Eksplozja indygo. Jak Kicia Kocia „zhakowała” Poznań
To nie miało prawa się udać w czasach TikToka i Netflixa. Skromna graficzka z Gdańska, uzbrojona jedynie w kredki i empatię, stworzyła postać, która właśnie „kupiła” Poznań i całą Polskę. Podczas gdy wielkie korporacje wydają miliony na algorytmy popularności, Anita Głowińska wygrała wszystko, bo wiedziała, co czuje trzylatek, gdy boi się dentysty, ale uwielbia strażaka. Przy Placu Wolności właśnie otwarto Kiciokociolandię – muzeum, które jest dowodem na to, że 20 milionów sprzedanych książek to nie statystyka, to armia wiernych wyznawców, która będzie mogła odwiedzić swoją ulubienicę i pobyć w jej świecie przez parę godzin.

TEKST: Elżbieta Podolska
ZDJĘCIA: Kiciokociolandia
„To całe szaleństwo tak naprawdę wyszło tylko i wyłącznie z książek” – te słowa na otwarciu brzmiały jak policzek wymierzony cyfrowej rozrywce. W cieniu Biblioteki Raczyńskich, tam gdzie zwykle króluje powaga historycznych woluminów, dziś słychać pisk zachwytu i tupot małych stóp. Kiciokociolandia to nie jest kolejna sala zabaw z plastikowymi kulkami i zmęczoną obsługą. To pierwsza w Polsce próba zmaterializowania literackiego fenomenu na taką skalę, gdzie każde „Miau!” ma swoją wagę, a każda ściana opowiada historię, którą miliony dzieci znają z wieczornych rytuałów.
Zjawisko jest bezprecedensowe: oto w kraju, w którym statystyki czytelnictwa od lat wywołują smutek, rodzi się imperium zbudowane na papierze, kleju i prostej, czarnej kresce. Poznań stał się epicentrum tego trzęsienia ziemi, przyciągając rodziny z najdalszych zakątków kraju, gotowe przejechać setki kilometrów, by przez godzinę pożyć w świecie małej, białej kotki.

Matka boska od spraw codziennych: Kim jest Anita Głowińska?
Zanim Anita Głowińska zaczęła „trząść” polskim rynkiem wydawniczym, jej światem była cisza konserwatorskich pracowni. Absolwentka Wydziału Sztuk Pięknych na toruńskim UMK, specjalistka od ratowania dawnego malarstwa i rzeźby polichromowanej, wniosła do świata dziecięcej ilustracji warsztatową pokorę i niemal chirurgiczną precyzję. Ta artystyczna dyscyplina, wymagająca szacunku do każdego milimetra materii, stała się jej fundamentem, gdy zaczęła kreślić grubą linią postać Kici Koci. Jednak ta bohaterka nie powstała z akademickiego chłodu czy chłodnej kalkulacji rynkowej. Powstała z najczystszego rodzaju „szaleństwa” – macierzyństwa, które przewartościowuje wszystko.
Anita Głowińska na co dzień dzieli swój czas między twórczą izolację w Gdańsku a współpracę z mężem przy projektowaniu plakatów i opakowań. To artystka totalna, która potrafi przejść od konserwacji zabytków do projektowania logotypów banków, ale to Kicia Kocia stała się jej opus magnum.
„Przepraszam, że nie odpowiem wprost na to pytanie, kiedy uświadomiłam sobie, że moja bohaterka jest wielka. Ja po prostu do dziś w to nie wierzę. Przecież ona miała nie wychodzić poza próg mojego domu. Ona była stworzona dla moich własnych dzieciaczków, bo ja po prostu oszalałam na ich punkcie i chciałam wypełnić ich świat czymś dobrym” – mówi Anita Głowińska, a w jej oczach widać blask, który sugeruje, że wciąż czuje się bardziej mamą rysującą dla swoich „człowieków” niż autorką narodowego bestsellera.
Dziś Anita Głowińska to żyjąca legenda, choć przed tym mianem ucieka z niemal dziecięcą skromnością. Pytana o to, jak czuje się jako autorka, która doczekała się własnego muzeum, zawiesza głos, jakby szukała słów, których nie ma w żadnym słowniku.
„Jestem szczęśliwa, ale to jest ewenement. Brakuje mi słów, bo nie marzyłam o tym na samym początku. Kiedy Kicia Kocia zaczęła być coraz bardziej znana i rzeczywiście ten sukces czułam już na swoich ramionach, pojawiały się myśli: »A może powstanie takie miejsce? Kiciokociolandia?«. Ale fakt, że to się stało właśnie tutaj, w Poznaniu, w tak cudownym sąsiedztwie biblioteki i muzeów... to jest niebywałe. Słuchajcie Państwo, naprawdę jestem szalenie wzruszona i brakuje mi po prostu słów. No, dokładnie tak. Także naprawdę jestem absolutnie szczęśliwa. Zdecydowanie... nie marzyłam o tym na samym początku”.

