie był lasek. Obok zobaczyliśmy zabudowania. Opuszczone całe gospodarstwo, folwark, murowane poniemieckie gospodarstwo. Na cegłach wyryte było Franz. Tak jakby dziecko wyryło. Dom zabity deskami, ale można było wejść. Jednak nie weszliśmy. Tak dziwnie chodzić po cudzym domu”.

Środowisko oddolnie tworzy i promuje zasady zachowania. Jedna z nich nakazuje nie podawać lokalizacji fotografowanego czy opisywanego miejsca. Ma to utrudnić namierzenie budynku wandalom i złodziejom. W założeniu piękna idea. Jednak obiektyw Google’a bez trudu rozpoznaje wiele opuszczonych obiektów. A potem na jarmarku dominikańskim w Gdańsku rozpoznamy zabytkowe kafle z zapomnianego pałacu na Śląsku.

Druga zasada mówi o tym, by z odwiedzanego miejsca zabrać jedynie zdjęcia, czyli siódme przykazanie dekalogu. Kolejny punkt regulaminu zobowiązuje urbexowców do pozostawienia obiektu takim, jakim się go zastało. Co oczywiste, ma to zapobiec dewastacji. Równie ważny jest też zakaz przestawiania wyposażenia czy wzbogacania go o rekwizyty, które eksploratorzy przynoszą czasem dla efektowniejszych kadrów.

Miłośnicy urbexu informują się na forach o kwestiach bezpieczeństwa. Szczegółowo wymieniają zagrożenia zdrowia i życia, wśród których najważniejsze wynikają z uszkodzonej konstrukcji budynków oraz niezabezpieczonych lub nieszczelnych instalacji. Wiele pożytecznych wskazówek dotyczy, jak uniknąć nieszczęśliwego wypadku i jak reagować, gdy doszło do nieprzewidzianego zdarzenia. O właściwym przygotowaniu do wyprawy, w tym o odzieży ochronnej i niezbędnym ekwipunku, wspomina się na każdej stronie poświęconej eksploracji opuszczonych miejsc.

Czy urbex jest legalny? To zależy. Jeśli wkracza się na teren prywatny, ogrodzony, zabezpieczony z tabliczką wprost zakazującą wstępu, to na pewno narusza się prawo. Osoby, które ignorują przepisy, mogą być ukarane, nawet jeśli niczego nie zniszczyły i nie próbowały ukraść. Intencja zawsze jest sprawą dyskusyjną. Nietrudno sobie wyobrazić następującą sytuację. Do naszego remontowanego domku wakacyjnego wchodzi włamywacz w kominiarce i moro z aparatem fotograficznym. Rozgląda się za jakimś cennym przedmiotem i wtedy zostaje nakryty. Tłumaczy się, że nic nie chciał zabrać poza fotami…

Opuszczone miejsca można poznawać całkiem legalnie. Wystarczy skontaktować się z właścicielem lub opiekunem miejsca. Wiele interesujących obiektów jest ogólnie dostępnych z zewnątrz. Wreszcie można intrygujący nas budynek sfotografować za pomocą drona.

Moro czy biała koszula?
„Nie wchodzę w miejsca, o które ktoś zadbał. Widzę płot, to pytam człowieka, czy mogę wejść. A gość do mnie: Panie, jest pan pierwszy, który zapytał, a nie wszedł na chama”.

Stylów urbexowego hobby jest wiele. Wymienię dwa skrajne ugrupowania. Jedno stanowią ultrasi, odważni, sprawni partyzanci w kominiarkach, najczęściej młodzi. Do drugiego zaliczyć trzeba osoby, które uprawiają „turystykę alternatywną”, czyli miękki urbex, można powiedzieć: w białej koszuli. Jeśli tylko można, starają się o pozwolenie, by wejść lub zadowalają się oglądaniem z zewnątrz. Historia i fotografia łączą te grupy, a różni uzależnienie od wyrzutu adrenaliny.

Oraz że cię nie opuszczę…
Reprezentacyjne pałace, okazałe kościoły, niegdyś nowoczesne hale produkcyjne, solidne fortyfikacje stopniowo popadają w ruinę. W opuszczone miejsca obfituje zwłaszcza Dolny Śląsk, urbexowy raj, ale są ich setki także w Wielkopolsce, zdawałoby się dobrze zagospodarowanej.

Eksploratorzy mają poczucie, że dzięki swojej pasji dokumentują stan obiektów. Ale czy mają nadzieję, że te setki pamiątek po przeszłej świetności zyskają na powrót nowe życie? To mrzonka. Miłośnicy historii trzeźwo oceniają rzeczywistość – tylu obiektów nie sposób odnowić, a później zapewnić taką funkcję, by mogły na siebie zarobić. Czy społeczeństwu potrzeba następnych hoteli w ociekających nowizną pałacach, luksusowych loftów w postindustrialnych obiektach, czy potrzeba odrestaurowanych świątyń w wyludnionych miejscowościach? Jaki los czeka zatem większość zaniedbanych miejsc?

Najszczęśliwsze otrzymają dofinansowanie z ministerstwa i na kroplówce przeżyją kolejne kilkadziesiąt lat, niektóre zabezpieczy się i uczyni z nich trwałą ruinę jak w przypadku średniowiecznych zamków, ale większość po prostu się rozpadnie, obróci w pył. Eksploratorzy będą im towarzyszyć w agonii, będą obecni przy śmierci. Sprawią, że miejsca opuszczone nigdy nie będą zapomniane.