Marek Probosz: Wolność i odwaga to moje życiowe motto
O podróży, która stała się początkiem książki dla dzieci, porzuceniu kariery dla wolności, miłości dającej siłę i bohaterach, którzy zmieniają człowieka – rozmowa z Markiem Proboszem, aktorem, reżyserem, scenarzystą, pisarzem i profesorem UCLA.

ROZMAWIA: Elżbieta Podolska
ZDJĘCIA: Archiwum prywatne
Panie Marku, jak Poznań?
Marek Probosz: Poznań świetnie! Przyjechałem tutaj z misją: chcę opowiedzieć historię niezwykłego człowieka, Ignacego Jana Paderewskiego. Na wieść o jego przybyciu do Poznania wybuchło powstanie wielkopolskie. Iskra, którą przywiózł, pomogła dokonać cudu: Wielkopolska zrzuciła niemieckie jarzmo. To przecież nasze pierwsze zwycięskie powstanie. Byłem w hotelu Bazar. Zobaczyłem balkon, z którego Paderewski przemawiał do zgromadzonych ludzi. Przeszły mnie dreszcze. Niezwykłe uczucie znaleźć się w miejscu, w którym historia wydarzyła się naprawdę. Odkrywam też miasto. Byliśmy na Cytadeli i oglądaliśmy rzeźby Magdaleny Abakanowicz. Żeby zobaczyć je z innej perspektywy, stanąłem wśród nich na głowie. Zachód słońca, piękne kolory nieba – to był cudowny dzień.
Czyli jest Pan trochę Poznaniakiem?
Trochę! Przez Paderewskiego.
Jest Pan też trochę szalonym człowiekiem, prawda?
Trochę to mało powiedziane!
Po lekturze Pana książek pomyślałam, że ma Pan niesamowicie wolną duszę. Skąd ta potrzeba wolności?
Wolność bardzo sobie cenię. Największym nieszczęściem, jakie mogłoby mnie spotkać, byłoby jej odebranie. Właśnie z tej potrzeby wzięła się moja emigracja do Ameryki. W Polsce miałem fantastyczną karierę. Odnosiłem sukcesy w teatrze, filmie i telewizji, reżyserowałem, grałem w produkcjach niemieckich. W Warszawie stworzyłem Scenę Młodych, teatr, w którym byłem jedynym aktorem. Zagrałem tam monodram „Romans na skrzydłówkę”, na żywo towarzyszył mi Tomasz Stańko. Zacząłem również wykładać aktorstwo. Początkowo uważałem, że jestem za młody, ale szybko odkryłem, jak wiele satysfakcji daje dzielenie się doświadczeniem. Dzisiaj jestem profesorem na Uniwersytecie Kalifornijskim w Los Angeles. Przygotowuję także aktorów do głównych ról w hollywoodzkich produkcjach. W gruncie rzeczy robię to samo, co kiedyś w Warszawie, tylko na inną skalę.
Czyli jest Pan człowiekiem renesansu?
Zdecydowanie. Robię to, co kocham. Niedawno zapytano mnie, co najbardziej lubię: być aktorem, reżyserem, autorem czy scenarzystą. Odpowiedziałem, że pominięto najważniejszą funkcję: bycie ojcem, a teraz dziadkiem. Wolność, niezależność i możliwość robienia tego, co się kocha, są dla mnie kluczowe. Z wiekiem coraz bardziej zależy mi na jakości. Czasu jest coraz mniej, nie chcę go marnować.
Wolność i odwaga. To Pana życiowe motto?
Tak, ale dodałbym jeszcze wytrwałość. Mój dziadek otrzymał w 1938 roku Wawrzyn Literacki Polskiej Akademii Literatury. Rok później Niemcy aresztowali go, wywieźli do Dachau i zamordowali w 1942 roku. Podczas aresztowania był bity, a jego twórczość palono. Zdążył napisać kilka zdań na skrawku papieru i rzucić go w śnieg. Niemcy go nie zauważyli. Mój ojciec odczytał później słowa: „Życzę Ci serca mocy, abyś co dzień i w nocy wytrwał, wytrwał, wytrwał. Choćbyś miał ziemskie ciało w proch spalić, musisz ducha ocalić”. To moje motto. Odwaga, wytrwałość i wolność zawierają się w tych kilku zdaniach.
