Dom pełen lalek
Ponad czterysta pięćdziesiąt lalek, każda z własnym charakterem i przeszłością. W domu profesor Doroty Żołądź-Strzelczyk historia dzieciństwa dosłownie wychodzi z półek – zagląda z witryn, siada na krzesłach, towarzyszy codzienności. Za każdą z nich kryje się opowieść o dawnych fabrykach, modzie, marzeniach i realiach życia najmłodszych sprzed dekad. To nie tylko kolekcja, lecz żywe archiwum emocji i kultury, które dzięki pasji badaczki zyskuje nowe znaczenie i drugie życie.

ROZMAWIA: Anna Gidaszewska
ZDJĘCIA: Archiwum Doroty Żołądź-Strzelczyk
Skąd się wzięła pasja Pani Profesor?
Dorota Żołądź-Strzelczyk: Trudno jednoznacznie odpowiedzieć. Wszystko zaczęło się, gdy urodziłam córkę i to spowodowało, że zainteresowałam się losem dzieci w epoce staropolskiej i zobaczyłam, jak niewielu badaczy się tą problematyką wcześniej zajmowało i ile jest do zrobienia w tym zakresie. I tak powstała moja książka „Dziecko w dawnej Polsce”. Kolejnym krokiem było zainteresowanie zabawkami w dawnej Polsce. Wówczas to też była problematyka, którą nikt się prawie nie zajmował, bo zabawka uchodziła za przedmiot mało ważny i pewnie niewart zainteresowania naukowego, a jednak… Udało mi się zebrać zespół badaczek, których te zagadnienia również zajmowały, uzyskałyśmy dofinansowanie projektu z NCN i podjęłyśmy badania nad dawnymi zabawkami, czego rezultatem były konferencje naukowe (w Kielcach i w Gnieźnie) oraz publikacje, z których najważniejsza to „Dzieje zabawek dziecięcych na ziemiach polskich do początku XX wieku” (współautorstwo D. Żołądź-Strzelczyk, I. Gomułka, M. Nawrot-Borowska, K. Kabacińska-Łuczak, 2016). I wtedy dzielił mnie już tylko krok od zainteresowania się lalkami. W tym przypadku moje zainteresowania poszły jakby dwutorowo: zaczęłam kolekcjonować lalki i jednocześnie prowadzić poszukiwania i badania naukowe nad polskimi lalkami celuloidowymi. W tym zakresie współpracowałam z Alicją Sztylko z Radomia, również kolekcjonerką i znawczynią tych lalek. Nasza współpraca ponownie zaowocowała publikacją „Polskie lalki celuloidowe” (2022). Wykorzystałyśmy w niej nie tylko zachowane lalki, lecz także źródła pisane: archiwalia (niestety zachowane niekompletne lub jeszcze nieuporządkowane, w związku z tym niedostępne), cenniki i katalogi z różnych fabryk (Adama Szrajera, Seweryna Landaua, wytwórni Bambino czy katalog z roku 1956, zawierający spis produkowanych w tym czasie lalek z ilustracjami i opisami). Ponadto korzystałyśmy z czasopiśmiennictwa, wydawnictw informacyjnych, patentowych itp. Dopiero zebranie informacji z tych wszystkich źródeł pozwoliło na odtworzenie dziejów polskich lalek celuloidowych.
Moje zbiory są zasadniczo jednorodne, zbieram tylko polskie lalki i tylko lalki celuloidowe produkowane na ziemiach polskich w fabrykach w Kaliszu (słynna fabryka Adama Szrajera), Częstochowie (m.in. w fabryce Seweryna Landaua), a także w innych, mniej znanych fabrykach (Siedlce, Pionki, Jarkowice).

