Woda w żyłach
Kacper Majchrzak to w sporcie marka sama w sobie. Trzy igrzyska olimpijskie, rekord świata, wojskowy dryl i lojalność, która w dzisiejszych czasach jest towarem deficytowym. Poznański pływak, który w basenie spędził niemal całe życie, nie osiadł jednak na laurach. Gdy w klasycznym pływaniu poczuł monotonię, rzucił się na głęboką wodę ratownictwa sportowego. Dziś holuje 40-kilogramowe manekiny, śrubuje rekordy na The World Games i uczy swojego kilkumiesięcznego syna, że woda to nie tylko żywioł, ale przede wszystkim dom.

ROZMAWIA: Juliusz Podolski
ZDJĘCIA: Michalina Warulik
Można o Panu powiedzieć, że jest Pan urodzonym olimpijczykiem: trzy starty na igrzyskach olimpijskich, uniwersjada, światowe wojskowe igrzyska sportowe i The World Games, czyli Igrzyska Sportów Nieolimpijskich.
Kacper Majchrzak: Faktycznie, jak się to wszystko wymieni jednym tchem, to brzmi to dość potężnie. Na samej uniwersjadzie byłem dwa razy, bo akurat wtedy przepisy i moja forma na to pozwalały. Do tego dochodzą mistrzostwa świata, i to w dwóch różnych wydaniach – w pływaniu klasycznym oraz w ratownictwie wodnym. Tych imprez na moim koncie jest naprawdę sporo i każda z nich miała swój unikalny ciężar gatunkowy. Bardzo się cieszę, że udało mi się wypracować taki dorobek, ale, co ważniejsze, że cały czas mam w sobie tę iskrę, by walczyć z najlepszymi na świecie. Czy jestem urodzonym olimpijczykiem? Być może troszeczkę tak, ale na pewno czuję się urodzonym sportowcem wodnym. Woda to mój naturalny żywioł, w którym funkcjonuję najlepiej od dekad.
Zaczął Pan bardzo wcześnie, bo już w wieku siedmiu lat. Z moich informacji wynika, że nie był to do końca Pański wybór, a raczej „spisek” rodziców, by okiełznać niespożytą energię.
Zgadza się, zawsze byłem dzieckiem, które nie potrafiło usiedzieć w miejscu. Moja mama jest osobą bardzo prosportową, więc rodzice od samego początku starali się mnie pchnąć w stronę aktywności fizycznej. Właściwie nie musieli robić tego na siłę – miałem w sobie tyle energii, że po prostu trzeba było ją gdzieś spożytkować, a sport wydawał się najlepszą metodą na to, by mnie choć trochę zmęczyć. Poza tym od małego uwielbiałem rywalizację. Nie ważne, czy to były biegi na podwórku, czy gra w piłkę – musiałem się ścigać. Trafiłem jednak do szkoły pływackiej, gdzie zajęć w wodzie było najwięcej w grafiku. To zdominowało mój czas i sprawiło, że w tej wodzie zostałem do dziś. Można powiedzieć, że woda mnie wessała i już nie wypuściła.

Czyli pływanie wygrało przez przypadek? Bo u nas, w Poznaniu, chłopacy zwykle wybierają piłkę nożną, ewentualnie hokej na trawie.
Akurat w hokeja na trawie nigdy nie grałem, choć to u nas faktycznie mocna dyscyplina. Ale za to w piłę, siatkówkę, karate, a nawet w palanta czy tenisa – owszem. Przez moje życie przewinęło się sporo sportów. Ostatecznie jednak przypadek zdecydował za mnie. Myślę, że w życiu każdego sportowca musi być ten moment: szczypta szczęścia i zbieg okoliczności, które pomagają podjąć decyzję. Każdy młody chłopak patrzy na piłkarzy zarabiających miliony czy koszykarzy w NBA i marzy o byciu wielką gwiazdą. Pływanie na tym tle jest dyscypliną znacznie mniej popularną, tutaj wielkie kontrakty czy astronomiczne pieniądze nie decydują o życiowych wyborach. Ale z drugiej strony pływanie daje niesamowitą bazę, hartuje charakter i zostawia wspomnienia, których nie zamieniłbym na żadne inne bogactwa.
