Piosenki pisane z potrzeby czucia. Kachus o życiu, które zamienia się w muzykę
Kiedy mówi o muzyce, nie używa wielkich słów. Nazywa ją oddechem. Narzędziem do czucia w świecie, który coraz częściej wymaga pośpiechu, produktywności i ciągłego działania. Kachus, czyli Kacha Rachwalska – poznańska pieśniarka, autorka tekstów i jedna z najciekawszych młodych artystek alternatywnej sceny muzycznej – opowiada o swoim miejscu na ziemi, o piosenkach wyrastających z codziennych obserwacji i o tym, dlaczego reprezentacja osób queerowych w kulturze wciąż ma znaczenie. Rozmawiamy o Poznaniu, który stał się jej domem, o muzyce, która przyszła naturalnie, i o sukcesie rozumianym nie jako sława, lecz umiejętność budzenia się rano z chęcią do życia.

ROZMAWIA: Weronika Rogowska
ZDJĘCIA: Róża Kadi, Tomasz Nowak, Archiwum Prywatne
Kim jesteś? Jak przedstawisz się Czytelnikom?
Jestem Kachus. Pieśniarzę, uczłowieczam, jem bajgle.
Dlaczego Poznań? Dlaczego nie wyjedziesz do innego miasta?
Dlaczego miałabym wyjechać? Miasto mnie dobrze traktuje. Mam tutaj swój zespół i znajomych. Całe moje życie jest w Poznaniu, póki co. Czasami jeżdżę do Warszawy w jakichś sprawach biznesowych albo do domu w okolice Piły, ale nie mam na co narzekać. Mam tu moje poczucie bezpieczeństwa.
Czyli nie jesteś z Poznania? Dlaczego w takim razie wybrałaś właśnie to miasto z tylu możliwych opcji?
Chciałam studiować dziennikarstwo. Padło na Poznań ze względu na najwyższy poziom nauczania, tak to przynajmniej wyglądało w tamtych latach w dostępnych statystykach. Przyjechałam. I jestem. Urodziłam się tutaj! Pomyślałam: „dobra, może koło jakoś się zamknie i może to będzie dobry wybór”. No i był.
Zdecydowałaś się też robić muzykę w swoim życiu. Czy to zdecydowało się samo?
Nie wiem, czy to był wybór. Nie wiem, czy ktoś w ogóle podejmuje decyzję, że „dobra, teraz chwycę za gitarę i za dziesięć lat wyprzedam stadiony”. To się samo wydarzyło. Mój tata też jest muzykiem. Grał na weselach ponad 20 lat, ale to raczej nie jest dziedziczne.
Czyli jesteś artystką dzięki temu, że…
Że muzyka zawsze była we mnie.
W takim razie powiedz, jak wyglądały Twoje początki z muzyką?
Zawsze podobało mi się granie. Dotykasz instrumentu, a on wydaje z siebie dźwięki. Nieważne czy był to bębenek doprowadzający mojego wujka do szaleństwa, flet czy ostatecznie gitara – po prostu grałam. Uczyłam się, pisałam teksty, pisałam wiersze. Najpierw właśnie były wiersze, później różne teksty, opowiadania, pierwsze artykuły. Przyszedł w końcu czas na piosenki – lepsze, gorsze, zawsze moje.

Jakbyś miała nazwać gatunek muzyki, który tworzysz, ale nie używając już istniejących nazw?
Ktoś kiedyś powiedział, że jest to „przepiękne lesbijskie gitarkowanie” i nie ukrywam, że bardzo mi się to spodobało, zwłaszcza w takim Zorzowym (Zorza to festiwal muzyczny – przyp. aut.) klimacie. Byłam ja, była gitara. I to było wszystko. To było całe show, taki minimalizm.
A używając nazw, które już mamy?
Teraz gramy z chłopakami coś z pogranicza alternatywnego popu, rocka, indie z naleciałościami r’n’b. Piotr i jego perkusja naprawdę wiele zmieniają, jeśli chodzi o brzmienie.
Czym jest dla Ciebie muzyka?
Oddechem. Narzędziem do czucia. Mam wrażenie, że ludzie nie czują na co dzień. Że nie mają czasu na czucie czegokolwiek. Dla mnie muzyka zawsze była formą ekspresji, swojego rodzaju terapią.
Jakie są Twoje piosenki?
Są bardzo biograficzne, jestem komentatorką. W sensie… Dziennikarskie pisanie artykułów przeniosłam na moje piosenki. Mam na myśli to, że widzę coś i to mnie rusza, więc o tym piszę.
Jak pisze się piosenki?
Serduchem, ale w inny sposób niż artykuły. Nie musi to być wszystko takie… Kropka, przecinek, zdanie. Można zostawić odbiorcę w niedopowiedzeniach.
Nie boisz się przedstawiać siebie w piosenkach? Twoje piosenki są bardzo osobiste, autentyczne.
