Witamy w CZERWCU! Najnowszy numer SUKCESU jest już dostępny 🌞 zapraszamy do lektury e-wydania najpopularniejszego magazynu lifestylowego o Poznaniu 🌞  

Organizator:

Zawsze idę pod prąd!

07.06.2024 10:03:55

Podziel się

Był najmłodszym głównym inżynierem w zakładach Cegielskiego. Tam nauczył się etosu pracy, tego, że warto być skutecznym i że nie ma rzeczy niemożliwych. Od 28 lat stoi na czele Fabryki Armatur w Swarzędzu, która wyprodukowała dotąd prawie 35 milionów sztuk korpusów wodomierza. Niekwestionowany autorytet, człowiek, którego pasją jest skuteczne zarządzanie i wdrażanie procesów usprawniających. Nazywa się Grzegorz Meller.

ROZMAWIA: Joanna Małecka
ZDJĘCIA: Agata Jesse Obiektywnie
[współpraca reklamowa]

 

Na ścianach Jego gabinetu w swarzędzkiej fabryce wiszą obrazy i zdjęcia statków.

Pływa Pan?
Grzegorz Meller: A wie Pani… zawsze chciałem być marynarzem.

I co się stało?
Właśnie nie wiem. Tak się zaangażowałem w pracę tutaj, że na wszystko nie starczyło czasu.

Chyba Pan lubi swoją pracę.
Bardzo, pewnie dlatego jeszcze nie poszedłem na emeryturę (śmiech). Pomimo tego, że mógłbym oddać stery dzieciom, bo radzą sobie doskonale, jeszcze chwilę tu pobędę. To mnie napędza. Lubię działać, nie ma dla mnie rzeczy niemożliwych i skoro do dzisiaj prowadzę tę firmę z sukcesami, to chyba z zarządzaniem też sobie nieźle radzę (śmiech).

Pan pochodzi z Poznania?
Proszę Pani, ja jestem chłopak z Dębca!

O, a ja dziewczyna z Dębca.
Pani wie, co mówią o Dębcu (śmiech). Pochodzę z rodziny, w której raczej się nie przelewało. Mój tata całe życie przepracował w zakładach Cegielskiego i bardzo chciał, żebym też tam pracował. Zresztą przed Cegielskim stoi taki wielki kamień z napisem „Kochajcie nasz zakład, jak myśmy kochali”. Czasami tutaj, na spotkaniach to przywołuję...

Poszedł Pan w ślady taty?
Nie miałem wyjścia (śmiech). Jeszcze na studiach dostałem stypendium fundowane z Cegielskiego, pisałem tam pracę dyplomową i tam zostałem. Kiedyś praca w tej firmie była wielkim wyróżnieniem, więc tym bardziej cieszyłem się, że to mnie spotkało. Kończyłem kierunek: obrabiarki, narzędzia skrawające i technologia budowy maszyn. Kiedy zdałem wszystkie egzaminy, trafiłem do głównego kadrowca w zakładach. Powiedziałem, że chciałbym pracować w fabryce silników okrętowych, bo to była wtedy potęga. Nie było miejsc. W fabryce silników trakcyjnych też nie było. Ale znalazło się w fabryce obrabiarek, gdzie pracował główny technolog, u którego robiłem część praktyczną pracy dyplomowej. Mimo że nie było etatów, dla mnie się znalazł. Początkowo pracowałem w dziale technologicznym. Dedykowano mnie do zadań specjalnych, miałem sprawdzać, czy wszystko działa, i szukać nowych rozwiązań. Wysłano mnie na studia podyplomowe, do Instytutu Mechaniki Precyzyjnej na Politechnikę Warszawską. Uczyłem się sterowania maszynami cyfrowymi i robotami przemysłowymi. Wtedy nikt nie wiedział, z czym to się je. W trakcie studiów szef mnie zawołał i zaproponował stanowisko zastępcy szefa narzędziowni. Powiedział wtedy, że ja daleko zajdę i mam się uczyć, żeby się dalej rozwijać. Pracowałem rok, mój wspaniały szef technolog awansował i został kierownikiem innej fabryki, jego miejsce zajął szef narzędziowni, a mi zaproponowano stanowisko kierownika narzędziowni.

Ile miał Pan lat?
Miałem 26 lat. Pracowałem tam osiem lat. Miałem wspaniały zespół ludzi. Nigdy później taka ekipa się nie powtórzyła. Byliśmy niezwykle skuteczni, nie było dla nas rzeczy niemożliwych, bardzo się lubiliśmy i szanowaliśmy, a dyrekcja zakładu zawsze mogła na nas liczyć. Za tym oczywiście szły premie (śmiech) – mój zespół zarabiał najlepiej w całym zakładzie. Pewnego dnia mój szef, główny inżynier, awansował. Powołano zastępcę, ale często nie radził sobie zbyt dobrze. O wszystko pytał mnie, a ja mogąc się wykazać, podpowiadałem rozwiązania. W końcu wyjechał za granicę, a głównym inżynierem zostałem ja. Miałem zostać kierownikiem fabryki, ale odmówiłem. Być może dlatego, że to było pytanie w kuluarach i nikt oficjalnie go nie zadał, być może dlatego, że wiedziałem, że jak już nim zostanę, utonę w dokumentach. Wolałem pracować. I tu zadziało się coś, czego się nie spodziewałem. Zespół się zbuntował, bo chcieli mnie na szefa. W międzyczasie dostałem propozycję od innej firmy wdrożenia wodomierza tworzywowego, co było absolutną nowością i wielkim wyzwaniem dla mnie. Złożyłem wypowiedzenie.

