Najnowszy numer SUKCESU już dostępny 🌞 Sukces po poznańsku to najpopularniejszy magazyn lifestylowy o Poznaniu 🌞  

Organizator:

Strażniczka rockowej klasy. Bianka Cadler i jej droga na wielką scenę

Podziel się

Wstaje o szóstej rano, by przed lekcjami w szkole zaliczyć zaległy sprawdzian. Kilka godzin później powtarza materiał z kształcenia słuchu, by wieczorem ruszyć w trasę między Poznaniem, Chorzowem a Bydgoszczą. Gdy na scenie Teatru Rozrywki gasną światła, a ona wciela się w postać Jenny w musicalu „School of Rock”, zmęczenie znika, a trema zamienia się w czystą, sceniczną energię. O kulisach życia młodej artystki, dyscyplinie, nauce na dwie szkoły i o tym, jak to jest mieć córkę, która tańczy na szkolnych ławkach, rozmawiamy z Bianką oraz jej rodzicami – Anią i Rafałem.

 

ROZMAWIA: Anna Kowalska

ZDJĘCIA: Artur Wacławek, archiwum rodzinne

 

„Mayday, dyra idzie!”, czyli jak chłopak stał się dziewczyną

Bardzo się cieszę, że udało nam się spotkać, bo na co dzień żyjesz w tak zawrotnym tempie, że dołożenie kolejnej pozycji w Twoim kalendarzu było wielkim wyzwaniem. Zacznijmy od tematu Twojego sukcesu w Chorzowie. Ostatnio miałaś okazję zagrać w głośnym musicalu „School of Rock”. Dla tych czytelników, którzy jeszcze nie mieli okazji wybrać się na Śląsk do Teatru Rozrywki: kim jest Twoja bohaterka i jaka jest jej rola w tym całym rockowym zamieszaniu?

Bianka Cadler: W musicalu „School of Rock” gram postać Jenny. Można powiedzieć, że to taka nieoficjalna ochroniarka całego naszego szkolnego bandu rockowego, która ma niezwykle odpowiedzialne zadanie. Sprawdza, żeby pani dyrektor nie przyłapała klasy na graniu, tańczeniu, śpiewaniu i wygłupach z nauczycielem zamiast nauki. To rola bardzo dynamiczna, głośna i niezwykle energiczna.

Musiałaś długo pracować nad kreacją Jenny, czy od razu poczułaś, że nadajecie na tych samych falach?

BC: Od razu poczułam, że jestem do niej podobna i mocno się z nią utożsamiam! Prywatnie też jestem bardzo energiczna, wszędzie mnie pełno, lubię, jak coś się dzieje. Kiedy teatr przysłał nam materiały wideo, żebym mogła się zapoznać z całą strukturą spektaklu, od razu wiedziałam, że to będzie moja ulubiona rola. Czułam, że ta postać ma w sobie mój pierwiastek.

Spektakl jest inspirowany brodwayowskim musicalem i kultowym filmem z Jackiem Blackiem. Co ciekawe w obu tych wersjach Twoją postać grał... chłopak o imieniu James! Jak James stał się Jenny?

BC: To było dla mnie ogromne zaskoczenie i wyróżnienie. Reżyser i produkcja zdecydowali się zmienić tę postać na dziewczęcą po tym, jak zobaczyli moje predyspozycje na próbach. Rola została w pewien sposób uszyta pod moje możliwości. Mam mnóstwo świetnego tekstu, dużo tańca i śpiewu. No i ten moment, kiedy muszę zemdleć albo udawać chorobę i kaszleć przed menadżerem konkursu dla kapel rockowych „Bitwa Gigantów” – to czysta zabawa.

Droga na tę śląską scenę wcale nie była prosta. Casting do „School of Rock” był wieloetapowy, długi i wymagający. Jak to wyglądało krok po kroku? Myślę, że to świetna wskazówka dla wielu młodych ludzi, którzy marzą o podobnej drodze.

