Lubię wymyślać historie
W „Dyptyku” Justyny Mietlickiej sztuka nie jest tylko dekoracją. Jest tajemnicą, obsesją i jednym z najważniejszych bohaterów opowieści. W tej historii spotykają się Poznań, Mediolan i jezioro Como, zaginiony obraz Francisa Bacona, a bohaterowie mają tylko czterdzieści dni na rozwiązanie zagadki. Przede wszystkim są ludzie – z ich przeszłością, słabościami, sekretami i historiami, których nie widać na pierwszy rzut oka. Z autorką rozmawiamy o tym, jak rodzą się bohaterowie, dlaczego lubi niebieski, co wspólnego ma pisanie z kłamaniem i dlaczego po wydaniu książki lepiej do niej nie wracać.

ROZMAWIA: Elżbieta Podolska
ZDJĘCIA: Archiwum prywatne
Zacznijmy od „Dyptyku”. Przez całą książkę przewija się niezwykły kolor – błękit. Skąd taki pomysł?
Justyna Mietlicka: To ciekawe, ale ani przez chwilę nie zastanawiałam się, w jakiej tonacji powinien być namalowany dyptyk. Pewnie dlatego, że lubię niebieski.
Czyli błękit pojawił się jako element estetyczny, ale szybko zaczął pełnić większą funkcję?
Zdaje się, że tak właśnie było. Ten kolor niesie ze sobą wyjątkowe znaczenie. Niebieski to barwa nieba i wody. Kojarzy się z nieskończonością, chyba także z wolnością.
W książce pojawia się Picasso. Pani chyba jednak nie jest jego wielką fanką?
Ja nie jestem, ale Rita owszem (śmiech). Moi bohaterowie bardzo często mają skrajnie różne od moich upodobania i działają inaczej niż zrobiłabym to ja. Co ciekawe i co wiąże się z poprzednim pytaniem, w twórczości Picassa wyróżnia się okres błękitny, który powstał pod wpływem żałoby po samobójczej śmierci przyjaciela – artysty. To był czas, kiedy jego płótna zdominowały chłodne odcienie niebieskiego i błękitu.
I właśnie Rita oraz Marcel są sercem tej historii. Jak rodzą się tacy bohaterowie? Najpierw pojawia się człowiek czy historia?
Jeśli chodzi o mnie, wszystko zaczyna się od bohatera, w tym wypadku od bohaterów. Wymyślam postać, staram się, żeby nie była nudna, i zastanawiam się, co takiego może się jej przytrafić. Czasem to bardzo długi proces, bo postać jest gotowa dopiero wtedy, kiedy czuję jej obecność.
Jak to wygląda w praktyce?
Chodzi o to, że zanim zacznę pisać, muszę wiedzieć, w jaki sposób bohaterka zamawia kawę i jak trzyma filiżankę, co decyduje o wyborze akurat tego stolika, w jaki sposób siedzi, jak pachnie, czy wróciłaby do tej kawiarni. Oczywiście nie wszystko trafia później do książki, ale ja tej wiedzy potrzebuję, żeby budować postać. Dopiero wtedy zaczynam opowiadać historię.
To chyba tłumaczy, dlaczego Pani bohaterowie są tak plastyczni. Wiemy nie tylko, co mówią, ale też jak się poruszają, gdzie siedzą, z jakiej filiżanki piją.
Jeśli czytelnik to zauważa, to dla mnie bardzo ważne. Czasem, jak w życiu, gest lub grymas mówi więcej niż słowa.
„Dyptyk” nie jest książką do szybkiego przeczytania i odłożenia.
Ale i tak czyta się zawsze szybciej niż pisze. (Uśmiech) Nie chciałam pisać historii, którą się zapomina. Zależało mi, żeby stworzyć bohaterów i zbudować świat, który zostanie z czytelnikiem na dłużej. Chciałabym, żeby miał ochotę odwiedzić opisane miejsca, żeby patrząc na obraz, inspirował się Ritą i przyjrzał mu się naprawdę dokładnie.
Skąd bierze się taka wielowarstwowa fabuła?
Starałam się nie skupiać na jednej prostej historii, ale zbudować złożoną opowieść, w której wydarzenia i losy wzajemnie na siebie wpływają. Obok głównej historii, którą jest zadanie Marcela polegające na odzyskaniu obrazu Francisa Bacona, pojawiają się równoległe wątki poboczne – na przykład historia Riccarda i jego rodziny.
