Dziewczyny trzymają się razem
Zaczęło się od brawurowego pytania o możliwość zrobienia imprezy w poznańskim „Schronie”, a skończyło na budowaniu jednej z najbardziej rozpoznawalnych, nie tylko w Wielkopolsce, kobiecych społeczności. Aleksandra Hromada – historyczka, współtwórczyni kultowego klubu i prezeska Local Girls Movement – udowadnia, że empatia może iść w parze ze skutecznym zarządzaniem. W szczerej rozmowie opowiada o tym, jak walka o zdrowie syna na oddziale neonatologii spotęgowała potrzebę siostrzeństwa, dlaczego wciąż boryka się z „syndromem oszustki”, mimo przyznanych jej wielu prestiżowych tytułów, jak choćby Liderka Równości czy Poznanianka Roku. Poznajcie kobietę, która „lubi robić rzeczy” bez zimnej kalkulacji i wierzy, że lepszy, równy świat buduje się wspólnie.

ROZMAWIA: Ewa Gosiewska
ZDJĘCIA: Mery Wilczyńska
Skąd bierze się u Ciebie ta „dusza społeczniczki”? Czy to była świadomie obrana ścieżka, wynikająca z analizy świata, czy może raczej wrodzona, naturalna otwartość na drugiego człowieka, której po prostu nie potrafiłaś stłumić?
Aleksandra Hromada: Ja zawsze lubiłam po prostu robić rzeczy. A później chciałam robić te rzeczy dla innych. „Schron” miał być bezpiecznym miejscem dla ludzi, których łączy muzyka elektroniczna. Stała za tym chęć działania i mój młodzieńczy entuzjazm. Jednak jak otworzyliśmy „Schron”, to szybko się okazało, że muzyka to tylko fragment tej układanki. W tym miejscu wyrosła przecież społeczność, którą trzeba było zarządzać, konieczny był nadzór nad logistyką i wdrażaniem procesów. To mnie pochłonęło. Zaczęłam się rozwijać w tym kierunku: jak być dobrą szefową, jak być skuteczną liderką, jak się komunikować z ludźmi i jak budować zespoły. Czynną szefową „Schronu” byłam przez osiem lat. W międzyczasie otworzyliśmy jeszcze takie miejsce jak „Święty Spokój” i tam poczułam, że mogę wdrażać wszystkie inicjatywy społeczne, które zawsze mi w duszy grały. Wiedziałam, że to jest odpowiednia przestrzeń, a ja najbardziej nie lubię zmarnowanego potencjału. I mając tę przestrzeń, mając ludzi, chciałam ten potencjał wykorzystać. Jako szefowa, jako kobieta i jako właścicielka, byłam świadoma, że w miejscach publicznych, takich jak kluby muzyczne, dochodzi do różnych molestowań i przekraczania granic. Dlatego czułam się odpowiedzialna za to, żeby edukować ludzi, którzy przychodzili do „Schronu”. To właśnie tam zaczęłam pierwsze akcje, projekty społeczne, na rzecz edukacji, uświadamiania, czym jest to przekraczanie granic, jak się w takich sytuacjach zachować i komu to zgłosić.
Jaki główny cel Tobie przyświecał, kiedy tworzyłaś to miejsce?
Dziesięć lat temu przyszłam tam i powiedziałam: „Cześć, jestem Ola, mogę tu zrobić imprezę?” I tak się zadziało, a Kuba, chłopak, który wtedy tworzył Escape Room, został moim wspólnikiem. Jest taka część brawury we mnie, która pozwala mi podejmować ryzyko, niekoniecznie wszystko kalkulując. I tak zostałam tą wspólniczką, bo Kuba sam zobaczył, jak ciężko pracuję i jak dużo energii w to wkładam. Zaufaliśmy sobie. Zależało mi, żeby przyciągnąć ludzi, którzy szanują świat muzyki elektronicznej i są świadomi, na jakich wartościach jest oparty. Schron był zawsze takim balansowaniem pomiędzy pasją a tym, że musi się finansowo zgadzać. Jednak zdecydowanie częściej podejmowaliśmy decyzje bliższe naszym wartościom niż temu, żeby budżet się dopiął. Później to miejsce ewoluowało, żyło nie tylko muzyką, ale też projektami kulturalnymi i edukacyjnymi. Podczas pandemii dostaliśmy pierwsze miejsce w konkursie „Kultura na wynos”, Wydziału Kultury Miasta Poznania. Wdrażaliśmy streamingi, rozwijając inicjatywy muzyczne w sieci. To zostało docenione, a wkrótce potem powstała w mojej głowie idea Local Girls Movement. Zrodziła się, jak to zawsze u mnie, z bieżących potrzeb, wyniknęła z momentu w życiu, w którym aktualnie byłam.