Poznań gra va banque. Strategia „Długiego Ogona” sukcesu
Jeśli Anita Głowińska jest sercem tego projektu, to Jan Mazurczak, dyrektor Poznańskiej Lokalnej Organizacji Turystycznej (PLOT), pełni tu rolę strategicznego sternika. Jan Mazurczak to człowiek, który o turystyce myśli w kategoriach emocji i liczb, a te w przypadku Kici Koci są bezlitosne dla konkurencji. Nie owija w bawełnę – wie, że Poznań właśnie zyskał „atomową” atrakcję, która przemodeluje ruch turystyczny w regionie.
Podczas otwarcia dyrektor Mazurczak sypał spostrzeżeniami jak z rękawa, analizując rynek z precyzją chirurga. Dla niego Kicia Kocia to nie tylko bajka – to potężny magnes społeczny.
„To jest ponad 20 milionów sprzedanych książeczek. To jest już całe grono wyznawców. Kilkanaście lat istnienia serii oznacza, że mamy już dwa pokolenia dzieciaków wychowanych na tych historiach. Nie mam żadnych wątpliwości: jak tylko usłyszałem i zobaczyłem koncepcję, wiedziałem, że to będzie jedno z najpopularniejszych miejsc. Pojawi się tutaj sporo tych najmłodszych dzieci, ale to także będzie jeden z głównych pretekstów do przyjazdu do Poznania i zorganizowania sobie tutaj całego pobytu. My od lat stawiamy na promocję turystyki rodzinnej. Ona świetnie uzupełnia ofertę biznesową, którą mamy w Poznaniu, konferencyjną i kongresową. I jestem przekonany, że tutaj w weekend będzie naprawdę ciężko o wolne miejsce”.
Co istotne, miasto nie wydało na ten projekt ani złotówki z budżetu, co dyrektor przyznaje z rozbrajającą szczerością, podkreślając jednocześnie siłę prywatnej inicjatywy wydawnictwa Media Rodzina i wizję Anity Głowińskiej.
„Stosunkowo późno się dowiedzieliśmy o tej inicjatywie. Natomiast wspieramy to całym sercem. To, co tu powstało, to nasza »oferta długiego ogona« – Rogalowe Muzeum Poznania, Muzeum Czekolady, Muzeum Pyry, Muzeum Dawnego Poznania. Mnóstwo atrakcji, ale żadna nie jest jeszcze przesadnie zatłoczona. To nasz znak rozpoznawczy: u nas nie stoisz w kolejkach, u nas przeżywasz. I ja jestem przekonany, że to nie jest wszystko, bo tak od dwóch lat bijemy rekordy, jeśli chodzi o przyjazdy turystów w weekendy. Ten rok pewnie będzie jeszcze lepszy od poprzedniego”.
Anatomia zachwytu: Co dzieci robią w Kiciokociolandii?
Wchodząc do Kiciokociolandii, wchodzisz do świata, gdzie grawitacja literacka działa inaczej. Tu nie ma „zakazu dotykania”. Przeciwnie – cała przestrzeń została zaprojektowana tak, by dzieci mogły „doczytać” te historie wszystkimi zmysłami. To nie jest zwykła sala zabaw – to scenografia życia codziennego, która dla trzylatka jest polem bitwy i placem największych odkryć.
Atrakcje zostały rozplanowane z dbałością o każdy szczegół graficzny. W kuchni Kici Koci, która wygląda dokładnie tak, jak na kartach książek Anity Głowińskiej, dzieci mogą poczuć się sprawcze. Otwierają szafki, „gotują” z ulubioną bohaterką, oswajają domowe czynności, które w książkach są podniesione do rangi rytuału. Dalej jest pokój Nunusia – królestwo mniejszego brata, gdzie każdy przedmiot został przeskalowany tak, by maluch poczuł się u siebie.
Ale to dopiero początek. Jest gabinet lekarski, gdzie strach przed białym fartuchem znika w sekundę, gdy pacjentem staje się pluszowa kotka. Jest straż pożarna, policja – wszystkie te zawody, które w świecie Kici Koci są lekcją empatii i pomocy. Dzieciaki szaleją w strażackim wozie i oswajają role społeczne. Wszystko jest wykonane z certyfikowanych, naturalnych materiałów przez polskich projektantów, co dodaje miejscu sznytu premium.
Joanna Nowakowska z wydawnictwa Media Rodzina, która od początku czuwała nad procesem materializacji tego świata, podkreśla edukacyjny wymiar projektu: „Zainteresowanie i zaangażowanie dziecka w naukę poprzez zabawę jest kluczowe. W znajomej przestrzeni dziecko czuje się pewnie. To sprzyja samodzielności i koncentracji. Chcemy, by Kicia Kocia pomagała dzieciom się rozwijać, rozumieć świat i relacje. To nie jest rozrywka dla samej rozrywki, to kontynuacja nauki czytania świata. Przekłada się na lepszą koncentrację, większą samodzielność i chęć do nauki poprzez zabawę. Wydawnictwo, będące organizatorem projektu, zadbało o to, by każda sala była przedłużeniem opowieści, którą dzieci znają z wieczornego czytania z rodzicami”.
Atrakcje dopełnia Małe Kino, w którym puszczane są animacje oparte na serii, ale to nie ekran jest tu magnesem. To możliwość wejścia w interakcję z materialnym światem kotki. System biletowy online pozwala na komfortowe zwiedzanie, eliminując największą zmorę rodziców – niepewność i tłok.