Podróż jest jednym z najważniejszych motywów Pana twórczości. Od niej zaczęła się również książka „Eldorado”. Skąd wziął się pomysł na tę historię?
Podróż mnie napędza. Kiedy człowiek jest w drodze, nie wie, co wydarzy się za zakrętem, za drzewem, za oceanem. Dopóki istnieje tajemnica, życie ma sens. Wielu rzeczy nie odkryjemy, siedząc w domu. Trzeba ruszyć w drogę. Jednym z moich ulubionych bohaterów jest Odyseusz. Grałem go na scenie w Getty Villa w Malibu. Początkowo nie chciał opuszczać Itaki: miał żonę, syna, był królem. Ale kiedy wyruszył, trudno było mu wrócić. Kolejna wyspa, przygoda, przeszkoda. Jestem do niego podobny. Trudno mi podjąć decyzję o wyjeździe, ale kiedy już ruszę, trudno mnie zatrzymać. Przemawia do mnie myśl, że jeśli Odyseusz wróci do Itaki, a Itaka nie okaże się podróżą, nie będzie już jego domem. Bo jego domem jest podróż.

Tak samo było z wyprawą do Peru?
Tak. Kiedy nasze dzieci podrosły na tyle, by pojechać z babcią do Polski, po raz pierwszy od dawna mogliśmy z żoną wybrać się gdzieś sami. Gosia jest mistrzynią jogi. Pewnego dnia, podczas medytacji, zobaczyłem w trzecim oku neonowe światło z napisem: „Peru, Peru, Peru”. Powiedziałem: „Jedziemy do Peru”.
Nasz przewodnik Daniel, człowiek o inkaskich korzeniach, zabrał nas na dwutygodniową wyprawę przez Andy. Wędrowaliśmy przez przełęcze na wysokości około pięciu tysięcy metrów i odwiedzaliśmy odległe miejsca związane z historią Inków. Daniel opowiadał o ich kulturze i tragicznych losach podczas hiszpańskiego podboju. Uświadomiłem sobie, że te historie są tak niezwykłe, że jeśli ich nie zapiszę, znikną. Kiedy dotarliśmy do Cuzco, dawnej stolicy Inków, zamknąłem się na poddaszu i zacząłem pisać. Przez 48 godzin właściwie nie przestawałem pracować. Napisałem tę historię dla własnych dzieci. Nie myślałem o wydaniu książki, chciałem podzielić się z nimi skarbem, który odnaleźliśmy w Peru.
I tym skarbem było „Eldorado”?
Tak! Zawsze fascynowała mnie legenda o złotym mieście Inków. Kiedy dzieci wróciły do Los Angeles, zacząłem czytać im opowieść. Następnego dnia znów chciały słuchać, a potem kolejnego. W końcu córka zapytała: „Tato, a inne dzieci też wiedzą, gdzie jest Eldorado?”. Odpowiedziałem, że nie, bo to nasza tajemnica. A ona na to: „Tato, inne dzieci też powinny wiedzieć, gdzie to jest”. I miała rację.
Jak prywatna opowieść dla dzieci stała się książką?
Pomógł przypadek. Na wystawie fotografii w Teatrze Polonia poznałem Piotra, który kierował wydawnictwem publikującym książki dla dzieci i młodzieży. Opowiedziałem mu o Peru i historii napisanej dla moich dzieci. Poprosił, żebym przesłał mu tekst. Po pewnym czasie napisał, że sam jeszcze go nie przeczytał, ale jego żona zrobiła to już pięć razy! Był zachwycony jej reakcją i chciał opublikować opowieść. Tak narodziła się książka – z podróży, marzenia i potrzeby podzielenia się tym, co przeżyliśmy.
„Eldorado” jest książką dla dzieci, ale ma w sobie coś więcej niż przygodową baśń.