I to był strzał w dziesiątkę, Stowarzyszenie Local Girls Movement od 2022 roku stało się fenomenem na mapie Poznania. Co takiego wydarzyło się w naszej społeczności, że „siostrzeństwo” przestało być tylko modnym hasłem, a stało się realną potrzebą, która przyciąga setki kobiet na Wasze warsztaty i spotkania?
Nie wiem, czy w życiu lokalnej społeczności, czy w moim życiu. Wszystkie te inicjatywy dojrzewają równo ze mną i tak jak „Schron” i muzyka elektroniczna były mi bliskie na tamtym etapie mojej młodości, tak dwa lata temu postanowiłam odejść już od czynnej pracy w „Schronie”. Stwierdziłam, że ja już tu swoje zrobiłam, że nauczyłam kolejne osoby i one doskonale wiedzą już, co mają robić.
Do powstania Local Girls Movement przyczynił się ważny moment w moim życiu – zostałam mamą, urodziłam synka w 33. tygodniu ciąży. Musiałam o niego zawalczyć na oddziale neonatologii i każdego dnia prosić, żeby mnie do niego wpuścili. Musiałam też wykazać się sprawczością i być mentalnie silna. Nie mogłam się załamać. Wtedy poczułam, że my – kobiety, doświadczamy tak trudnych emocji i powinnyśmy się wspierać niezależnie, z jakiego środowiska pochodzimy. Ta kobiecość i siostrzeństwo stały mi się szczególnie bliskie, kiedy siedem dni po moim porodzie, na tym oddziale, pojawił się drugi chłopiec. Spotkałam tę mamę i zobaczyłam w niej siebie sprzed tygodnia. Widziałam jej strach i bardzo chciałam jej dodać otuchy, ponieważ przechodziłam przez to samo. I tak zakiełkowała we mnie potrzeba bycia wśród kobiet, budowania przestrzeni dla kobiet. Kolejnym etapem była nazwa i zaproszenie do działania wspaniałych dziewczyn, razem jesteśmy nie do zatrzymania. Każda z nas wniosła jakieś eksperckie umiejętności i każda przejęła jakiś dział do zaopiekowania. My wszędzie „przemycamy” podprogowy przekaz, że siostrzeństwo jest „cool” i ja to chyba lubię najbardziej i powtarzam do znudzenia: budujmy sobie te siatki wsparcia, udowadniajmy, że dziewczyny trzymają się razem. Jeden z pierwszych naszych projektów to mural w Ogrodzie Jordanowskim, który jest podpisany SIOSTRZEŃSTWO. DZIEWCZYNY TRZYMAJĄ SIĘ RAZEM. Prosty przekaz, ale oczywiście pojawiło się zaraz mnóstwo negatywnych komentarzy, a ja naprawdę nie spodziewałam się, że tu się można do czegoś „przyczepić”.
