Najnowszy numer SUKCESU już dostępny 🌞 Sukces po poznańsku to najpopularniejszy magazyn lifestylowy o Poznaniu 🌞  

Organizator:

Śladami wielkopolskich odkrywców i podróżników

Podziel się

Podróże zaczynają się od ciekawości świata, a tej w Wielkopolsce nigdy nie brakowało. To stąd wyruszali ludzie, którzy docierali na najdalsze krańce globu, odkrywali nieznane lądy i przywozili opowieści rozpalające wyobraźnię kolejnych pokoleń. Dziś ich śladami możemy podążyć również my, zaczynając od fascynującej podróży po muzeach w Puszczykowie, Kórniku, Chludowie czy Kaliszu. Przekonajcie się, że wielka przygoda i inspirujące historie czekają tuż za rogiem.

Pomnik Arkadego Fiedlera w Muzeum w Puszczykowie, fot. Adam Ciereszko, visitpoznan.pl

 

TEKST: Aleksandra Warczyńska, Wielkopolska Organizacja Turystyczna

 

Podróżowanie stało się dziś dla nas czymś absolutnie oczywistym. Motywację do wyruszenia z domu podsycają wszechobecne media, które kuszą barwnymi relacjami. Oferta linii lotniczych sprawia, że cały świat jest niemal w zasięgu ręki. Liczne wydawnictwa obiecują niezapomniane wrażenia, a foldery reklamowe kuszą barwnymi fotografiami. Dostępność tych informacji jest tak duża, że niezwykle trudno jest zaskoczyć współczesnego turystę – podróżnika. Zanim tak się stało, podróże były ogromnym wyzwaniem dla śmiałków, którzy decydowali się na takie wyzwania, a ich wyborom towarzyszyła różnorodna motywacja. Czasem była to chęć odkrycia nieznanych lądów, niekiedy założenia kolonii i rozszerzenia terytorium, innym razem – poznanie tego, co nieznane, a i zapewne niemałą rolę odgrywała sława i pieniądze. Jednak bez względu na czasy i motywacje podróżników, relacje z tych wypraw zawsze były żywo przyjmowane przez tych, którzy z różnych powodów nie mogli udać się na kraniec świata. Jest to chyba jedyny aspekt podróży, który pozostał niezmienny do dzisiaj. Chęć poznania oraz ludzi, którzy zobaczyli go na własne oczy.

Arkady Fiedler

W przekazywaniu wiedzy o dalekich kontynentach niedościgłym wzorem pozostaje do dzisiaj pochodzący z Poznania Arkady Fiedler. Dla starszego pokolenia swoimi relacjami z podróży, które drukował w codziennej prasie, oraz licznymi książkami podróżniczymi, dosłownie otworzył okno na daleki świat. I to faktycznie daleki, bo podbił serca czytelników swoimi reportażami z dorzecza Amazonki, z dalekiej Kanady, Afryki, obu Ameryk i Azji.

Swoją podróżniczą przygodę rozpoczął jako mały chłopiec pod okiem ukochanego ojca, który był jego pierwszym przewodnikiem w świecie przyrody. Pierwsze wyprawy na nadwarciańskie łąki, do rogalińskich dębów, nad dziką jeszcze wtedy Wartę rozbudziły w małym Artku zainteresowanie otaczającym światem i rodzimą przyrodą. Pierwsza egzotyczna wyprawa zaprowadziła go do Brazylii, a owocem podróży były dwie książki: „Bichos, moi brazylijscy przyjaciele” i „Wśród Indian Koroadów”. Wydał je samodzielnie, we własnej drukarni, ale wtedy jeszcze nie zyskały popularności, bo i sam autor był nieznany. Zmieniły to dopiero reportaże pisane na gorąco z upalnej Amazonii, które zaczęły się ukazywać jednocześnie w kilku prasowych tytułach. Złożyły się one później na pierwsze rozdziały książki „Ryby śpiewają w Ukajali”, która okazała się pierwszym spektakularnym sukcesem. Fiedlera nazwano mistrzem literatury podróżniczej, a jego pracę „prawdziwą perłą w naszej literaturze podróżniczo-przyrodniczej”. Do 1971 r. książka ukazała się w przeszło trzydziestu wydaniach, w tłumaczeniu na 14 języków! Sukces wydawniczy pozwolił sfinansować kolejną wyprawę, tym razem do Kanady, a w ślad za nią na Madagaskar. Opisane przez autora miejscowe obyczaje okazały się tak egzotyczne i dla Europejczyków nieobyczajne, że w polskim wydaniu „Radosnego ptaka drongo” przygody autora zostały ocenzurowane (!).

Zbiory Muzeum Arkadego Fiedlera w Puszczykowie, fot. Adam Ciereszko, visitpoznan.pl

Ogromnym sukcesem wydawniczym okazała się książka „Dywizjon 303”, która opowiada o wojennych losach polskich lotników w czasie Bitwy o Anglię. Po zakończeniu wojny pisarz powrócił do kraju, gdzie osiadł w podpoznańskim Puszczykowie. Stąd wyruszał na kolejne wyprawy, tu powstawały jego kolejne książki, tu znalazł swoje miejsce na ziemi. Arkady Fiedler jest doskonałym przykładem na to, że na podróże nigdy nie jest za późno. Swoją ostatnią wyprawę do Afryki Zachodniej zrealizował w 1981 r., mając 87 lat.