Czułość jako strategia rynkowa: „Dziecko nas wszystkich”
W świecie agresywnego marketingu, gdzie sukces mierzy się klikalnością i tempem montażu, Anita Głowińska i Media Rodzina proponują coś rewolucyjnego: czułość i spokój. To słowo autorka odmieniała przez wszystkie przypadki podczas otwarcia, dziękując zespołowi za to, że pozwolili jej bohaterce dojrzewać bez presji rynkowych trendów.
„Słuchajcie Państwo, naprawdę jestem szalenie wzruszona i brakuje mi po prostu tych słów. Nie wiem, mam nadzieję, że dzieci, które będą odwiedzać to miejsce i mam nadzieję, że rodzice docenią serducho, które było włożone w stworzenie Kiciokociolandii. Wiem, że wszyscy w wydawnictwie, niezależnie od tego, czym się zajmowali, to po prostu wkładają tam dużo czułości. Pracowali przy Kici Koci, która początkowo była moim dzieckiem, ale w tej chwili jest już dzieckiem nas wszystkich. Was, wydawnictwa... ja po prostu przez tyle lat czułam się absolutnie zaopiekowana. I jako autorka, i bohaterka moich książek była absolutnie zaopiekowana. Dziękuję”. Wypowiedzi autorki rzucają światło na to, jak intymny był proces przejścia od domowego szkicownika do muzeum przy Placu Wolności.

Przyszłość pod znakiem wielkich nadziei
Sukces muzeum to dla Poznania dopiero początek. Jan Mazurczak, pytany o kolejne kroki miasta w budowaniu oferty rodzinnej, pozostaje tajemniczy, ale pełen optymizmu.
„Poznań ma coraz więcej miejsc, które przyciągają turystów. Co chwilę jest coś nowego, coś nietypowego, coś wyróżniającego Poznań spośród innych miast. Ja jestem przekonany, że to nie jest wszystko. Coraz więcej turystów w wakacje, które nagle z niskiego sezonu stały się wysokim, więc wydaje mi się, że tak, to będzie pewnie sukces i jeden z tych pretekstów do przyjazdu. Wiemy o kilku następnych pomysłach, ale poczekajmy. Jestem przekonany, że jeszcze w tym roku o niejednym pomyśle usłyszymy”.
Dla Anity Głowińskiej przyszłość to przede wszystkim odpowiedzialność przed najmłodszymi. Mimo ogromnego sukcesu, artystka nie traci z oczu tego, co najważniejsze – relacji z czytelnikiem.
„Co dalej z Kicią Kocią? Nie wiem. Mam nadzieję, że Kicia Kocia będzie cały czas żywa wśród dzieci, że cały czas będą wydawane i czytane książki i że będę potrafiła cały czas sprostać oczekiwaniom moich małych czytelników. Mam nadzieję, że również rodzice będą doceniać to, co robię. Kicia Kocia z nami zostanie i będzie się tylko i wyłącznie rozwijać”.
Kiciokociolandia przy Placu Wolności to coś więcej niż punkt na mapie atrakcji. To symbol zwycięstwa lokalnej, polskiej marki nad globalnymi franczyzami. To dowód na to, że mądra książka, tworzona z pasją i szacunkiem do małego odbiorcy, ma moc budowania trwałych więzi i zmieniania krajobrazu całych miast. Jeśli szukacie dowodu na to, że w dzisiejszym świecie wciąż liczy się dobra historia – jedźcie do Poznania. Kicia Kocia właśnie udowodniła, że potrafi nie tylko uczyć mycia zębów, ale też budować imperia radosnych wspomnień.
„Miau!” przy Placu Wolności to dziś najgłośniejszy i najmądrzejszy sygnał turystyczny w kraju. Poznań właśnie zyskał serce, które bije w rytmie radosnego odkrywania świata. Jak podsumowuje Jan Mazurczak: „To strzał w dziesiątkę”. A dla milionów rodziców i ich maluchów – to po prostu spełnienie marzeń.