Czy w swojej kolekcji ma Pani Profesor jakąś lalkę ze swojego dzieciństwa? A może jakaś inna zabawka rozbudziła w małej Dorotce zamiłowanie do tego, co teraz robi dorosła Dorota?
Niestety moje lalki z dzieciństwa się nie zachowały. Mam tylko zdjęcie, na którym leżę w łóżeczku, jak miałam kilka miesięcy i obok siedzi lalka, którą dzisiaj mogę zidentyfikować. Jest to lalka wytworzona w Kaliszu, ten rodzaj produkowano przed wojną (symbol 610), w czasie wojny i po wojnie (symbol 501 lub 701). Ku mojemu żalowi nie wiem, co się stało z tą lalką, podobnie jak z inną, którą, jak pamiętam, miałam, kiedy byłam już nieco starsza. Była to lalka, również kaliska, jeden z najpopularniejszych i, chyba, najbardziej upragnionych przez dziewczynki modeli. Śpiąca lalka z czarnymi warkoczami. Lalki te były ubierane w stroje ludowe. Moja, jak pamiętam, była w stroju krakowskim i takie właśnie krakowianki były najpopularniejsze. Ponieważ produkowano je z matryc przedwojennych Adama Szrajera, część z nich jest sygnowana, najczęściej na głowie, a niekiedy również, albo tylko, na korpusie z tyłu, w górnej jego części. Była to kaliska sygnatura ASK w trójkącie. Niestety nie pamiętam, czy moja krakowianka była sygnowana. To tylko wspomnienia o moich lalkach, ale same one gdzieś zaginęły, pewnie dostała je moja młodsza kuzynka lub córka znajomych, nie chcę myśleć, że wylądowały na śmietniku…

W jaki sposób pozyskuje Pani Profesor lalki do swojej kolekcji?
Kupowałam je na aukcjach (Allegro, Olx, Ebay, Etsy), często z zagranicy, w tym ze Stanów Zjednoczonych, gdzie zachowało się sporo polskich lalek przedwojennych, szczególnie jeden typ lalki kaliskiej, takiej z celuloidowym popiersiem i resztą ciała szmacianą. Fabryka Szrajera produkowała je w dużym stopniu właśnie dla sklepów w Stanach, a ponieważ były one ubrane w stroje ludowe, można się domyślać, że kupowała je przede wszystkim Polonia amerykańska.
Kupowałam też lalki od handlarzy, od osób „czyszczących” stare domy. Niekiedy te lalki były w fatalnym stanie, nie dość, że brudne, niekiedy wręcz śmierdzące, trudno powiedzieć czym, to jeszcze w częściach, albo z tak sparciałymi gumkami, że wszystkie trzeba było wymieniać. Czyli umyć lalki, ostrożnie, żeby ich nie uszkodzić, nie zetrzeć malunku, nie porysować. Następnie umocować kończyny, głowę na nowych gumkach z wykorzystaniem specjalnych zawleczek, które pomagały w utrzymaniu kończyn. Jeżeli była to lalka śpiąca, z włosami, to jeszcze należało wyprać perukę, niekiedy postarać się o nową, umocować mechanizm otwierający i zamykający oczy. No i kwestia ubranek, jeżeli takie się zachowały. Oczywiście tak było najlepiej, jeśli wystarczyło je wyprać, ponaprawiać, pocerować i ponownie założyć lalce jej starą sukienkę. A jeżeli strój się nie zachował lub nie nadawał się do naprawy, wtedy trzeba było decydować, czy zostawić lalkę bez ubrania, czy może ubrać ją w coś innego. Dobrze było, jeśli trafiło się na ubranka z epoki, ale nie zawsze się to udawało, niekiedy trzeba było uszyć nowe sukienki.
Od pewnego czasu nie poszerzam już mojej kolekcji z kilku względów, głównie finansowych, te lalki są teraz bardzo drogie, a także lokalowych. Moja kolekcja liczy około 450 lalek, być może więcej, ale już przestałam liczyć i to nie są małe egzemplarze. Owszem, niektóre mają 10–12 cm, ale inne 68–70, a najczęściej 30–40–50. Część z nich to lalki siedzące, zatem potrzebują więcej miejsca. W moim domu są właściwie wszędzie, chociaż mają swój pokój, to „wychodzą” do innych pomieszczeń… Towarzyszą mi i moim bliskim na każdym kroku, w każdym miejscu w domu.

