Najnowszy numer SUKCESU już dostępny 🌞 Sukces po poznańsku to najpopularniejszy magazyn lifestylowy o Poznaniu 🌞  

Organizator:

Zabawa, taniec i śmiech

06.12.2023 14:16:50

Podziel się

Cuba Libre skończyło już 16 lat i według kubańskiego prawa klub osiągnął pełnoletność. – Kiedy zaczynaliśmy, chciałam szerzyć latynoską kulturę i dawać ludziom szczęście. Widząc uśmiechniętych gości, osoby, które zaraziły się miłością do salsy, to cały czas spełniam swoje marzenia. Gdyby motywacją były pieniądze, to może faktycznie po osiągnięciu jakiegoś celu, moglibyśmy stwierdzić, że zrobiliśmy wszystko i zmieniamy branżę. Ale ludzie, których można zarazić optymizmem i uśmiechem, nigdy się nie skończą – mówi Klaudia Lopez-Bartkowiak, która z mężem Piotrem Bartkowiakiem i bratem bliźniakiem Maciejem Lopezem stworzyli jedną z najjaśniejszych gwiazd na rozrywkowej mapie Poznania.

ROZMAWIA: Anna Skoczek
ZDJĘCIA: Agata Jesse Obiektywnie
[współpraca reklamowa]

Na rozmowę umówiliśmy się w Cuba Libre Social Club przy ulicy Wrocławskiej i wywiad w dosłownie 5 minut zmienił się w spotkanie przepełnione soczystymi anegdotami z życia i i śmiechem, który zlewał się z gwarem wypełniającym słoneczną i jednocześnie przytulną przestrzeń baru.

Klaudia Lopez-Bartkowiak: Social Club ma cztery lata. To miejsce również jest w kubańskim klimacie, jest tu bardzo wiele oryginalnych elementów wystroju, które przywieźliśmy z Kuby.

A gdybyśmy teraz mieli cofnąć się o 16 lat, kiedy ulica Wrocławska wyglądała kompletnie inaczej… Co strzeliło Wam do głowy, żeby otworzyć w jednej z bram klub? Przecież nie było tu nic zachęcającego.
KL-B:
Szukaliśmy z mężem własnego miejsca przez pół roku. Wcześniej już kilka lat, jeszcze razem z bratem, organizowaliśmy i prowadziliśmy latynoskie imprezy w różnych poznańskich klubach. Nie potrafię powiedzieć, co takiego się stało, że jak zeszłam po schodach, to poczułam, że to jest właśnie to. Wszyscy mówili nam, że to złe miejsce i na pewno nam się tu nie uda. A ja mimo to coś poczułam.

Maciej Lopez: W tym miejscu zresztą w bardzo krótkim czasie działały trzy kluby i żaden nie mógł się utrzymać.

Piotr Bartkowiak: Ulica Wrocławska wyglądała wtedy naprawdę kiepsko. Jeździły tu samochody, nie było zbyt wielu lokali gastronomicznych, dominowały sklepy. Można było kupić buty, ubrania… A jednak dostrzegliśmy coś w tej bramie.

Pamiętacie swoją pierwszą imprezę?
KL-B:
Oczywiście! Otwieraliśmy o 20.00, a do 19.55 jeszcze malowaliśmy ściany. Cały środek zresztą remontowaliśmy sami.

ML: Początkowo mieliśmy otworzyć klub w październiku, w nasze urodziny, ale krótko przed planowanym startem kompletnie nas zalało. Musieliśmy ścinać wszystkie drzwi, bo kiedy namokły, zaczęły puchnąć. Wszystkie ścianki z nidy były do wymiany. Musieliśmy naprawić sufit. Otwarcie opóźniło się o ponad miesiąc. Pomagało nam mnóstwo ludzi. Znajomi i przyjaciele przychodzili do nas po pracy, wspierali nas w tym remoncie do nocy, a rano znowu szli do pracy. Ja zajmowałem się prądem i kablami, a Piotr jest akurat ekspertem od naprawiania wszystkiego.

PB: Kiedy przejęliśmy klub, weszliśmy do niego w ciągu dnia i zapaliliśmy wszystkie światła do sprzątania, okazało się, że nie dość, że nie podobał nam się kolor kanap, to jeszcze były strasznie zniszczone. Pożyczyłem od mamy maszynę do szycia, pierwszy raz usiadłem do tego sprzętu i zacząłem obijać meble.

