Najnowszy numer SUKCESU już dostępny 🌞 Sukces po poznańsku to najpopularniejszy magazyn lifestylowy o Poznaniu 🌞  

Organizator:

Emerytura? Wolne żarty, ja się cały czas świetnie bawię

Podziel się

Zaczęła w 1986 roku, tuż po dyplomie. Przeżyła pięciu dyrektorów – od introwertycznych mistrzów słowa, po tych, którzy wsadzili całe muzeum do pociągu ekspresowego. Dziś Ola jest na emeryturze, ale to emerytura „oszukana”, bo wciąż promuje remont ratusza i budowę nowego muzeum. Mówi wprost: „W muzeum byłam częściej niż w domu”. W jej rodzinie nie ma ucieczki od sztuki – mąż artysta, córka aktorka, a wnuczka Klara, która zamiast bajek o kucykach woli słuchać o tym, jak Wyspiański portretował swoje dzieci.

 

ROZMAWIA: Elżbieta Podolska

ZDJĘCIA: Archiwum prywatne

 

To nie jest nudna opowieść o siedzeniu w archiwum. To historia o kobiecie, która potrafiła zawalczyć o swoje, narazić się profesorowi, a dziś z taką samą pasją „łyka” 900-stronicowe monografie i planuje podbój Nowego Jorku. Zapraszamy na rozmowę o luksusie świętego spokoju, którego... wcale się nie chce mieć. O życiu nierozerwalnie splecionym z kulturą, o wyzwaniach rzecznika, który musiał uczyć się na pamięć wojskowych odznak. Aleksandra Sobocińska to kobieta, która udowadnia, że historia sztuki to nie tylko zawód, ale najlepsza szkoła życia.

Jak to jest być na emeryturze po tylu latach tak ciężkiej pracy? Jak czujesz się po tej zmianie?

Właściwie to ja tej emerytury za bardzo jeszcze nie odczuwam. Po pierwsze dlatego, że zostałam w muzeum na jeszcze troszkę – na ćwierć etatu. Okazuje się jednak, że to „ćwierć” jest zdecydowanie bardziej angażujące, niż faktycznie wskazuje na to ten ułamek. Może gdybym miała świadomość, że trzeba się ograniczać, to byłoby tego mniej, ale ja po prostu lubię to robić. To, co jest dla mnie komfortowe i naprawdę wyjątkowo wygodne, to fakt, że zajmuję się teraz jednym tematem. Jako rzecznik zajmowałam się wieloma dziedzinami naraz, bo nasze muzeum to przecież aż dziewięć bardzo odmiennych oddziałów. W tej chwili prowadzę promocję wielkiego remontu, konserwacji ratusza i budowy nowego Muzeum Mieszkańców, które będzie drugą częścią Muzeum Poznania. Skupienie się na jednym temacie i zgłębianie go to ogromny luksus. Nie ukrywam, że mam w końcu czas czytać moją zawodową „biblię”, czyli monografię „Odkrywanie ratusza. Historia powtarzalności”, autorstwa dr Magdaleny Mrugalskiej-Banaszak, która ma dziewięćset stron i jest prawdziwą skarbnicą wiedzy. Łykam ją małymi łykami – może nie jako deser, ale czasami jako danie główne. Odczuwam, że teraz bawię się pracą i to jest niezwykle fajne.

 

A jak wygląda Twoje życie poza murami muzeum?

Mam w końcu luksus, żeby zająć się domem i moją malutką wnuczką, dla której mam dużo czasu. To prawdziwa radość oddać się wychowaniu dziecka, bo jako młoda matka wiecznie pędziłam do pracy. Przyznaję się, że miałam wtedy zdecydowanie mniej cierpliwości niż teraz. Także mam chyba bardzo dobrze wyważoną tę emeryturę: z jednej strony wyzwania zawodowe, a z drugiej tyle wolnego czasu, że mogę realizować się jako babcia.

Ile lat dokładnie trwała Twoja przygoda z muzeum?

Liczmy to całymi latami: rozpoczęłam pracę w grudniu 1986 roku, bezpośrednio po obronie dyplomu. Obroniłam się w listopadzie, a na początku grudnia przyszłam do pracy. I z małymi przerwami – bo nie ukrywam, że dwa razy się z muzeum żegnałam, gdy pewne warunki były dla mnie trudne do zaakceptowania, ale wracałam potem jako „córka marnotrawna” – pracowałam więc w muzeum całe życie. Można powiedzieć, że od 1987 roku do 2025 roku z hakiem. To pełne 40 lat, z czego ponad 30 „rzecznikowskich”.