W „Dyptyku” bohaterowie dostają jednak bardzo konkretne ograniczenie – czterdzieści dni na odnalezienie zaginionego „Autoportretu” Francisa Bacona. Skąd pomysł na tak ciasne ramy czasowe?
Bardzo długo zastanawiałam się, ile czasu mogę dać Marcelowi na wykonanie zadania. Czterdzieści to symbol czasu próby i oczekiwania, wydało mi się zatem liczbą idealną.
Inna sprawa, że potrzebowałam pewnego ograniczenia, żeby mobilizować bohaterów do działania. Dzięki temu historia nabrała tempa.
Czyli czterdzieści dni było trochę ograniczeniem dla autorki, a trochę dla bohaterów?
Pozornie to może wyglądać jak ograniczenie, ale to sposób na dyscyplinowanie, a ja wierzę, że dyscyplina pomaga. Chociaż dzisiaj to chyba niezbyt popularne przekonanie.
A jednocześnie nie daje Pani czytelnikowi wszystkich odpowiedzi. Finał zostawia sporo miejsca na domysły.
To prawda, chciałam, żeby czytelnik dostał odpowiedzi tylko na część pytań. Chciałam go zachęcić do tego, żeby sam próbował znaleźć odpowiedź na to, co wydarzyło się w Marsylii. Zostawić przestrzeń dla jego wyobraźni i to zadziałało. Dostaję mnóstwo wiadomości z pomysłami od moich czytelników. To jest bardzo miłe – wciągać ich w proces twórczy.
Czyli pozostawienie historii w pewnym zawieszeniu było celowe?
Zanim zacznę pisać, wiem, jak historia się skończy. Nie jest zatem tak, że bohaterowie sami mnie prowadzą. Myślę, że Rita zasługuje na to, żeby dowiedzieć się, kto stoi za szantażem. A jeśli nie ona, to na pewno zasługują na to czytelnicy.

W „Dyptyku” sztuka nie jest tylko eleganckim tłem. Z każdą stroną staje się coraz ważniejszym elementem historii. Skąd u Pani ta fascynacja malarstwem?
Jestem kulturoznawcą, a historia sztuki była moim ulubionym przedmiotem. Wtedy, kiedy studiowałam, żeby zobaczyć obraz, trzeba było wertować albumy malarskie, spędzałam długie godziny w bibliotekach. Teraz jest łatwiej, mam wszystkie obrazy w moim smartfonie, chętnie z tego korzystam. Muzea i wystawy determinują kierunek moich podróży. Kiedy wchodzę do muzeum, czuję taką samą ekscytację jak wtedy, kiedy zaczynam czytać powieść. W ramach obrazów zamkniętych jest mnóstwo historii. Zwykle widzimy tylko fragment, na przykład łzę w czyimś oku, resztę musimy sobie dopowiedzieć sami. Spacery w muzeach są dla mnie w pewnym sensie rozgrzewką przed pisaniem.
I zaczyna się research?
Tak i trwa bardzo długo. Zwykle tygodnie przed pisaniem. Spędzam wtedy dni, czytając i notując. Uwielbiam ten etap pracy. Research pochłania mnie całkowicie. Szczerze mówiąc, muszę sobie w pewnym momencie powiedzieć: „Dość, wiesz już wystarczająco dużo, możesz zacząć pisać”. Choć tak naprawdę research nie kończy się aż do momentu, kiedy postawię w tekście ostatnią kropkę.
Czyli pisząc książkę, sama staje się Pani trochę studentką?
To, że ciągle się czegoś uczę, jest w tej pracy zdecydowanie najprzyjemniejsze. Uczę się zresztą po to, żeby się tą wiedzą dzielić. Byłoby miło, gdyby czytelnik po przeczytaniu „Dyptyku” popisywał się w towarzystwie przytoczonymi przeze mnie anegdotami i historiami.
Dziś trudno uwierzyć, że pisanie nie było od początku oczywistą drogą. Wcześniej miała Pani przecież bardzo biznesową karierę.
Myślę, że pisanie było oczywistą drogą, na którą jednak długo nie byłam gotowa. Problem w tym, że kiedy nie jest się gotowym na spełnianie swoich marzeń, możesz być pewien, że inni zaprzęgną Cię do spełniania ich. Każde życiowe doświadczenie na pewno było cenne. Wtedy nie zdawałam sobie z tego sprawy, ale wiele rzeczy, które w życiu robiłam, przygotowywało mnie do pisania.
Kiedy to marzenie wróciło?