KL-B: Wszyscy pracowaliśmy na etatach, klub był tylko dodatkiem. Kiedy wszystko dokładnie rozpisałam, wiedziałam mniej więcej, ile czasu jeszcze będziemy musieli pracować, żeby spłacić pożyczki i kiedy będziemy mogli żyć z prowadzenia Cuba Libre. Najczarniejszy scenariusz zakładał, że praca na okrągło potrwa dwa lata. Okazało się jednak, że wcale się nie sprawdził.

Mieliście dużo ludzi na otwarciu?
PB:
Na początku klub był o wiele mniejszy niż dziś, a na pierwszą imprezę przyszło do nas ponad 400 osób. Byliśmy zachwyceni. Przerosło to nasze najśmielsze oczekiwania.

KL-B: Pierwsza impreza skończyła się przed piątą nad ranem. Pamiętam, że poszłam do baru zamówić cuba libre, a barman spytał się mnie, co to jest? Ugięły się pode mną nogi, bo myślałam, że otwarcie wyszło doskonale, ale jeśli barman nie wie, czym jest cuba libre, w klubie Cuba Libre, to stwierdziłam, że chyba wcale nie było tak dobrze. Zresztą pierwszego dnia otwarcia rozdawaliśmy mnóstwo darmowych drinków, właśnie cuba libre z oryginalną kubańską recepturą, zrobionych na najlepszym rumie, z limonką i colą, czyli serwowanych w taki sposób, w jaki powinny być. Zależało nam na tym, żeby pokazać naszym gościom, że dobrze zrobiony koktajl jest wyśmienity. Wyobrażasz sobie moją minę, jak usłyszałam od barmana, że nie wie, co to jest? Byłam w szoku, ale szybko okazało się, że to pomyłka i jednak otwarcie było sukcesem.

Jak mogliście tego nie zauważyć?
KL-B:
Wszyscy pracowaliśmy jako obsługa, siostra, która ma dziś szkołę tańca, tańczyła. Nie uczestniczyliśmy w zabawie, chociaż stawaliśmy na głowie, żeby goście na długo zapamiętali tę imprezę.

Cuba Libre to nie tylko epickie imprezy, ale też kursy salsy.
KL-B:
A salsa nie była 16 lat temu tak modna i znana jak dziś. Ludzie nie potrafili jej tańczyć i nie mieli pojęcia, jak poruszać się do rytmów latino. Właśnie przez to zaczęłam organizować kursy, mimo że nie jestem profesjonalną tancerką. To było jeszcze przed otwarciem Cuba Libre. Pamiętam, że poszłam na imprezę i widząc, jak ludzie dziwnie poruszają się do rytmów latynoskich, spytałam się znajomego właściciela, dlaczego oni tak dziwnie chodzą? I on mi właśnie wytłumaczył, że w Polsce ludzie nie potrafią tańczyć salsy i może bym ich tego nauczyła? Podchwyciłam pomysł i okazało się, że poznaniacy zachwycili się salsą, a nasze kursy tańca biły rekordy popularności. W ten sposób zresztą poznałam swojego męża. Przyszedł na pierwszy kurs, chciał mnie poderwać i nie wyszło, mimo tego nie zrezygnował z samej nauki i po jakimś czasie zaiskrzyło.

Jak trafiliście do Poznania?
KL-B:
Przyjechaliśmy tu na studia. Nasza mama jest poznanianką. Jak byliśmy mali, to mówiła do nas po polsku.

ML: Tata jest Kubańczykiem, a my w ogóle urodziliśmy się w Poznaniu. To nasze miasto. W wieku trzech lat wyjechaliśmy na Kubę i wróciliśmy do Polski w 1994 roku. W międzyczasie pojechałem jeszcze na Kubę na 10 lat, a Klaudia zdecydowała się zostać.

PB: Ja jestem akurat poznaniakiem z Rataj, ale pamiętam, że 20 lat temu społeczność kubańska w Poznaniu to były dosłownie trzy osoby – żona, jej brat i jeszcze siostra. Z biegiem lat ściągali kolejnych członków swojej rodziny, przyjaciół. Te osoby ściągały następnych i dziś w Poznaniu jest już około 100 Kubańczyków.