Moje początki to była droga „od pucybuta do milionera” – i myślę, że słowo „milioner” to dla rzecznika tak wielkiego muzeum całkowicie odpowiednie sformułowanie, mając na myśli bagaż doświadczeń. Zaczynałam w dziale inwentarzy, co pozwoliło mi bardzo dobrze poznać strukturę i układy organizacyjne muzeum. Pracowałam wtedy z ludźmi, którzy zaczynali pracę jeszcze w latach czterdziestych czy pięćdziesiątych. To były dla mnie „chodzące archiwa”. Wszystko to chłonęłam, a później wykorzystałam, przygotowując np. fotograficzną wystawę z okazji wielkiego Zjazdu Muzealników w 2021 roku. Dotarcie do tej głębokiej historii, którą kiedyś przekazali mi nieżyjący już koledzy, dało mi ogromną satysfakcję.

Początkowo praca w inwentarzach jednak trochę nużyła?

Dla historyka sztuki wydawało się to wtedy małym wyzwaniem. Miałam wielką ochotę pracować w dziale sztuki zachodnioeuropejskiej, w malarstwie obcym. Przygotowywałam wystawę malarstwa holenderskiego, bo o scenach rodzajowych w tym malarstwie pisałam magisterkę. Życie potoczyło się jednak inaczej – zmiany dyrekcji sprawiły, że wystawa nie doszła do skutku, ja urodziłam córkę, a po urlopie macierzyńskim wróciłam już jako rzeczniczka.

 

Dlaczego zaproponowano Ci właśnie tę rolę?

To był dobry splot okoliczności. Muzeum miało wcześniej pierwszego w historii rzecznika – był nim mój kolega, obecny profesor Przemysław Czapliński. Choć Przemo skończył historię sztuki jako drugi fakultet, był jednak przede wszystkim polonistą i literaturoznawcą. Praca rzecznika była dla niego etapem. Przez pewien czas prowadziliśmy tę funkcję wspólnie. Bardzo wiele mnie nauczył. Myślę, że w dobrej pamięci miała mnie też ówczesna dyrektor ds. naukowych, pani Agnieszka Ławniczakowa. Na hasło mojej przyjaciółki, że Ola chętnie wróciłaby do muzeum po urodzeniu dziecka, pani dyrektor złapała to w lot. Potem był już tylko telefon z pytaniem, czy chcę wrócić. Oczywiście, że chciałam! Fachu uczyłam się od Przemka, na kursach, ale przede wszystkim wykorzystywałam szeroką wiedzę ze studiów. Choć przyznaję – dziedziny takie jak wojskowość były dla mnie na początku tabula rasa. Ówczesny kierownik Wielkopolskiego Muzeum Wojskowego (oddział MNP), pan Tadeusz Jeziorowski, był bardzo surowy; śniły mi się po nocach odznaki i oznaki, żebym tylko nie zrobiła błędu w notatce prasowej. Na szczęście koledzy z działów wojskowości byli świetnymi nauczycielami. Przez te 40 lat cały czas musiałam się dokształcać, by być dobrym przekaźnikiem wiedzy.

Pracowałaś z pięcioma dyrektorami. Jak ich wspominasz?

Przyszłam do muzeum zatrudniona przez śp. Henryka Kondzielę. Pamiętam, że gdy starałam się o pracę, powiedział mi, że muszę napisać magisterkę z historii Poznania, grafiki lub malarstwa obcego, bo tylko w tych działach będą miejsca. Już miałam bardzo zaawansowaną pracę o architekturze postmodernistycznej u prof. Skuratowicza, ale musiałam zmienić temat. Naraziłam się profesorowi – chyba przez dwa lata mi się nie odkłaniał, choć potem mu przeszło. Napisałam więc o malarstwie holenderskim u prof. Iwanojki. Dyplom oceniono bardzo wysoko, z wyróżnieniem, ale gdy przyszłam z nim do muzeum, okazało się, że w malarstwie obcym pracy nie ma i mogę iść do inwentarzy. Miałam tam świetnego szefa, pana Jerzego Nowakowskiego.

Dyrektor Kondziela był szefem przez trzy lata. Potem przyszedł profesor Kalinowski – człowiek ogromnego formatu. Muzeum wtedy „szybowało”; poziom wystaw i katalogów był międzynarodowy. Kolejnym dyrektorem był Wojciech Suchocki – mistrz słowa. Później, przez rok, dyrektorem był Adam Soćko, z którym wcześniej siedziałam w jednym pokoju przez dwadzieścia lat. Pokazał mi, że historyk sztuki może być detektywem, który tropi naukowe zagadki.