Bo baśń nigdy nie jest tylko baśnią. To moralitet, przypowieść, początek literatury i świata wyobraźni. Sam zaczynałem karierę sceniczną w teatrzyku baśni. Moją pierwszą rolą był błazen na dworze królewskim w „Księżniczce na ziarnku grochu” Andersena. Czasami mam wrażenie, że do dzisiaj zabawiam publiczność. Dwory i królowie się zmieniają, a błazen pozostaje błaznem. Z wiekiem przybywa mu tylko trochę oleju w głowie. Ale fantazja musi pozostać. Bez niej nie ma życia.
Czy od zawsze miał Pan w sobie potrzebę przekraczania granic?
Myślę, że z pewnymi rzeczami człowiek się rodzi. Nosimy w sobie DNA przodków, ale mamy wolny wybór. Możemy inwestować w siebie, podróże, odwagę i szaleństwo albo zostać w bezpiecznej klatce. Jestem urodzonym na Śląsku góralem. Być może odziedziczyłem przekorę i niezależność. Każdy z nas jest cudem. Spośród milionów możliwości akurat my znaleźliśmy się tutaj. Gombrowicz pisał o gębie, łydce i upupianiu, o wszystkim, co nas klasyfikuje i ogranicza. Trzeba się z tego wydobyć. Skrzydła, które wydaje nam się, że ktoś nam odebrał, ciągle w nas są. Trzeba tylko mieć odwagę, żeby ich użyć.
W Pana życiu takim momentem był wyjazd do Stanów Zjednoczonych w 1987 roku. Zostawił Pan karierę i wszystko, co udało się Panu zbudować.
Tak. To był bilet w jedną stronę. Nie było telefonów komórkowych ani internetu, a listy podlegały cenzurze. Żeby zadzwonić do Polski, trzeba było zamawiać rozmowę międzynarodową i czekać nawet tydzień albo dwa. Nosiłem ze sobą ciężkie worki z ćwierćdolarówkami, bo telefonowanie kosztowało. Nie wiedziałem, jakie będą konsekwencje mojej decyzji, ale byłem pewien, że najważniejsza w życiu nie jest kariera, tylko wolność. W 1987 roku nikt nie wiedział, że trzy lata później tak wiele się zmieni. Gdybym wyjechał później, moje życie mogłoby potoczyć się zupełnie inaczej.
Czy czerwony guzik, o którym Pan często mówi, ma związek z tą decyzją?
To coś więcej niż metafora. W mojej książce „Zadzwoń, jak cię zabiją” opisałem historię z czasów komunizmu, kiedy zdecydowałem się przerwać spektakl, naciskając czerwony guzik. Wiedziałem, że mogą mnie za to spotkać bardzo poważne konsekwencje, ale mimo to podjąłem tę decyzję. Nie chciałem działać wbrew sobie. To był jeden z momentów, które uświadomiły mi, że nie potrafię żyć w zniewoleniu, i jeden z powodów, dla których zdecydowałem się wyjechać z Polski. Czasami w życiu pojawia się taki czerwony guzik. Trzeba go nacisnąć, choć nie wiadomo, co wydarzy się później.
Nie bał się Pan?
Oczywiście, że się bałem. Nie znałem nawet dobrze angielskiego. Przyjechałem do Hollywood na zaproszenie American Cinematheque. Miałem zostać trzy tygodnie, ale właśnie wtedy postanowiłem, że zostaję. Oczywiście, nie wszystko było łatwe. Pierwsze trzy lata to było wycie do księżyca: ból, męka, poczucie, że człowiek walczy z czymś, czego jeszcze nie potrafi oswoić.
W Ameryce wyzwanie jest totalne. Trzeba wejść do pokoju, w którym wszyscy mówią, że drzwi są zamknięte, i mimo to znaleźć powód, żeby zostać. Nie po to, żeby kogoś wykolegować, ale dlatego, że masz coś do zaoferowania. Wcześniej czy później światło przebije się przez czarny tunel. A ludzie potrzebują światła.
W tym tunelu pojawiła się jednak Gosia.