BC: Informację o castingu znalazła moja pani od wokalu. Na początku rodzice byli lekko sceptyczni, ale byłam nieugięta i zdeterminowana, więc rodzice uznali, że warto spróbować. Podeszliśmy do castingu bez większych oczekiwań. Potraktowaliśmy go jak nową przygodę, nowe doświadczenie. W pierwszym etapie musiałam nagrać wideo z wykonaniem dwóch wybranych przez teatr piosenek, a do tego zaprezentować fragment prozy lub wiersz i przesłać je online. Po dwóch, trzech tygodniach dostaliśmy informację, że przeszłam dalej i zostaliśmy zaproszeni do Chorzowa na przesłuchania na żywo. To dopiero były emocje.

Jak wyglądały kolejne kroki na miejscu?

BC: Najpierw odbył się etap wokalny i aktorski. Ponownie prezentowaliśmy przygotowane utwory i literaturę przed komisją castingu. Czekanie na listę nazwisk osób przechodzących dalej do etapu choreografii było wielkim stresem, zwłaszcza że konkurencja była ogromna. W całym castingu to chyba właśnie czekanie było najbardziej stresujące. Ale w końcu przyszły wyniki. Dostałam się! Etap taneczny poszedł mi naprawdę świetnie, czułam tę choreografię bardzo dobrze. Następnie znowu czekaliśmy – tym razem około miesiąca. I wreszcie nadeszła ta wiadomość… Dostałam się do obsady!

 

Gdy gasną światła, a mama zamyka oczy

Pamiętasz moment, kiedy stałaś pierwszy raz za kulisami, miałaś na sobie kostium, podpięty mikroport, światła na widowni zgasły, zapadła cisza, a kurtyna poszła w górę? Co wtedy czuje młoda dziewczyna? Był strach czy radość ze spełnienia marzenia? Co w takiej chwili czują rodzice?

BC: To była przede wszystkim gigantyczna, pozytywna ekscytacja! W ogóle nie czułam stresu, który paraliżuje i odbiera głos, tylko taki, który działa mobilizująco. Oczywiście, była lekka trema, ale wiedziałam, że jestem bardzo dobrze przygotowana. Kiedy więc nadeszła pora wejścia na scenę, czułam po prostu czystą radość. Myślę, że sekretem jest to, że bezgranicznie kocham to robić. Cieszyłam się chwilą i robiłam swoje.

Mama: My, jako rodzice, przeżywaliśmy to chyba stokroć mocniej. Te szkolne ławki w scenografii są naprawdę malutkie, dzieciaki po nich biegają, skaczą i tańczą. Siedziałam na widowni cała spięta, żeby tylko nie spadła. Z tych emocji z pierwszego spektaklu naprawdę niewiele pamiętam.

Tata: Potwierdzam, stres jest nie do opisania. Moja złota rada dla wszystkich rodziców w podobnej sytuacji: absolutnie nie pijcie kawy, emocje tak rozsadzają organizm, że kofeina jest całkowicie zbędna (śmiech). Dodatkowo musimy w tym wszystkim zachować zimną krew, żeby być dla dziecka podporą. Przed wyjściem na scenę zawsze powtarzamy Biance, że to ma być przede wszystkim wspaniała przygoda, zabawa i zbieranie doświadczeń.

Wspominałaś, że ta rola wymagała od Ciebie wszechstronności: śpiew, taniec, aktorstwo. Który z tych elementów okazał się dla Ciebie największym wyzwaniem?

BC: Piosenki, partie wokalne i choreografie były dla mnie najprostszą i najprzyjemniejszą częścią, bo mieliśmy genialnych instruktorów i wymagających, ale świetnych choreografów. Najtrudniejsza okazała się cała ta niewidoczna dla widza machina sceniczna, czyli tak zwane ustawienia. Każdy z nas ma na scenie wyznaczone co do centymetra miejsce. Wystarczy, że jedna osoba pomyli się o krok, stanie za daleko albo za blisko, i na scenie rodzi się chaos, który może zepsuć cały układ. W „School of Rock” dzieje się mnóstwo rzeczy naraz. Na szczęście na moich spektaklach wszystko wyszło bezbłędnie. Byliśmy z siebie bardzo dumni.

