Burza, burza i… po burzy?
Przed południem miałem iść pograć w tenisa. Obudziła mnie jednak rzęsista ulewa i już było wiadomo, że mokry kort na nic się nie zda. Pozostało ruszyć w teren. A to dlatego, że tam kałuże można było po prostu minąć bokiem. Jednak nim ruszyłem w przyrodę, musiałem chwilę poczekać – zwyczajnie, po krótkiej przerwie na przejaśnienia, przyszła druga burza. Choć mruczała groźnie pod nosem dłużej, niż bym się spodziewał, to w końcu odeszła ku wschodowi. I to miało być na tyle, jeśli chodzi o dzisiejsze poranne wodne „zabiegi balneologiczne”.

TEKST i ZDJĘCIE: dr Dawid Tatarkiewicz
Ku zieleni
Ruszyłem więc, z aparatem fotograficznym w torbie na ramieniu, z nadzieją na jakieś ciekawe obserwacje. Trzeba sobie jednak szczerze powiedzieć, że okres sierpniowy w świecie ptasim to czas swoistych wakacji. Wiele ptaków zakończyło już lęgi i odpoczywa, zbierając potrzebne zapasy energii na jesienną wędrówkę. Nie tylko więc my mamy wówczas wakacje i urlopy.
I rzeczywiście. Wśród zieleni przyjeziornego lasu powitała mnie cisza, przerywana raz po raz przelotem jakiejś muchy koło ucha. Jeden z owadów źle obliczył trajektorię lotu i bezceremonialnie uderzył mnie w nos. Cios przyjąłem dzielnie, nie przez odwagę, lecz przez zaskoczenie, które wywołał. Zachrypiał coś po swojemu grzywacz – największy europejski gołąb. Poza nim tylko młodzi biegacze wnosili jakieś urozmaicenie wokalne w panującą dookolną ciszę – a to komentując coś między sobą, a to miarowo tuptając.
Na niebie z granatowego porannego chmurnego nalotu zostało już tylko niewidoczne wspomnienie, za to rozlało się naokół letnie słońce, które swoją mocą poczęło wyciskać ze mnie – przecież idącego, a nie biegnącego – siódme poty. Swoistym pocieszeniem na przyszłość było stopniowe pojawianie się pierwszych pojedynczych obłoczków: według prognoz miała pojawić się kolejna burza, ale dopiero wieczorem.
Nad łąką krążyły ważki, dało się słyszeć pojedyncze głosy porozumiewawcze ptaków, a to kapturki, a to pierwiosnka. Na tle wspomnianego nieba pojawiły się sylwetki dwóch przelatujących kruków. Nad samym jeziorem nie udało mi się wypatrzyć ani pół kaczki, ani ćwierci mewy. Letnia pustka, niektóre ptaki pochowały się w szuwarach, inne w lesie.

Rola lasu
Przy tej okazji warto wspomnieć, że las lasowi nierówny. Najlepszy z punktu widzenia jakości przyrodniczej, procesów biologicznych w nim się rozgrywających oraz bioróżnorodności jest las naturalny, przy którym człowiek nie majstruje. Jeszcze lepszy byłby las pierwotny (taki, w którym człowiek nie bywał), ale takiego w Polsce już w zasadzie nie ma. Jego cechy ma Puszcza Białowieska.
Najsłabszy las to ten gospodarczy, w którym człowiek usiłuje hodować drzewa na swój użytek. Ingerencja człowieka jest tu duża i to właśnie jest swoisty problem. Na szczęście wielu leśników stara się tak kierować pracami, by jak najmniej las osłabiać i pozwolić mu w jak największym stopniu rządzić się swoimi prawami – co jest zresztą także w ich interesie.
Zmierzam do tego, by powiedzieć, że rola lasu w tworzeniu mikroklimatu jest olbrzymia. Las dobrze wykształcony „chwyta” i magazynuje wodę. To swoista naturalna gąbka, która potrafi ochronić przed skutkiem gwałtownego deszczu, a tym samym powodziami, także w pradolinach rzecznych. Z drugiej strony, zimą, śnieg topnieje w nim wolniej, także chroniąc przed powodzią.
Zwłaszcza w Wielkopolsce, terenie rolniczym – czym się szczycimy – przydałoby się więcej lasów. Przydałoby się, by dać naturze więcej przestrzeni do swobodnej sukcesji. Pewien profesor biologii, spytany kiedyś, co należy zrobić z danym terenem, żeby na powrót stał się naturalny, odpowiedział krótko: zostawić w spokoju. Przyroda zrobi swoje, po swojemu, bezpłatnie i najszybciej, jak to możliwe.
Pora działać
Latem las daje cień, wytchnienie, ochłodę. Co więcej, w dobrze wykształconym lesie wodę znajdziemy nawet latem. Tylko nie śmiećmy w nim, zachowujmy się z szacunkiem dla przyrody. Już nie mówię o paleniu w lesie, które jest absolutnie zabronione, czy rzucaniu butelek w ściółkę – to potencjalne źródło zapłonu. Reasumując, niech nie dziwi nas sytuacja, w której zabieramy przyrodzie coraz więcej przestrzeni i czujemy skutki gorących lat. Im mniej przyrody w przyrodzie, tym większe zakłócenia w ekosystemach, tym mniej przyroda może nas chronić przed naszymi własnymi pomysłami.
Radośnie i bezmyślnie piłujemy gałąź, na której siedzimy (wycinamy lasy, betonujemy miasta – ze szczytnymi wyjątkami, budujemy nowe budynki gdzie popadnie, zamiast zostawić przestrzeń naturze etc.) i dziwimy się, że jest coraz gorzej. Wycięliśmy w swojej historii naprawdę sporo ostępów leśnych, które tworzyły swoistą termoizolację w mikro- i makroskali. Do czego to porównać? To trochę tak, jakby zdjąć ze śpiącego człowieka kołdrę i dziwić się, że czuje dyskomfort.
Już czas, by człowiek myślący (Homo sapiens) zaczął wyciągać wnioski! Bo konsekwencje widzą wszyscy i wszyscy o nich mówią. Zacznijmy od oddania przyrodzie należnej jej przestrzeni, której sami nie potrzebujemy.