Tak, pojawił się anioł. Kiedy studiowałem reżyserię w American Film Institute w Los Angeles, nakręciłem krótki film „Fragment do śmierci”, dedykowany Pier Paolo Pasoliniemu i księdzu Jerzemu Popiełuszce. W filmie Gosia zagrała anioła. W kolejnych wcielała się w zupełnie inne postacie. Jak widać, talent ma wszechstronny!
A tak poważnie: spotkanie z żoną pomogło Panu przetrwać emigrację?
Ogromnie. Gosia była balsamem na serce. Uspokoiła mój ból, to wycie do księżyca. Jesteśmy razem 38 lat. Odnalezienie partnera, który jest z tobą nie tylko na co dzień, ale również duchowo, to wielka sprawa. Taki partner cię zasila. I ja dostałem taką zasilającą osobę.
Czy łatwo jest być żoną człowieka, który nieustannie podejmuje ryzyko?
Nie zawsze. Byłem i jestem człowiekiem żywiołem. Ogień, Mars, Baran – tak o sobie mówię. Ale rodzina zawsze była dla mnie najważniejsza. Kiedy pojawiła się możliwość powrotu do Polski i pracy w Teatrze Narodowym, stanąłem przed dylematem. Jerzy Grzegorzewski zaprosił mnie do zespołu. Wróciłem do domu szczęśliwy, a wtedy Gosia powiedziała, że jest w ciąży i chce urodzić dziecko w Stanach Zjednoczonych. Musiałem wybierać: kariera czy rodzina. Odpowiedź była oczywista. Wybrałem rodzinę i wróciłem do Los Angeles.
Czy miał Pan poczucie straconej szansy?
Oczywiście, że miałem wątpliwości. Ale kiedy podejmuje się decyzję, trzeba brać za nią odpowiedzialność.
Pewna historia o młodych ludziach, którzy zginęli w wypadku samochodowym, uświadomiła mi, jak kruche jest życie. Zacząłem myśleć o młodych ludziach, o samobójstwach i o tym, jak wiele osób nie potrafi odnaleźć sensu istnienia. Postanowiłem napisać scenariusz filmu na ten temat. Tak powstał „Why Am I?”, czyli „Dlaczego jestem?”. Przez siedem lat pisałem, szukałem pieniędzy, produkowałem, montowałem i doprowadzałem film do dystrybucji w Stanach Zjednoczonych. Otrzymałem za niego nagrodę publiczności. Stoi do dziś na moim biurku w Santa Monica i przypomina mi, dlaczego warto było podjąć ten wysiłek.
W Pana dorobku szczególne miejsce zajmują postaci historyczne. Grał Pan Witolda Pileckiego i Norwida, a teraz przygotowuje Pan monodram o Paderewskim. Co Pana w nich przyciąga?
Zawsze powtarzałem, czasami ku niezadowoleniu mojej żony: „Nie mów mi o cierpieniach maluczkich, mów mi o cierpieniach bogów, a będę wylewał krwawe łzy”. W wielkich postaciach jest coś, co nas fascynuje, choć początkowo nie potrafimy tego zrozumieć. Ich decyzje i wybory czasami wydają się niemożliwe. Mam w domu przezwisko „Heyoka”. To ktoś z tradycji niektórych rdzennych społeczności Ameryki, kto robi rzeczy na odwrót, patrzy na świat z innej perspektywy. Właśnie tacy są dla mnie wielcy bohaterowie.
Kiedy dostałem scenariusz filmu o Witoldzie Pileckim, niewiele o nim wiedziałem. Przeczytałem i dosłownie spadłem z krzesła. Zacząłem chłonąć wszystko, co mogłem znaleźć na jego temat. To był człowiek, który dobrowolnie poszedł do Auschwitz. Miał żonę, dwoje dzieci, był gospodarzem, artystą i patriotą, a jednak zdecydował się wejść do piekła na ziemi, żeby przekazać światu prawdę o tym, co tam się dzieje. Jak zrozumieć człowieka, który świadomie naraża życie, choć ma wszystko, co mogłoby go zatrzymać? Właśnie to mnie fascynuje.
To spotkanie z Pileckim zmieniło również Pana?