Skoro dotknęliśmy tematu trudności na scenie – spektakl „School of Rock” trwa ponad trzy godziny. To potężne obciążenie. Jak udaje Ci się utrzymać tak wysoki poziom energii od pierwszej do ostatniej minuty? Masz swoje sprawdzone metody?

BC: Spektakl trwa trzy godziny i 15 minut, ale trzeba doliczyć jeszcze przygotowania, co realnie przekłada się na cały dzień pracy. Muszę wstać o 7:00 rano na próbę wznowieniową. Następnie pełna charakteryzacja i próba dźwięku. W takim maratonie najważniejsze są dwie rzeczy: dobre wyspanie oraz bardzo pożywne, przemyślane śniadanie. Na scenie spalam niesamowitą liczbę kalorii. W połowie spektaklu mamy jedną dłuższą przerwę i to jest jedyny moment, kiedy możemy napić się wody i zjeść coś wysokoenergetycznego. Bez pozytywnego nastawienia psychicznego i wiary we własne siły organizm po prostu odmówiłby posłuszeństwa w połowie drugiego aktu.

A co dzieje się w sytuacji, gdy w tej skomplikowanej machinie nagle coś pójdzie nie tak? Teatr na żywo ma to do siebie, że nie da się zrobić powtórki. Czy miałaś już sytuację kryzysową na scenie?

BC: Na moich spektaklach na szczęście wszystko zagrało idealnie, ale na próbach generalnych działy się różne rzeczy. W „School of Rock” na scenie występuje duża grupa dzieci. Nie jesteśmy dla siebie konkurencją, jesteśmy jednym zespołem. Działamy solidarnie. Jeśli widzimy, że kolega obok zapomniał wejść w swoje ustawienie albo zgubił element kostiumu, reagujemy tak, by widz myślał, że to część show. Ta czujność wycieńcza bardziej niż skoki i taniec, ale daje też największą satysfakcję, gdy kurtyna opada, a na widowni nie milkną owacje.

Występujesz w różnych miejscach, pod okiem różnych profesjonalistów i wśród wielu innych aktorów. Masz już swoje ulubione miejsca lub style pracy?

BC: Szczerze mówiąc, absolutnie nie. Wszystkie miejsca traktuję dokładnie tak samo i uwielbiam je całym swoim sercem. Każde z nich ma swoją własną, niepowtarzalną atmosferę. Spotkałam tam cudownych reżyserów (m.in. Jacka Mikołajczyka, Tomasza Czarneckiego, Karola Napieralskiego), wybitnych dyrygentów, wymagających instruktorów od choreografii i wokalu oraz świetnych przyjaciół wśród dziecięcej i dorosłej obsady. W tym miejscu chciałabym szczególnie wymienić Paulinę Magaj-Szpak, aktorkę Teatru Rozrywki, która gra w „School of Rock” rolę dyrektorki Rosalie Mullins i jest moją inspiracją.

 

Dwie szkoły i życie w trasie, czyli doba, która ma za mało godzin

Twoje życie to logistyczny majstersztyk. Mieszkasz w Poznaniu, grasz w Chorzowie i w Bydgoszczy. Łączenie nauki w szkole podstawowej ze szkołą muzyczną i tak intensywnym życiem zawodowym na scenie nie jest łatwe. Jak wygląda Twój przykładowy, zwyczajny dzień tygodnia?