Nigdy nie pisałam do szuflady. Wiedziałam, że jeśli zacznę pisać książki, to zajmę się tym na poważnie. Miałam trzydzieści dziewięć lat, kiedy napisałam swoją debiutancką powieść „Mistral” i czterdzieści, kiedy ją wydano. Oprócz kulturoznawstwa ukończyłam filologię polską. Miałam wtedy nieco ponad dwadzieścia lat. W swoim podaniu wyraziłam nadzieję, że studiując, nauczę się, jak pisać książki.
Jest Pani więc zwolenniczką tego, że pisania można się nauczyć?
Zdecydowanie. To rzemiosło, które wymaga warsztatu. Zdaje się, że teraz na studiach polonistycznych są zajęcia z kreatywnego pisania. Wtedy jeszcze nie było. Skończyłam studia i zaczęłam się uczyć sama. Od tego czasu inaczej czytam powieści, przyglądam się formie, podglądam, jak została skonstruowana fabuła, narracja, gdzie są szwy. Efekt? Nie potrafię już czytać tylko dla przyjemności. To jest bardzo wysoka cena, jaką chyba musiałam zapłacić. Ratuje czytanie poza gatunkiem – reportaże, biografie.
Sukces Panią nieco zaskoczył?
Nie myślę o tym, co się dzieje, w kategoriach sukcesu. Bardzo cieszy mnie, kiedy słyszę, że książka została dobrze odebrana, kiedy czytelnicy chcą o niej rozmawiać, wysyłają mi swoje fabularne pomysły, piszą o zaskoczeniach. Zwykle, kiedy książka jest na rynku, ja myślami jestem już w kolejnej historii i mierzę się ze swoimi ograniczeniami. (Śmiech) Nawet gdybym chciała gdzieś poszybować, to mnie jednak uziemia.
Czyli komplementy są miłe, ale nie można się na nich oprzeć?
W żadnej sferze życia, nikomu nie polecałabym opierania się na komplementach. Wierzę, że jeśli pozwolisz komuś panować nad tym, jak się czujesz, za pomocą miłych słów, to jednocześnie pozwalasz mu rujnować cię za pomocą hejtu. Chyba lepiej zostawić panowanie nad własnym nastrojem tylko sobie.
Może dlatego debiutowała Pani później?
Myślałam o tym wielokrotnie i wygląda na to, że ten późny debiut miał w moim przypadku więcej zalet niż wad.
Jak przez te lata zmienił się Pani warsztat?
To jest ciekawe, ale właśnie w ostatnim czasie zauważyłam, że on się zmienia. Na pewno mam do siebie więcej zaufania, wiem, co zrobić, kiedy pomysł się nie pojawia. Odpowiedź jest banalnie prosta – nie przestawać pisać, a miałam takie tendencje. Na szczęście nigdy nie przerażała mnie biała kartka. Przeciwnie, zawsze wywoływała na mojej twarzy uśmiech. Nowa kartka to nowa przygoda.
Powiedziała Pani kiedyś: „Lubię kłamać”. To dość zaskakujące wyznanie pisarki.
„Lubię kłamać, ale żeby nie kłamać w życiu, piszę książki” – chyba tak to brzmiało. Przy czym „kłamać” w znaczeniu wymyślać historie. Są autorzy, którzy inspirują się aktami spraw, jakimiś historycznymi wydarzeniami, a ja niekoniecznie. Nie wykorzystuję historii z czyjegoś życia, po prostu je wymyślam.
W literaturze prawda nie zawsze jest najważniejsza?
Prawda to coś, do czego dążą bohaterowie i co chce poznać czytelnik. Trzeba mieć jednak świadomość, że czytając książkę, wchodzimy w fikcyjny świat. Nawet jeśli bardzo prawdopodobny, to jednak wymyślony.
Powiedziała Pani, że lubi książki, po których zostaje w głowie jakaś anegdota. To jest coś, do czego Pani aspiruje jako autorka?
Czasami anegdota, czasami drobiazg, strzęp informacji, jedno zdanie albo obraz. Uwielbiam, kiedy książka daje mi porcję wiedzy, którą później mogę się z kimś podzielić. Pewnie dlatego właśnie takie książki sama staram się pisać.
„Dyptyk” robi dokładnie to. Podczas czytania sama kilka razy miałam ochotę sięgnąć do albumu ze sztuką.
Bardzo mnie to cieszy.
Poznań jest w „Dyptyku” punktem wyjścia. Co sprawia, że tak chętnie umieszcza Pani swoje historie właśnie tutaj?