Wszystkich znacie?
KL-B:
Wydaje mi się, że tak! W Poznaniu 90 procent Kubańczyków jest z naszego miasta Holguin. To dopiero jest niesamowite!

PB: Społeczność kubańska w Poznaniu jest na tyle duża, że konsul Kuby czasem robi u nas punkt terenowy. Siada dokładnie przy tym stoliku, przy którym teraz rozmawiamy, i przyjmuje ludzi, z którymi załatwia sprawy urzędowe.

Czy 16 lat temu wyobrażaliście sobie, że tak to wszystko się ułoży?
KL-B:
Jest jeszcze lepiej, niż sobie wymyśliliśmy, chociaż naszą misją nadal jest zarażanie ludzi miłością do salsy.

ML: Klaudia tak naprawdę chciałaby, żeby wszyscy Polacy byli szczęśliwi. Jeśli doskwiera nam brak słońca, to pokazujemy, że można osiągnąć szczęście przez muzykę i taniec. Ona by chciała, żeby wszyscy ludzie więcej się uśmiechali.

KL-B: Bo społeczeństwo polskie jest trochę narzekające i często bywa smutne. Niedawno usłyszałam nawet taki tekst, że jestem wkurzająco szczęśliwa, a ja po prostu jestem uśmiechnięta. Uważam, że mamy jedno życie i powinniśmy robić wszystko, żeby być szczęśliwi i jeśli komuś tego szczęścia brakuje, to ja się staram go zarazić.

Czy mieliście w swoim zawodowym życiu chwile zwątpienia?
PB:
Covid był trudnym momentem, musieliśmy na przykład sprzedać mieszkanie, żeby ocalić ten interes, więc nie obyło się bez strat.

KL-B: Kiedy po długiej pandemicznej przerwie mogliśmy już otworzyć lokal, okazało się, że praktycznie nie mamy pracowników. W trakcie zamknięcia mieliśmy ludzi na postojowym, a jak już zadzwoniłam do nich, że wracamy, to okazało się, że nie chcieli. Nasza ekipa w międzyczasie zdążyła znaleźć inną pracę albo kompletnie zmienić branżę. Po roku i siedmiu miesiącach zamknięcia Cuba Libre, znowu całą rodziną wróciliśmy do obsługi, tak jak 16 lat temu.

PB: Cieszę się, że mieliśmy okazję jeszcze całkiem niedawno pokazać zespołowi, że nie jesteśmy tylko szefami, ale cały czas potrafimy pracować z całą ekipą ramię w ramię.

Było ciężko?
KL-B: Nie odbierałam tego powrotu za bar jako poświęcenia, bo ogromną radość sprawiało mi bycie w tym, co uwielbiam i zawsze uwielbiałam robić. Ja akurat miałam okazję zatęsknić za imprezami chwilę dłużej, bo odrobinę wycofałam się z klubu i nie spędzałam w nim aż tak dużo czasu, od czasu urodzenia dzieci. Dziś mogę powiedzieć, że mamy niesamowite szczęście pracować z ludźmi, którzy są pasjonatami i chcą robić wszystko najlepiej.

ML: Wystarczy tylko spojrzeć na ten bar. Serwujemy drinki z własnej roboty syropami, według oryginalnych kubańskich receptur. Mamy tu ponad 100 rodzajów rumu, a latem do drinków dajemy mięte wysianą z ziaren przywiezionych z Kuby, na oryginalnym kubańskim, 80-letnim kompoście, który robiła jeszcze nasza babcia. To jest dokładnie yerba buena, czyli taka kubańska mięta.

Jakie macie plany na przyszłość?
PB:
Cały czas nasze plany związane są z gastronomią. Jesteśmy współwłaścicielami restauracji MUGA, która zdobyła w tym roku pierwszą poznańską gwiazdkę Michelin.

KL-B: Jeszcze w swoim życiu chciałabym spróbować z klimatyczną winiarnią z pysznymi tapasami, za nieduże pieniądze, a naprawdę w jakości premium. Cały czas będzie można nas też spotykać w Cuba Libre i Cuba Libre Social Club. To nasze miejsca, które dostarczają nam mnóstwa energii.

Do zobaczenia!