Zanim jeszcze powstała nazwa Local Girls Movement, zrobiłam dwa spotkania o siostrzeństwie, na którym pojawiły się różne kobiety, dziewczyny. Usiadłyśmy w takim ogromnym kole, bo na każdym spotkaniu było około czterdziestu osób. Poprosiłam, aby każda z nich powiedziała, czym jest dla niej siostrzeństwo i po co przyszła na spotkanie, i większość kobiet odpowiadała: „Ale ja nic nie mam przeciwko mężczyznom”. Bardzo mnie to poruszyło, bo dlaczego nadal działanie na rzecz siebie rozumiemy jako działanie przeciwko mężczyznom? A przecież stawanie po swojej stronie jest niezwykle ważne i trzeba to robić. Nikt nas nie uczy stawiania granic, asertywności. Mamy ogromny syndrom oszustek. Celowo w Local Girls Movement mówię o siostrzeństwie, żeby potem przyznać, że to właśnie jest feminizm. Pokazuję tym wszystkim kobietom, którym przez usta jeszcze nie przejdzie słowo „feminizm”, że: Halo, ale Wy jesteście feministkami! Każda kobieta, dla której istotne są kwestie i prawa kobiet, dzieci czy np. osób seniorskich, de facto jest feministką. Tylko patriarchat zadbał o złe postrzeganie słowa „feminizm”, a my próbujemy odzyskać jego istotę.

Jednak to nasze postrzeganie feminizmu w dużej mierze zależy od okoliczności, które nas ukształtowały: dom, rodzina, środowisko, w którym wyrastałyśmy…
Mój tata zawsze mówi, kiedy planuję jakiś wywiad czy wystąpienie: „Ale proszę, powiedz, że Ciebie w domu nie ciemiężono i nikt Cię nie ograniczał”. Zawsze mu tłumaczę, że właśnie dlatego, że w moim domu było tak równościowo, to jak już z niego wyszłam, mogłam dostrzec, że ktoś mnie próbuje dyskryminować tylko dlatego, że jestem kobietą.
Siostrzeństwo leży też u podstaw Kongresu Kobiet, w którym od lat jesteś obecna…
W Kongresie cenię tę mieszankę pokoleniową, to, że można czerpać z doświadczenia starszych kobiet. Jestem z wykształcenia historyczką i może dlatego mam ogromny szacunek do dziedzictwa. Widzę, jak zmienia się choćby stosunek kobiet do swojej pracy zawodowej i tak zwanej kariery. Dzisiaj dziewczyny mówią: My już nie chcemy nic musieć. Nie chcemy być super liderkami na obcasach i w garniturach, obejmującymi stanowiska i nastawionymi na ciągłą walkę. My chcemy czuć się „OK” takie, jakie jesteśmy. I to jest dla mnie największa różnica między tymi pokoleniami. Obserwujemy trend „conscious unbossing”, świadome rezygnowanie z menadżerskich czy nawet wyższych stanowisk na rzecz świętego spokoju. To znaczy, że zaczynamy o siebie dbać. Myślę, że Kongres Kobiet jest takim miejscem, że niezależnie, ile masz lat, możesz poznać doświadczenia innych kobiet i ich perspektywę. Poza tym tam jest zawsze tyle bodźców, które później kiełkują. W tym roku miałam okazję prowadzić panel pt.: „Matka feministka”, a w poprzedniej edycji Kongresu byłam w panelu dotyczącym kampanii społecznej „Bye, Bye HPV”, której celem była edukacja na temat wirusa HPV i szerzenie wiedzy o szczepieniach profilaktycznych dla dzieci, młodzieży i dorosłych. W ramach tej akcji współpracowałam z fundacją SEXEDPL założoną przez Anję Rubik i koordynowałam ten projekt w Wielkopolsce.
Twoja działalność jest widoczna i nagradzana. Otrzymałaś tytuł Liderki Równości Wielkopolski 2024 według Forbes Women i British Embassy. To ogromne wyróżnienie. Rok wcześniej zostałaś Poznanianką Roku. Napędza Cię to?