Na koniec przyszedł obecny dyrektor, Tomasz Łęcki, który wsadził nas wszystkich do pociągu ponaddźwiękowej prędkości. Dał mi ogromną szansę, powierzając promocję całego muzeum. To był okres niezwykle intensywnej pracy. Rozhulaliśmy media społecznościowe, zaczęliśmy kręcić filmy – najpierw siłami własnymi, potem z profesjonalistami. W pandemii musieliśmy wyjść do ludzi całkowicie online: Facebook, Instagram, trochę TikTok – choć z tego ostatniego moi następcy zrezygnowali, uznając, że muzeum potrzebuje jednak innej powagi. W tym czasie powstał przebojowy cykl filmów „Do zobaczenia w muzeum”. Każdy z odcinków, a powstało ich kilkadziesiąt, miał tysiące, ba! dziesiątki tysięcy odsłon w internecie.

Jak wyglądał proces przekazywania pałeczki następcy?

Od dwóch lat współpracowałam z Pawłem Osesem, wiedząc, że to on mnie zastąpi. Paweł to wybitny dziennikarz telewizyjny, absolwent akademii muzycznej. Musiał się sporo nauczyć w dziedzinie historii sztuki, ale zostawienie mu tego „dziedzictwa”, które było dla mnie jak drugie dziecko, dało mi ogromny komfort psychiczny. W muzeum spędzałam przecież więcej czasu niż w domu. Teraz, gdy przychodzę dwa razy w tygodniu, zawsze wpadam do biura prasowego do moich przyjaciół.

A jak Pani bliscy reagują na to, że ma Pani teraz więcej czasu?

Chyba niespecjalnie odczuli zmianę, bo każdą wolną chwilę poświęcam wnuczce Klarze. Idę do niej i śmieję się, że „idę do pracy”, która czasem trwa dłużej niż ta w muzeum. Klara ma dwa i pół roku, można z nią już porozmawiać i poczytać. Bardzo lubi muzeum, od września będziemy chodzić na zajęcia „Z Maluchem w muzeum”. Ostatnio opowiadałam jej o Wyspiańskim – była zafascynowana, że był tatą gromady dzieci i wszystkie je malował.

Cała Twoja rodzina jest przesiąknięta sztuką.

Tak, jesteśmy nią „skażeni”. Mój tata był architektem, dwaj starsi bracia też. Ojciec nie wyobrażał sobie, bym ja wybrała inaczej, ale ja trochę na przekór uparłam się na historię sztuki. Duży wpływ miał na to mój mąż – poznaliśmy się jeszcze w liceum. On też wywodzi się z rodziny artystycznej (tata rzeźbiarz, siostra malarka). To Robert dał mi do przeczytania „Historię sztuki” Karola Estreichera, gdy byłam w drugiej klasie. Ziarno padło na podatną glebę.

Córka również poszła w tę stronę – jest aktorką. Skończyła Akademię Teatralną we Wrocławiu, uprawia zawód jako freelancerka, gra w teatrze i filmach. Zrobiła znakomity monodram o George Sand jako towarzyszce życia Chopina. Myślę, że dobrze to czuła, bo z domu wiedziała, jak niełatwo być kobietą artysty i ile trzeba mieć wyrozumiałości dla takiej wrażliwości. Teraz gra w teatrze dziecięcym. Śmiejemy się, że jednego dnia jest oszustką w filmie, a następnego żyrafą w spektaklu dla dzieci. Bardzo ją to cieszy. Artystą, malarzem i grafikiem jest też zięć.

Czy przy tym wszystkim znajdujesz czas tylko dla siebie?

Mam go! Właśnie przygotowuję się do tygodniowego wyjazdu do Nowego Jorku z przyjaciółką. Chcę odkryć to, czego jeszcze nie widziałam. Dodatkowym bonusem będzie wystawa Rafaela w Metropolitan Museum – mamy już bilety! Będziemy mało spać, a dużo oglądać. Już teraz przygotowuję się do wyjazdu, przeczytałam już kilkanaście książek o Nowym Jorku.

Co obecnie czytasz, gdy nie zajmuje Cię Nowy Jork?

Czytam bardzo różną literaturę. Mąż polecił mi książkę o regeneracji mózgu – jego starzenie to problem, który prędzej czy później nas dotknie. Lubię też książki z pogranicza podróży kulturalnych, jak „Anglik w Tokio”. Uwielbiam biografie polskich artystów. Od przyjaciółki dostałam ostatnio książkę Natalii Budzyńskiej o artystkach związanych z Zakopanem. Lubię jej pióro. Poznałam autorkę w muzeum jako dziennikarkę, więc jest mi bliższa. A mój stosik lektur ciągle rośnie.