Ten przypadek miał jednak niesamowitego nosa, bo ulepił z Pana postać historyczną. Pańskie sukcesy na The World Games, w tym złoto z rekordem świata, to dowód na to, że w ratownictwie sportowym stał się Pan gigantem. Proszę przybliżyć nam tę dyscyplinę, bo dla wielu to wciąż egzotyka.
The World Games to faktycznie specyficzna impreza, często nazywana przedsionkiem igrzysk olimpijskich. Gromadzi ona dyscypliny, których nie ma w programie olimpijskim, ale które mają ogromny potencjał. Często zdarza się, że te sporty, które sprawdziły się na The World Games, trafiają później na właściwe igrzyska – tak było ze wspinaczką sportową, karate czy breakdance’em. Lifesaving, czyli sportowe ratownictwo wodne, to dyscyplina bardzo pokrewna pływaniu, ale znacznie bardziej techniczna i wymagająca. Moje 20 lat treningów pływackich daje mi świetną bazę, ale tutaj muszę pracować nad elementami, których w klasycznym pływaniu nie ma: holowanie 40-kilogramowego manekina, pływanie w płetwach czy błyskawiczne zapinanie manekina w pas ratowniczy. Międzynarodowa Federacja ILS (International Life Saving Federation) stworzyła sztywne regulaminy, by z ratowania życia uczynić sprawiedliwą i mierzalną rywalizację sportową.

Jakie konkurencje są Pańskimi koronnymi? Bo brzmią one momentami jak scenariusz filmu akcji.
Moją pierwszą konkurencją było 200 metrów pływania z przeszkodami. Wygląda to tak, że na 50-metrowym basenie ustawione są przeszkody zanurzone na głębokość 70 centymetrów. Płynąc, za każdym razem musimy zanurkować pod taką przeszkodą – imituje to przebijanie się przez fale, by dotrzeć do osoby potrzebującej pomocy. Później przyszedł czas na 50 metrów z holowaniem manekina. To czysty sprint: 25 metrów płyniesz kraulem, potem nurkujesz do dna, musisz podebrać manekina, wydostać go na powierzchnię i przeholować przez kolejne 20 metrów do ściany. Ale moją „ukochaną” konkurencją, w której pobiłem rekord świata, jest 100 metrów ratowania kombinowanego. Zaczynamy od 50 metrów kraulem, robimy nawrót koziołkowy i kolejne 17 metrów pokonujemy pod wodą. To jest najbardziej morderczy moment, bo płyniesz pod wodą na długu tlenowym po bardzo mocnym otwarciu. Tam, na dnie, czeka manekin. Musisz go sprawnie podebrać i doholować do mety. To połączenie pływania klasycznego, technicznego nurkowania i siłowego holowania.
To musi być niesamowicie widowiskowe...
Zdecydowanie tak. W ratownictwie sportowym może się wydarzyć znacznie więcej niż w klasycznym pływaniu, gdzie często o zwycięstwie decyduje tylko zasięg ramion na finiszu. Tutaj manekin może ci się wyślizgnąć z ręki, możesz źle go złapać, co skutkuje dyskwalifikacją lub ogromną stratą czasu. Rozmawiałem z ludźmi, którzy oglądali nasze zawody w Chinach podczas The World Games – byli zachwyceni. Mówili: „Kacper, to jest ciekawsze, bo tu się ciągle coś dzieje, są jakieś kombinacje, zwroty akcji”. Myślę, że lifesaving ma przed sobą świetlaną przyszłość. W Polsce mamy coraz więcej klubów, a mistrzostwa Polski są organizowane na profesjonalnym, światowym poziomie.
Różnorodność tych konkurencji sugeruje, że obsługa zawodów to logistyczne wyzwanie.
Potrzeba znacznie więcej ludzi niż przy zwykłym mityngu pływackim. Oprócz sędziów na pomoście, niezbędni są wolontariusze i nurkowie techniczni. Ci ostatni mają kluczowe zadanie: muszą ustawiać manekiny w odpowiednich miejscach dla każdej serii. Raz manekin musi być na 17. metrze, innym razem na 25. Czasami trzeba z niego wypuścić odpowiednią ilość wody, żeby miał konkretną wyporność i unosił się w określony sposób.