Myślę, że umiem oddzielać Kachę od Kachus. To tylko jedno z moich odbić. Wybrałam je, bo jest najbardziej wrażliwe i tak, jak powiedziałaś, autentyczne. Takie najbliżej mnie samej. Jak obrywa się Kachus, to nie obrywa się Kasi czy Katarzynie.

Kompletnie się nie boisz być po prostu szczera?
Przyznam, że było we mnie dużo lęku i niepokoju, zwłaszcza że moje teksty mają kontekst queerowy, a moi rodzice za bardzo o tym nie wiedzieli. Praktycznie nikt nie wiedział przez tyle lat. Ja też nie czułam potrzeby jakiegoś coming outu na zasadzie „hej, wiecie, lubię też baby i bywam z nimi w związkach”.
Czego się bałaś?
Bałam się tego, że moja mama źle zareaguje, moi rodzice, moja rodzina. Że będą patrzeć na mnie inaczej albo zamiatać cały ten „raban” pod dywan, byleby się nikt nie dowiedział. Jestem z małej miejscowości, półtorej godziny od Poznania. To są konserwatywne rejony. Wszyscy się znają, więc…
Dokonałaś mimowolnego coming outu swoją twórczością?
Kto miał wiedzieć, ten wiedział wcześniej, ale chyba robiłam i robię coming out za każdym razem, gdy wychodzę na scenę. Przełomem była „Dotknięta przez słońce”. Queerowa piosenka z teledyskiem z wampirzą lesbijką w roli głównej. Wydana przez jedną z największych wytwórni w Polsce. Pobłogosławiona przez samego Podsiadłę. Dzięki temu zyskałam też łatkę queerowej artystki, ale nadal „ratował” mnie fakt współtworzenia piosenki z Dawidem i Kubą. Mama nie wnikała w to, kto pisał tekst, a ja nie czułam potrzeby naprowadzania nikogo.
O czym są Twoje piosenki?
Uważam, że są to piosenki o uniwersalnych rzeczach. O miłości, bólu, utracie, porzuceniu. O byciu człowiekiem. Nie trzeba tego zamykać na konkretną grupę odbiorców. Lubię jednak podkreślać to, że mają queerowy kontekst, ponieważ nie ma za dużo jakościowej reprezentacji, która nie popadałaby w skrajności. Wystarczy obejrzeć jakikolwiek film o osobach nieheteronormatywnych. Podkreśla się zdrady, stygmatyzacje, śmierć i to, jak trudno się nam żyje, zwłaszcza gdy chcemy współdzielić to życie z kimś. Ostatni sezon „Killing Eve”? Strzał w głowę dosłownie.
To dlatego wybrałaś taką drogę kariery muzycznej, a nie inną?
Chcę dotykać tematów, które są dla mnie ważne. W przypadku „Dotkniętej…” kierowało mną to, że to może być moja jedyna szansa, żeby trafić do tak szerokiej publiczności, dorzucić cegiełkę, żeby żyło się nam chociaż odrobinę znośniej. Tak sobie pomyślałam, że jak dzieciaki mają wierzyć w szczęśliwe zakończenia, skoro nie widzą tego na ekranie, nie słyszą o tym w piosenkach. Stworzyliśmy „Dotkniętą…”, żeby dać ludziom nadzieję.

Czyli jesteś queerową artystką. Tego właściwie nie ma wcale. Jak to jest reprezentować osoby LGBT+ na scenie muzycznej?
Chyba w porządku. Nie myślę o tym na co dzień. Nie czuję presji, że spoczywa na mnie jakaś odpowiedzialność, że muszę zachowywać się w określony sposób, żeby nie przynieść nam wstydu czy nikogo nie zawieść. Po prostu jestem.
Obrywasz czasem za to, co tworzysz?
Zdarza mi się przeczytać mniej przychylny komentarz raz na jakiś czas, ale staram się takie ignorować. Nikt mnie nigdy nie uderzył, nie napluł, nie wysłał gróźb, ale podejrzewam, że gdybym nie mieszkała w Poznaniu, nie otaczała się tak świadomymi ludźmi, to bardziej obrywałoby mi się psychicznie.
Czym różni się queerowy artysta od nie-queerowego?
Nie ma w sumie takiego rozróżnienia. Bazą jest po prostu tworzenie. Można powiedzieć, że jestem queerową artystką, bo jestem queer, ale! Jestem po prostu artystką. Chyba nie powinno być takiego rozgraniczenia w muzyce. Muzyka nie powinna dzielić ani być zarezerwowana dla konkretnej grupy. Chociaż niektórzy uważają, że to jest ważne, żeby reprezentacja była podkreślana. Queerowy jest kontekst, a nie dzieło samo w sobie.
Jak żyje się artyście, który tworzy muzykę w Poznaniu?
Jako osoba, która dwa tygodnie temu dostała stypendium od miasta Poznania, to żyje się całkiem super.