Czy jest jakaś wyjątkowa lalka w kolekcji Pani Profesor?
Zbieram polskie lalki celuloidowe, ale mam również kilka starszych lalek, biskwitowych, też z fabryki kaliskiej, ale z początków jej istnienia. Lalki takie produkowano w Kaliszu za czasów założyciela tamtejszej fabryki Jakuba Fingerhuta i są one sygnowane cyrylicą: literką f (Ф) lub sz (Ш), kiedy zięć Fingerhuta, mąż jego córki Berty, Adam Szrajer przejął fabrykę. To były czasy przed pierwszą wojną światową, Kalisz należał wtedy do Rosji i rosyjscy kolekcjonerzy i kolekcjonerki utrzymują, że są to lalki rosyjskie. I najwięcej ich znajduje się w Rosji, w zbiorach tamtejszych kolekcjonerów, głównie kolekcjonerek. Mam kilka takich lalek, ale traktuję je raczej jako wyjątkowe okazy, nie wchodzą do zasadniczej kolekcji. Każda z lalek jest jedyna w swoim rodzaju, nie ma dwóch takich samych. Lalki te były ręcznie malowane, zatem nie ma dwóch identycznych.
Co chciałaby Pani Profesor jeszcze pozyskać do swojej kolekcji?
Oczywiście są jeszcze modele, których nie mam w swojej kolekcji, np. słynna lalka wzorowana na dziecinnej aktorce Shirley Temple. Fabryka Szrajera uzyskała możliwość produkowania takich lalek i były one wytwarzane przed wojną, a następnie również w czasie okupacji przez Niemca Teodora Reinkego, dawnego pracownika Szrajera, który przejął fabrykę w tym czasie i nadal produkował tam lalki z matryc Szrajera, sygnując je TR w trójkącie. Takie Szirlejki, jak na nie mówiono, są niezwykle rzadkie. Ja w swojej kolekcji mam jedną, ale taką z czasów Reinkego, do tego lalka nie jest w najlepszym stanie. Niestety nie mam żadnej Szrajera.

Czy można gdzieś zobaczyć kolekcję Pani Profesor?
W tej chwili tylko u mnie w domu, zdjęcia znacznej części moich lalek są we wspomnianej książce. W przeszłości były eksponowane na wystawie w Muzeum Zamek Górków w Szamotułach, część była wystawiana na Kampusie Morasko w Bibliotece Collegium Historicum czy na moim Wydziale Studiów Edukacyjnych. Ale obecnie rozpoczęłam przygotowania wraz z paniami z Biblioteki Głównej UAM do wystawy, która planowana jest na grudzień 2026 roku w gmachu tejże biblioteki w Poznaniu przy ulicy Ratajczaka. Serdecznie zapraszam do zwiedzania.
Na koniec oczywiście muszę zapytać o to, jakie losy przewiduje Pani Profesor dla swojej kolekcji?
Moim marzeniem jest, aby kolekcję podarować jakiemuś muzeum. Gotowe przyjąć moje lalki do swych zbiorów jest Muzeum Zabawek i Zabawy w Kielcach, ale ja, jako Wielkopolanka, chciałbym, aby moja kolekcja trafiła do muzeum w Wielkopolsce.

Dorota Żołądź-Strzelczyk, prof. dr hab., ukończyła historię i archeologię na Wydziale Historycznym Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza w Poznaniu. Profesor nauk humanistycznych w zakresie historii (2003). Kierowniczka Zakładu Historii Kultury i Edukacji Wydziału Studiów Edukacyjnych UAM (2021–2025). Prodziekan Wydziału Studiów Edukacyjnych (2002–2008). Redaktor naczelna Biuletynu Historii Wychowania. Przewodnicząca Rady Naukowej Muzeum Zabawy i Zabawek w Kielcach. Jedna z założycielek i prezeska w latach 2016–2020 Towarzystwa Historii Edukacji, członkini PTPN.
Zainteresowania naukowe: dzieje wychowania epoki staropolskiej, dzieje dzieciństwa, opieki nad dzieckiem, kobieta w dawnej Polsce, dzieje szkolnictwa wielkopolskiego epoki staropolskiej, podróże edukacyjne XVI–XVII wieku, staropolskie instrukcje wychowawcze, dzieje zabaw i zabawek dziecięcych, polskie lalki celuloidowe.