Jak Pan w ogóle trafił do tego świata?
Musimy cofnąć się o 15 lat. Mój pierwszy kontakt z ratownictwem to był czysty przypadek i chęć wypełnienia wakacyjnej luki. Koledzy zaprosili mnie do drużyny w Ustroniu Morskim na zawody ratownicze rozgrywane na plaży. To była idealna opcja: cztery tygodnie nad morzem, treningi, zakwaterowanie i rywalizacja, w której można było wygrać fajne nagrody finansowe. Przez dwa sezony tak właśnie spędzałem wakacje – pracowałem, odpoczywałem i zarabiałem jako ratownik-sportowiec. Potem pływanie klasyczne znów stało się priorytetem, ale po latach wróciłem do ratownictwa. Chciałem przedłużyć swoją aktywność, ale przede wszystkim szukałem nowych bodźców. W pływaniu czasami dochodzisz do ściany, brakuje ci pomysłów, co jeszcze możesz poprawić. W ratownictwie poczułem się znów jak junior. Musiałem uczyć się nowych elementów od zera, a każda poprawiona życiówka dawała mi ogromną frajdę.

Czyli w treningowej monotonii pojawiła się czysta radość z postępów?
Dokładnie tak. Kiedy płyniesz dystans po raz pierwszy i widzisz, że możesz go urwać o kilka sekund, to działa na psychikę lepiej niż jakakolwiek inna motywacja. To mnie nakręca i pozwala cieszyć się sportem na nowym poziomie. Nie czuję zmęczenia materiału, bo każde wyzwanie jest dla mnie świeże.
Często porównuje się wyniki: 100 metrów kraulem kontra 100 metrów z manekinem. Różnica wydaje się zaskakująco mała, biorąc pod uwagę obciążenie.
Mój rekord życiowy na 100 metrów kraulem to 48 sekund. W ratownictwie kombinowanym mój rekord to 57 sekund. Dziewięć sekund różnicy to w sporcie wodnym przepaść, ale jeśli spojrzymy na to z perspektywy wysiłku, to jest to imponujące. Przecież w ratownictwie musisz zanurkować, wyciągnąć 40-kilogramowy ciężar i go zaholować. Ten manekin to potężna kotwica. Napędzasz się wtedy praktycznie tylko nogami i jedną ręką, podczas gdy druga trzyma manekina. To twarda, fizyczna walka z oporem wody.
Niezwykłe są też sztafety. Tam dynamika jest jeszcze większa.
Sztafeta 4 x 25 metrów z manekinem to jest czysty ogień. Dwóch zawodników stoi w połowie basenu, jest strefa zmian i musisz przekazać manekina koledze tak, by go nie upuścić i nie stracić pędu. Tam się może wydarzyć wszystko. Jeśli zmiana pójdzie idealnie, dajesz z siebie absolutnie wszystko na tych krótkich 25 metrach. Właśnie w tej konkurencji wywalczyliśmy srebrny medal w Chinach.
Większość Polaków o ratownictwie wie tyle, ile zobaczyła w „Słonecznym Patrolu”. Na ile Pański sport pozwala być skutecznym w realnej akcji ratunkowej?
Trudno mi jednoznacznie odpowiedzieć, bo nigdy nie brałem udziału w prawdziwej akcji ratowniczej na otwartym morzu czy jeziorze. Myślę, że ratownicy, którzy pełnią dyżury, szkolą się proceduralnie i ćwiczą konkretne scenariusze ratunkowe, byliby w realu ode mnie lepsi. Ja jestem tym „sportowym wycinkiem” tej dziedziny. Ratownictwo zawodowe to służba, ratownictwo sportowe to rywalizacja. Ale te dwa światy się przenikają. Nasze sukcesy popularyzują ratownictwo, zachęcają młodych ludzi, by robili kursy i dbali o bezpieczeństwo na kąpieliskach. To synergia. My dajemy widowisko i autorytet, a to przekłada się na większą świadomość społeczną. Chętnie włączamy się w akcje promujące szacunek do wody. Ludzie wciąż wchodzą do wody po alkoholu, są lekkomyślni. Jeśli dzięki nam choć jedna osoba zastanowi się, zanim zrobi coś głupiego, to znaczy, że nasza praca ma głęboki sens. Tu chodzi o ludzkie życie, a ono jest bezcenne.