Jak było w nowym miejscu?
Dobrze, ale tylko na początku. Potem zacząłem ścierać się z tamtejszym prezesem. Mieliśmy różne wizje rozwoju i wartości. Po kilku latach uznałem, że czas zakończyć tę przygodę, ale nie miałem pomysłu, co dalej. Trafiłem do firmy w Świerkówkach, produkującej elementy tworzywowe do wodomierzy, którymi się zajmowałem wcześniej. Szef tej firmy był wybitnym specjalistą od przeróbki tworzyw sztucznych. Spędziłem tam trochę i czasu i jak to ja…

Znowu szukał Pan wyzwań.
Dokładnie! Pewnego dnia w gazecie przeczytałem, że Fabryka Armatur w Swarzędzu, gdzie zresztą mieszkaliśmy, ogłasza konkurs na dyrektora. Syn, który chodził wtedy do szkoły podstawowej powiedział, że mam spróbować, bo będę miał pracę blisko domu.

I co?
Początkowo nie chciałem, ale w końcu nie mając lepszego pomysłu na dalszy rozwój, zaniosłem tam dokumenty. Proszę sobie wyobrazić, że wszedłem prosto na dyrektora technicznego, którego znałem z czasów Cegielskiego. Zaprosił mnie na kawę, zapytał, co tu robię. Odpowiedziałem, że złożyłem dokumenty. Pamiętam, jak odradzał mi tę funkcję, mówiąc, że wszystko jest już poukładane… I jak Pani myśli, co zrobiłem?

Na pewno to Pana zmobilizowało.
Zaparłem się jak nigdy dotąd. Komisja rekrutująca była powołana przez Urząd Wojewódzki, bo to było przedsiębiorstwo państwowe. Startowało 28 osób. Zdobyłem największą liczbę punktów i znalazłem się w finałowej trójce. Miałem mocnych konkurentów, którzy przyjechali na spotkanie z konkretnymi prezentacjami i planami. Zastanawiałem się, co ja im pokażę. Gdy zapytali o moją wizję firmy, zacytowałem Winstona Churchilla, który powiedział: „Mogę wam obiecać tylko krew, znój, łzy i pot”, a potem zobaczymy. Zapytali, kiedy mogę zacząć. I tak rozpoczęła się moja wielka przygoda z tą fabryką, która trwa do dziś.

W jakiej kondycji obecnie jest fabryka?
Dzisiaj jesteśmy największym konsumentem mosiądzu w Polsce. Zbudowałem silny zespół, w skład którego wchodzi też moja rodzina. Wszyscy doskonale wykwalifikowani. Specjalizujemy się w kuciu matrycowym stali, mosiądzu i brązu. Oferujemy pełen zakres obróbki skrawaniem na maszynach CNC. Mamy wieloletnie doświadczenie w obróbce wymagających części dla branży motoryzacyjnej, armaturowej, gazowej, kolejowej. Wracając do ludzi – nie jest łatwo dzisiaj o dobrych pracowników. Świat robi się coraz bardziej brutalny, UE nakłada na nas coraz większe wymogi związane z dokumentacją. To prowadzi do spadku konkurencyjności, a liczba etatów wzrasta, bo nie nadążamy z papierologią. To jest absurd, ale takie mamy czasy i musimy się z tym mierzyć.

Dla kogo dzisiaj produkujecie?
Naszymi odbiorcami są najwięksi krajowi i europejscy producenci. Ponad 40 procent to eksport. Specjalizujemy się w produkcji obrobionych korpusów wodomierzy i ciepłomierzy przy zastosowaniu najnowocześniejszej technologii kucia matrycowego. Zakład przeszedł prywatyzację, którą prowadziłem wiele lat. Był to żmudny i trudny proces, ale udało się. Walczyłem o tę firmę, jakby była moja. Dzisiaj jestem z tego dumny i wiem, że postąpiłem właściwie. W 2010 roku przenieśliśmy siedzibę z centrum Swarzędza do Rabowic.

Nadążacie za pozostałymi uwarunkowaniami unijnymi?
Tak. Mamy własną farmę fotowoltaiczną, dużo rozwiązań ekologicznych, jak: solary do podgrzewania wody, obieg wody zamkniętej, rekuperację ciepła, własną oczyszczalnię. Obecnie stoimy przed wielomilionową inwestycją w park maszynowy, żeby sprostać konkurencji.

Trzymam kciuki!
Nie dziękuję. Wie Pani, ja zawsze idę pod prąd i to się udaje.