Każdy taki bohater mnie zmienia. Kiedy zgłębiam jego życie, czuję, że sam staję się większy, silniejszy i odważniejszy. To nie tylko praca nad rolą, ale również nad sobą. Rola Pileckiego stała się dla mnie wielkim powrotem do Polski. Kiedy wchodzę na scenę, nie chcę, żeby widzowie widzieli Marka Probosza. Chcę, żeby zobaczyli Pileckiego albo Norwida.
Z Norwidem musiał Pan spędzić wyjątkowo dużo czasu.
Osiem miesięcy pracowałem nad tekstem, który napisał dla mnie Kazimierz Braun. Było to podczas pandemii. Chodziłem nad Oceanem Spokojnym, czytałem, powtarzałem i próbowałem zrozumieć każde zdanie. Początkowo tekst liczył 35 stron, ostatecznie zostało 19. W pewnym momencie przestałem już tylko uczyć się Norwida. Zacząłem myśleć jak Norwid. Ludzie często mówią, że w szkole nie rozumieli jego poezji. Czytam im fragment i pytam, czy rozumieją. Odpowiadają: „Ciebie zrozumiałem”. Na tym polega aktorstwo: trzeba wejść w sposób myślenia bohatera, by jego słowa przestały być obce.
Co dalej? Paderewski?
Tak. Paderewski jest teraz moją misją. Przygotowałem też spektakl „Performance w czterech aktach”. W pierwszym przedstawiam Juliusza Słowackiego poprzez Kordiana na szczycie Mont Blanc, w drugim wcielam się w księdza Jerzego Popiełuszkę, w trzecim pojawia się Ignacy Jan Paderewski, a w czwartym – Norwid. Całość trwa około 90 minut i towarzyszy jej muzyka fortepianowa na żywo. Największą satysfakcję mam wtedy, kiedy widzę, że widzowie płaczą, mają gęsią skórkę i po spektaklu mówią: „Dziękujemy”. Wtedy wiem, że ta praca ma sens.
Dlaczego wybiera Pan właśnie takich bohaterów?
Bo z nimi nie można się znudzić. Mogę pracować miesiącami i ciągle odkrywać coś nowego. Oni się nie starzeją w mojej wyobraźni. Ja się zmieniam, oni się zmieniają, a każde kolejne spotkanie przynosi coś innego. Mam już następny projekt: Józef Konrad, czyli Joseph Conrad. Po Paderewskim przyjdzie jego kolej.
Wspomniał Pan, że trzecia Pana książka jest już właściwie gotowa. Kiedy możemy się jej spodziewać?
Ona już jest. Leży, czeka, trzeba ją tylko przygotować do wydania. Piszę dzienniki od początku lat dziewięćdziesiątych. Mam całe kolumny zapisanych stron, właściwie bibliotekę własnych dzienników. Trzeba je uporządkować i zdecydować, co oraz w jakiej formie opublikować. Dlatego rzucam dziś w przestrzeń: w 2028 roku powinna ukazać się moja trzecia książka. Mam świadków, więc nie będzie już odwrotu!
Co sprawia, że chce Pan tyle pisać?
Ostatnio zostałem dziadkiem i coraz mocniej czuję, jak ważne jest to, co po sobie zostawiamy. Nas zabraknie, a książki i filmy pozostaną. Nie ma znaczenia, czy będzie to tysiąc osób, czy tylko jeden widz. Jeśli dzięki naszej pracy choć jeden człowiek coś zrozumie, zmieni się albo odnajdzie nadzieję, to już ma sens. Homer napisał „Odyseję” ponad dwa tysiące lat temu, a my nadal ją czytamy. Człowiek przemija, ale jego słowa mogą zostać.
Bursztyny, które Pan nosi, mają dla Pana szczególne znaczenie?
Oczywiście. Bursztyn może mieć miliony lat. Każdy ma swoją historię. Mieszkam na drugim końcu świata, nad Oceanem Spokojnym, w Los Angeles, a bursztyn pochodzi z naszego Bałtyku. Jest kawałkiem rodzinnego domu, polskiej i europejskiej historii, którą mogę mieć zawsze przy sobie.