BC: Weźmy na przykład taki poniedziałek lub środę, bo te dni wyglądają u mnie bardzo podobnie i są najbardziej intensywne. Wstaję rano, idę do szkoły podstawowej, gdzie lekcje kończę zazwyczaj o godzinie 12:20. Potem wracam błyskawicznie do domu i od razu siadam do fortepianu, żeby poćwiczyć. Następnie jedziemy z tatą do szkoły muzycznej. Droga z naszego domu zajmuje prawie godzinę. To czas, kiedy powtarzam materiał na sprawdziany albo czytam lektury. Zajęcia w szkole muzycznej są intensywne: mam indywidualne zajęcia z fortepianu, kształcenia słuchu i rytmiki. Po skończonych lekcjach w szkole muzycznej wracam późnym wieczorem do domu i... zaczyna się kolejny etap, czyli nadrabianie materiału ze szkoły podstawowej. Niestety, z racji moich częstych wyjazdów na próby i spektakle do Chorzowa czy Bydgoszczy, muszę sama pracować w domu. Nauczyciele rozliczają mnie z każdego tematu. Zdarza się, że wstaję o 6:00 rano, żeby na 7:00 pojechać do szkoły i napisać zaległy sprawdzian przed rozpoczęciem lekcji. Bywa tak, że w ciągu jednego dnia muszę zaliczyć dwa albo trzy duże testy z całego działu. Do tego dochodzą zadania domowe, projekty, rysunki. Wiem, że jeśli chcę mieć dobre oceny i jednocześnie grać w teatrze, wymaga to ode mnie intensywnej pracy. Ale naprawdę udaje mi się to wszystko bardzo dobrze i sprawnie łączyć.

Chciałabym cofnąć się na chwilę w czasie. Słucham o sukcesach Bianki i zastanawiam się, kiedy w Państwa domu pojawił się pierwszy impuls, że w tym dziecku drzemie autentyczny, wielki talent muzyczny i aktorski?

Mama: Kiedy Bianka skończyła trzy, cztery latka, zauważyłam, że potrafi idealnie wybić nóżką rytm, zanucić linię melodyczną i bezbłędnie, co do sekundy, wejść z wokalem w odpowiednim miejscu. Muzyka leciała w naszym domu cały czas, ona nią żyła.

Tata: Jej repertuar od samego początku był bardzo dojrzały. Wybierała trudne, radiowe hity, zarówno polskie, jak i angielskie. Jej pierwszą wielką miłością muzyczną była Sylwia Grzeszczak. Potrafiła odtworzyć jej skomplikowane linie wokalne, mając zaledwie pięć lat. Doskonale wiemy, że rodzice nie są obiektywni w ocenie własnych dzieci, dlatego postanowiliśmy skonsultować się z kimś, kto jest absolutnym profesjonalistą w tej dziedzinie.

Gdzie trafiliście?

Mama: Trafiliśmy do świetnej trenerki wokalnej, pani Aniki Kotrys, prowadzącej Poznań Voice Studio. Bianka miała wtedy niespełna sześć lat i była niesłychanie wstydliwym dzieckiem. Trzeba było włożyć ogromną pracę w to, by zaśpiewała w obecności innej osoby. Na pierwszych zajęciach Bianka stała w jednym pokoju, pani Anika w drugim. Usłyszeliśmy wtedy, że jej głos jest dojrzały, głęboki i ma naturalny talent, którego nie wolno zmarnować.

Tata: Śmiejemy się czasami z żoną, że to po prostu sprawa genetyczna. W mojej rodzinie śpiewało się zawsze i przy każdej możliwej okazji. Dziadek żony był multiinstrumentalistą. W przypadku Bianki te wszystkie linie przecięły się i dały piękny efekt.

Bianko, Twoja kariera rozwija się błyskawicznie. Masz już sprecyzowane plany i marzenia na kolejne lata?

BC: Moim największym marzeniem jest praca jako profesjonalna aktorka musicalowa i piosenkarka. Chcę łączyć wokal z choreografiami, bo taniec to moja kolejna wielka miłość. Bardzo chciałabym też podkładać głos w bajkach, serialach i filmach. Jakiś czas temu zaczęłam uczęszczać na warsztaty online w Akademii Dubbingu Kasi Łaskiej. To ona śpiewała kultowe utwory Elzy w „Krainie Lodu” i jest dla mnie gigantyczną inspiracją. A gdyby w tym świecie artystycznym coś poszło nie tak? Spokojnie, mam plan awaryjny! (śmiech) Poza sceną mam mnóstwo innych pasji. Na brak pomysłów na przyszłość na pewno nie narzekam!

Wasza historia to suma wielkiego talentu, systematycznej pracy i nieskończonego wsparcia rodziców, które prowadzą prosto na wielkie sceny. Życzę Tobie Bianko kolejnych wygranych castingów i samych owacji na stojąco! Dziękuję bardzo za inspirującą rozmowę.