Mieszkam w Poznaniu i bardzo lubię to miasto. Długo dzieliłam swoje życie pomiędzy dwoma miejscami, ale od pewnego czasu czuję, że mój dom jest właśnie tutaj. Czuję się Poznanianką.
Ma Pani swoje ulubione miejsca?
To się ciągle zmienia. Kiedy mówię, że lubię Garbary, zwykle zapada niezręczna cisza, ale proszę mi wierzyć, ta ulica pięknieje. Lubię Sołacz, bo jest dostojny i spokojny. W końcu to tam Rita ma swoją galerię. Podwożę czasem syna do szkoły, kiedy jedziemy ulicą Matejki, zachwycam się: „jak tu pięknie!” i wtedy za każdym razem słyszę: „zawsze to mówisz”. Zachwytów jest w Poznaniu dużo. Podzielają je znajomi, którzy wyjechali z tego miasta na kilka lat. Miło słyszeć, że lubią tu wracać.
Czy autorka po wydaniu książki może jeszcze coś poprawić? Gdyby dziś mogła Pani wrócić do „Dyptyku”, zmieniłaby Pani coś?
Oczywiście. (Śmiech) Dlatego staram się nie czytać swoich książek po wydaniu, chociaż to jest technicznie trudne, kiedy pisze się kolejną część przygód tych samych bohaterów. W każdym razie zdaję sobie sprawę, że nie jestem już tą samą osobą, która pisała „Dyptyk”. Inna rzecz, że kiedy książka zostaje wydana, nie należy już do mnie. Należy do czytelników.
Czyli nie jest Pani z tych autorów, którzy po latach wracają do swoich książek i je poprawiają?
Ma Pani na myśli sytuację, kiedy poprawiają książkę przed wznowieniem? Chyba to rozumiem, żadna z moich książek nie została jeszcze wznowiona, zatem mogę tylko hipotetycznie założyć, że pewnie też ulegnę takiej pokusie.
Po napisaniu i wydaniu trzech książek czuje Pani, że jest dziś inną autorką niż na początku?
Przede wszystkim chyba dopiero teraz czuję się pisarką.
Początek pracy nadal Panią fascynuje?
Tak jak wspomniałam, nie mam lęków związanych z pustą kartką. Przeciwnie, lubię moment, kiedy zaznajamiam się z nowymi bohaterami, kiedy jeszcze niczego nie ma i wszystko jest możliwe.
Zostawia Pani czytelników z otwartym pytaniem o dalsze losy Rity i Marcela. Czy planuje Pani do nich wrócić?
Byłabym okrutna, gdybym zostawiła moich czytelników bez odpowiedzi przynajmniej na to jedno konkretne pytanie – kto stoi za szantażem? Nie mogę zdradzić szczegółów, ale mogę obiecać, że będzie sztuka, będą podróże i będzie zadanie, które różni się od poprzedniego. Mam wrażenie, że Rita i Marcel dopiero się rozkręcają.
Czy bohaterowie czasami sami decydują, dokąd pójdzie historia?
Moi bohaterowie nie przejmują władzy nad historią. Rządzę tylko ja – jakkolwiek to zabrzmiało. Co nie znaczy, że zawsze postępują tak, jak ja sama bym postąpiła. Często jest wręcz przeciwnie.
„Dyptyk” jest trzecią Pani powieścią. Czy świat sztuki, thriller i tajemnice staną się Pani znakiem rozpoznawczym?
Na razie wiem, że dobrze czuję się w świecie, w którym spotykają się ludzie, sztuka, tajemnica, zbrodnie. Chciałabym jeszcze w nim pozostać.
Ma Pani już pomysł na kolejną historię?
Jestem winna czytelnikom kolejną część przygód Rity i Marcela. Mam też pomysły na inne historie z innymi bohaterami, ale te muszą poczekać.
Gdyby miała Pani jeden dzień całkowicie wolny od pisania, jak by go Pani spędziła?
Przede mną nawet siedem takich dni. Właśnie wybieram się na wakacje. Mój chłopak przygotował plan na każdy dzień. Odwiedzimy kilka muzeów i galerii, będziemy próbować lokalnej kuchni i kupować książki. Będą przygody, a jedna nawet na pewno, ponieważ obiecałam swojej czytelniczce, że zostawię dla niej „Dyptyk” w Musée d’Orsay. Nie jestem pewna, czy można podrzucać książki w szczelnie chronionym budynku i obawiam się, że może z tego wyniknąć niezłe zamieszanie. Ryzykuję zatem niechlubną kilkusekundową sławę we francuskich mediach, ale jestem na to gotowa.