Jest Pan kojarzony jako postać niezwykle lojalna – zielone barwy Warty Poznań i mundur wojskowy towarzyszą Panu od lat.
Tak się złożyło, że zieleń stała się moim kolorem. W Warcie Poznań trenuję od 16. roku życia, czyli już kilkanaście dobrych lat. Trafiłem tam na trenera Michała Szymańskiego i do dziś tworzymy zgrany duet. Lojalność i stabilność są mi bliskie, dobrze się dogadujemy, więc nie widzę powodu, by szukać czegoś innego. Podobnie jest z wojskiem – od kilku lat reprezentuję barwy wojskowe jako żołnierz Wojska Polskiego. To dla mnie powód do dumy, że mogę reprezentować Polskę na arenie międzynarodowej w mundurze. Wojsko daje mi stabilizację, której sportowiec potrzebuje.
Czuje się Pan spełniony po sukcesach w Chengdu? Złoto, rekord świata, dwa srebra – to brzmi jak szczyt możliwości.
Wciąż czuję, że mam w sobie sporo siły. Złoto w Chinach to wielkie wydarzenie, ale ja nie skupiam się na kolorze medalu przed startem. Ja po prostu uwielbiam rywalizować. Kiedy stoję na słupku startowym, mobilizuję się tak, jakby to był najważniejszy moment w życiu. Chcę wygrywać, chcę być pierwszy, ale zawsze w duchu fair play. Sportowa rywalizacja z uśmiechem na twarzy i poszanowaniem przeciwnika to moja filozofia. Trzeba umieć podać rękę, gdy się przegra, ale trzeba też umieć walczyć do upadłego, by usłyszeć Mazurka Dąbrowskiego.
Medale z Chengdu robią wrażenie nawet na zdjęciach. Są masywne, niemal biżuteryjne.
Są niesamowite! Solidne, ciężkie i pięknie wykonane. Medal otwiera się jak mała pozytywka lub ozdobna książka. W środku ukryta jest moneta na magnes, którą można odczepić i nosić na łańcuszku, który również jest w zestawie. Do tego piękne pudełko i motyw pandy, która jest symbolem tamtego regionu. Mam trzy takie sztuki i każda z nich przypomina mi o ciężkiej pracy, którą włożyłem w te starty.
Ale w kategorii sukcesu życiowego numerem jeden jest teraz pewnie syn Kuba.
Kuba ma niespełna sześć miesięcy i jest obecnie moim największym wyzwaniem i radością. Jest bardzo energetyczny, więc obawiam się, że może pójść w moje sportowe ślady. Zobaczymy, co z niego wyrośnie.
Czy ma już jakieś wodne skłonności?
Byliśmy na pierwszych zajęciach na basenie. Kuba radził sobie świetnie. Takie maluchy mają jeszcze odruch z życia płodowego – potrafią zamknąć oczy i usta pod wodą. Nurkował, nie płakał, był tylko nieco zdziwiony tym, co się dzieje. Nie wiem, komu podobało się bardziej – mi, gdy go trzymałem w wodzie, czy jemu. Na pewno będziemy to kontynuować, bo oswajanie z wodą od maleńkości to najlepsze, co można dziecku dać.
A co z pasjami poza basenem? Znajduje Pan czas na coś innego?
Obecnie czas wolny to towar deficytowy. Gdy syn się urodził, moje priorytety naturalnie się przesunęły. Ale jeśli cofnę się o te pół roku, to zawsze ceniłem sobie dobre kino i seriale. Ostatnio moją wielką pasją stał się tenis. Uwielbiam go oglądać, ale też sam próbuję grać. Kibicuję Idze Świątek, byłem na Roland Garros i to było niesamowite doświadczenie. Śledzę na bieżąco wyniki turniejów damskich i męskich. Tenis to moja odskocznia, tam jestem bardziej kibicem niż zawodnikiem, ale emocje są równie silne jak w wodzie. To sport, który uczy cierpliwości i precyzji, co w pływaniu też jest niezwykle ważne.