Zaskoczyło mnie to. Syndrom oszustki, z którym boryka się większość kobiet, dotyczy także mnie i to na każdym kroku. Nie mogę wyjść z tego przekonania. Moja terapeutka kiedyś mnie zapytała: „Pani Aleksandro, kiedy w końcu przestanie Pani chodzić na kursy, które sama Pani mogłaby prowadzić?” Dlatego myślę, że wraz z tymi miłymi tytułami poczułam, że mam większą legitymizację, żeby robić to, co robię i że to jest potrzebne i doceniane. Moją motywacją są dziewczyny, które są w naszym stowarzyszeniu i ciągle chce im się działać. Widzę, jaki my mamy wpływ, jak nas odbierają inni, jak miasto nas postrzega, jak inne organizacje widzą naszą pracę i ją doceniają. Na pewno fakt, że dostałyśmy propozycję użytkowania przestrzeni od Malta Festival, pozwolił nam się bardzo rozwinąć. Staramy się tę komunikację prowadzić bardzo zapraszająco i mamy cztery darmowe cykle spotkań: Local Mums dla mam, Meet & Talk przeznaczone dla dziewczyn, będące pokłosiem grupy na Facebooku, w której jest pięć tysięcy dziewczyn w różnym wieku, z ogromną potrzebą integracji. Mamy Girlhood, czyli spotkania z ciekawymi kobietami i Święte Zdrowie, gdzie poruszany jest temat zdrowia psychicznego i – co ciekawe – prawie połowa osób uczestniczących to mężczyźni. To dowód na to, że nasza komunikacja nie antagonizuje. Kiedy zorganizowałyśmy Mama Fest, a na nim panel Ojcostwo 2.0, który z założenia kierowałyśmy do kobiet, to w ogóle się nie spodziewałyśmy, że tam przyjdzie większość mężczyzn. A tak się stało i to było bardzo budujące.

Myślisz, że Poznań to dobre miejsce na taką działalność jak Twoja?
Wydaje mi się, że Poznań stara się być miastem otwartym, ma mnóstwo inicjatyw, które to potwierdzają. Mamy Tydzień Kobiet, Tydzień Różnorodności, jest konkurs na Poznaniankę Roku. W Poznaniu działa Komisja Dialogu Obywatelskiego, w której byłam członkinią prezydium. Wreszcie mamy pełnomocniczkę prezydenta do spraw równości. Ja czuję, że jest przestrzeń na dialog z Miastem. Jest też wiele poznańskich urzędniczek, które dbają o tę widoczność kobiet. Generalnie Poznań bardzo mocno „stoi” organizacjami pozarządowymi. Oczywiście nie twierdzę, że wszystko się tutaj dostaje za darmo, bo z jakiegoś powodu nadal nie mamy swojej siedziby. A to jest moje marzenie, żeby Local Girls Movement miało swoją bazę.
W projekcie „Wybierz kołnierzyk” realizowanym przez DGA SA i Fundację Julii Woykowskiej wspierasz kobiety w rozwoju zawodowym. Mówicie tam o różnorodności i symbolice kolorów kołnierzyków. Gdybyś miała określić sytuację kobiet na wielkopolskim rynku pracy – jakich zmian najbardziej potrzebujemy „od zaraz”?
Przede wszystkim potrzebujemy zniwelować nierówności na rynku pracy, które wciąż działają na niekorzyść kobiet. Luka płacowa i emerytalna, kara za macierzyństwo, luka autorytetu, lepka podłoga czy szklany sufit – to nie pojęcia z raportów, tylko doświadczenia wielu kobiet. Do tego dochodzą mikroagresje i seksizm, które nadal są obecne w codziennym życiu zawodowym. Część tych problemów wymaga rozwiązań systemowych. Ale przy obecnym tempie zmian mówi się, że na pełną równość poczekamy jeszcze ponad sto lat. Dlatego tak ważne jest zacząć od nas samych, żebyśmy my wiedziały, że te zachowania, które sprawiają nam dyskomfort, to przekroczenia i mają swoją nazwę, że nie musimy ich akceptować i się na nie godzić. Do tego potrzebna nam jest odwaga, pewność siebie i asertywność. Niestety od dziecka jesteśmy socjalizowane do pełnienia ról opiekuńczych, do bycia grzecznymi, uprzejmymi i niezbyt głośnymi. Dzięki takim projektom, jak „Wybierz Kołnierzyk”, możemy zrzucić z siebie te wszystkie naleciałości, które nam zostały, i obejrzeć, co jest nasze, a co nie jest.
Twoja audycja w Radiu Poznań nosi tytuł „Poza Schematem”. Kogo do niej zapraszasz?