Gratulacje. Co sprawia, że Poznań to miasto, w którym naprawdę można tworzyć dobry kawałek sztuki?
Miałam przyjemność poznać różnych artystów z całej Polski przez ostatnie dwa, trzy lata. Poznań bardzo wysoko plasuje się w rankingu wspierania młodych osób w zakresie tworzenia sztuki, którzy są na początku swojej drogi. Mamy fundację „Trzy sztuki”, jest „My name is Poznań”, projekt, z którego ja się właściwie wzięłam, tak bardziej artystycznie. Jest festiwal Next Fest ze sceną dla młodych. Są stypendia, open calle, ludzie, którzy pomagają sobie nawzajem, jest coworking space. Łatwiej się odnaleźć, szczególnie, gdy pozna się już kilka osób.
Jak się żyje w Poznaniu osobie queerowej?
Myślę, że nie bez powodu mówi się, że Poznań jest queerową stolicą Polski. Oczywiście są takie miejsca, gdzie bałabym się chodzić z moją dziewczyną za rękę, ale tam, gdzie zazwyczaj bywam, gdzie mam swoje życie, to nie czuję się stygmatyzowana. Nie łapię spojrzeń na ulicach, nikt nie zwraca na to uwagi. Zresztą jak ja chodzę po ulicach, to ja nikogo nie poznaję. Idę, jest punkt A i B w mojej głowie, słuchawki na uszach, okulary i nikogo nie dostrzegam zupełnie. Trzeba mi zajść drogę, żebym ja ogarnęła, że coś jest nie halo. Zresztą ja często nie mam soczewek, więc… (śmiech)
Czyli nie jest najgorzej?
W Poznaniu żyje mi się naprawdę dobrze. Poza tym mamy teraz czerwiec, czyli Pride, czym jestem bardzo podekscytowana. Jest dużo wydarzeń, prelekcji, którymi można celebrować Miesiąc Dumy. Mam nadzieję, że na marszu nie będzie tak gorąco jak w poprzednich latach, bo ostatnio to była istna tragedia. W tym roku marsz przechodzi obok mojego domu, więc w razie czego skrócę sobie trasę.
Czym jest dla Ciebie sukces?
To jest głębokie pytanie, poczekaj. Sukces… Bycie usatysfakcjonowanym ze sobą, poznanie siebie na tyle, że jest się w stanie kochać siebie pomimo wszystko, bezwarunkowo. To życie z ludźmi, którzy cię wspierają i kochają i są dla ciebie. To zbudowanie sobie takiego gniazda, gdzie masz poczucie bezpieczeństwa, gdzie masz poczucie przynależności. To budzenie się rano z chęcią do życia.
Jesteś na drodze do sukcesu, czy już go osiągnęłaś?
Na drodze. Ja myślę, że to jest proces. Są takie dni, że mam ochotę nie wynurzać się spod kołdry, ale są też takie, gdzie jestem podekscytowana, potrafię się cieszyć i czuć. Gdzie łatwiej mi się śpiewa.
Wyobrażasz sobie siebie bez muzyki?
Nie, wydaje mi się, że bym po prostu oszalała. Nie ma mnie bez muzyki. Muszę tworzyć, śpiewać, pisać, słuchać. Inaczej nie potrafię. Czasami zazdroszczę tym, którzy potrafią.
Proces, nie punkt docelowy
Kiedy kończymy rozmowę, trudno oprzeć się wrażeniu, że Kachus funkcjonuje trochę w kontrze do współczesnego świata. W rzeczywistości, która premiuje krzykliwe komunikaty, ona wybiera szczerość. W czasach, gdy wszystko trzeba natychmiast nazwać, sklasyfikować i zamknąć w szufladce, zostawia miejsce na niedopowiedzenia. Nie buduje wokół siebie mitu ani nie próbuje kreować wizerunku osoby wyjątkowej za wszelką cenę. Wręcz przeciwnie – mówi o sobie zwyczajnie. O muzyce jako o czymś niezbędnym do życia. O Poznaniu jako o miejscu, w którym można tworzyć i oddychać. O queerowości jako jednej z wielu części swojej tożsamości, a nie jej jedynej definicji.
Być może właśnie dlatego jej piosenki trafiają do ludzi. Bo opowiadają o rzeczach, które są wspólne niezależnie od wieku, miejsca zamieszkania czy doświadczeń – o miłości, tęsknocie, bezpieczeństwie, potrzebie bliskości i próbach odnalezienia siebie. A jeśli sukces rzeczywiście mierzy się liczbą osób, które dzięki czyjejś twórczości czują się choć odrobinę mniej samotne, to Kachus jest już znacznie dalej na swojej drodze, niż sama byłaby skłonna przyznać.
Z Poznania nie zamierza wyjeżdżać. Muzyki nie zamierza porzucać. A reszta? Jak sama mówi – to proces.