Jako osoba totalnie bez „backgroundu” dziennikarskiego dwa lata temu dostałam propozycję prowadzenia swojej audycji. Oczywiście musiałam ją ukierunkować w moim stylu. Stąd nazwa „Poza schematem”. Rozmawiam na tematy społeczne, zapraszam organizacje, inicjatywy, ludzi, którzy trochę działają na przekór, właśnie z potrzeby serca i bardzo mnie to inspiruje. Czerpię mocno z tych rozmów, zabieram sobie tę ich energię i bardzo mnie cieszy, że są ludzie, którym się chce zmieniać ten świat.

A jak to jest być mamą „poza schematem”?
Macierzyństwo tak naprawdę nas konfrontuje z tymi wszystkimi utartymi schematami w głowie. Ja jako matka od początku wiedziałam, że będę sobie zadawać dużo pytań. Bo dla mnie przede wszystkim to życie feministyczne, czy bycie matką feministyczną, to jest zadawanie pytań i kwestionowanie schematów. Choćby takich, że musiałam sprzątać klocki Lego codziennie i chcąc powiedzieć do mojego syna: „Sprzątnij te klocki”, zadałam sobie pytanie: Ale dlaczego? Co mi to robi? Czy mi to przeszkadza? Czy te klocki nie mogą poczekać do jutra? Wychowuję chłopca i chciałabym, aby był silnym emocjonalnie mężczyzną, który poradzi sobie z wyzwaniami dzisiejszego świata. Wiemy nie od dziś, że najwięcej osób leczących się na depresję to kobiety, ale najwięcej osób mających depresję to mężczyźni. Bycie mamą chłopca to też zupełnie inne wyzwanie niż bycie mamą dziewczynki. Jednocześnie czuję się tak dobrze w roli mamy, spełniam się w niej, ale mam też dystans. Macierzyństwo i czas z synem zawsze dodawały mi jeszcze więcej sił. Odpoczywam będąc z nim, mogę wyłączyć głowę, być tu i teraz, skupić się na nim.
Jesteś obecna w biznesie, w sektorze NGO, w radiu. Gdzie czujesz się najbardziej u siebie? Jakie jest Twoje największe marzenie związane z rozwojem poznańskiej społeczności kobiet?
Faktycznie, mam sporo różnych projektów, pracuję z wieloma partnerami i organizacjami. I to jest trudne, bo rodzi jeszcze więcej pytań, a czasem jest za mało informacji zwrotnej i to czasem powoduje niepewność… Kiedy mogę sama zarządzać i działać całkowicie w zgodzie z moimi wartościami, to jest to dla mnie największe spełnienie. Dlatego na pewno Local Girls Movement i „Schron” są tymi przestrzeniami, gdzie czuję się u siebie. A w najbliższej przyszłości, o czym już wspomniałam, marzy mi się nasza własna siedziba. Dzięki temu mogłybyśmy wdrażać więcej inicjatyw, działać międzypokoleniowo i międzynarodowo. To by nam otworzyło drogę do stworzenia takiego hubu, który odpowiadałby na bieżące potrzeby naszej lokalnej społeczności. W dalszej perspektywie oznacza to większe granty. Projektując wydarzenia, zaczynam od końca i zadaję sobie pytanie, z jakim uczuciem chciałabym, żeby te osoby wyszły ze spotkania. To, co mi pomagało w macierzyństwie i w życiu, to przeświadczenie, że nie tylko ja mam ten problem. O tym są te nasze wydarzenia, że jest się razem. Często dziewczynom tłumaczę, że te wątpliwości, z którymi się borykają, ten problem z asertywnością, ze stawianiem granic czy nawet z odwagą, ale też z syndromem oszustki, nie dotyczy tylko ich.
Naszym hasłem jest: „no movement without girls”. Nie ma ruchu bez kobiet i chciałybyśmy, żeby nasza reprezentacja była wszędzie. Jako historyczka lubię fakty – profesor Małgorzata Fuszara, polska prawniczka i socjolożka, zbadała skład sześciu parlamentów europejskich pod względem kompetencji i ta analiza wykazała, że kobiety, aby w nim zasiadać, muszą być trzy razy bardziej kompetentne niż mężczyźni. Dlatego moim marzeniem jest, by kobiety były bardziej odważne, a nawet zuchwałe. To dobre słowo. Jest jeszcze wiele do zrobienia.