W 1974 r. w jego domu powstało Muzeum, gdzie umieszczono niezwykłe eksponaty i pamiątki przywiezione z podróży, w tym ukochane przez pisarza motyle. Dzisiaj w Muzeum Pracowni Literackiej Arkadego Fiedlera w Puszczykowie można nadal obejrzeć bogatą kolekcję pamiątek z licznych podróży oraz posłuchać wspomnień o ojcu i dziadku pisarza, snutych przez jego potomków.

Stefan Szolc-Rogoziński

Młody człowiek, który z Kalisza wyruszył na podbój Afryki. Urodził się w rodzinie Scholtzów, w której na co dzień posługiwano się językiem niemieckim, a która za sprawą Malwiny z Rogozińskich uległa polonizacji. Jako dorosły już człowiek spolszczył pisownię niemieckiego nazwiska, dodając doń polski człon od nazwiska matki i jako Stefan Szolc-Rogoziński przeszedł do historii jako badacz Afryki.

Pomnik Stefana Szolca-Rogozińskiego, fot. archiwum Informacji Turystycznej w Kaliszu

Pierwszą wyprawę dookoła świata odbył na rosyjskim żaglowcu „Generał Admirał”. Ta podróż nie ostudziła jego zapału, a jedynie rozbudziła ciekawość świata tak dalece, że młodzieniec na wyprawę marzeń przeznaczył środki pochodzące ze spadku po zmarłej matce, a resztę uzbierał dzięki pomocy wspierających go Henryka Sienkiewicza i Bolesława Prusa. Dodatkowo wyprawa miała zwrócić uwagę świata na sprawę Polski i jej niepodległości. Upartemu młodzieńcowi udało się zebrać fundusze i ostatecznie w 1882 r. z warszawską syrenką na polskiej fladze wyruszył do Afryki. Tu u wybrzeży Kamerunu założył polską kolonię oraz zakupił wyspę, która wkrótce stała się bazą wypadową do eksploracji kontynentu.

Stefan Szolc Rogoziński, Londyn, II poł. XIX w, arch. Muzeum okręgowe Ziemi Kaliskiej nr inw. MOZK_H_190_A

Obóz na Fernando Poo Stefana Szolca-Rogozińskiego, lata 80. XIX w. fot. archiwum Muzeum Okręgowego Ziemi Kaliskiej, nr inw. MOZK_H_1085

 

Po powrocie do Europy relacje i odczyty młodych Polaków spotkały się z ogromnym zainteresowaniem. Na bazie pierwszego sukcesu próbował zrobić interes życia, zakładając w Kamerunie plantację kawy. Niestety, pomimo finansowego wsparcia ojca, inwestycja ta nie przyniosła spodziewanych korzyści i wkrótce powrócił do Europy. To niepowodzenie jednak go nie załamało i kto wie, gdzie jeszcze trafiłby nasz rodak, gdyby nie nieszczęśliwy wypadek na ulicach Paryża. Przechodząc przez ulicę, wpadł pod koła rozpędzonej dorożki, ginąc na miejscu. Przywieziony z Egiptu cenny amulet – mały skarabeusz – tym razem nie przyniósł mu szczęścia. Stefan Szolc-Rogoziński został pochowany na paryskim cmentarzu Bagneux. Dopiero po latach, w 2023 r., udało się sprowadzić jego prochy do Polski i złożyć w rodzinnym grobowcu na cmentarzu ewangelickim w Kaliszu.

Cenne eksponaty przywiezione przez niego z Afryki znajdują się dziś w Muzeach Etnograficznych w Krakowie i w Warszawie oraz Muzeum Okręgowym w Kaliszu. Sam Rogoziński został godnie upamiętniony w jego rodzinnym Kaliszu, gdzie przysiadł na ławeczce nad Prosną i zamyślony wspomina swoją afrykańską przygodę. 

Władysław Zamoyski

Postać Władysława Zamoyskiego w Wielkopolsce najbardziej kojarzona jest z Kórnikiem i Fundacją Zakłady Kórnickie. W Zakopanem wspomina się jego niezwykłe zasługi dla ocalenia najpiękniejszych zakątków Tatr z Morskim Okiem i przekazania ich wraz z miastem narodowi polskiemu. Niewiele osób jednak wie, że ten wybitny Polak i patriota zapisał się w historii również jako wielki podróżnik. Do tego sukcesu przyczynił się przewrotny los. Czterokrotnie zdawał egzaminy do prestiżowej paryskiej uczelni École Polytechnique i pomimo uzyskania wysokich not, nie został przyjęty. Ze stanu załamania i apatii po tej porażce wyrwała go dopiero propozycja rządu francuskiego, aby popłynął do Australii organizować stoisko w czasie wystawy powszechnej w Sydney. Okazało się to najlepszym remedium na kłopoty ambitnego Polaka. Odwiedził wtedy Nową Południową Walię, Melbourne, Brisbane, krainę Gippsland, dotarł do Tasmanii i Nowej Kaledonii. Nie tylko obserwował egzotyczną przyrodę i rdzennych mieszkańców, ale również zbierał materiały, które, jak sądził, będzie można wykorzystać w odrodzonej Ojczyźnie. Przyglądał się działającym kopalniom, zbierał plany i kosztorysy budowy linii kolejowych, notował zasady działania nowoczesnej gospodarki, rolnictwa i edukacji.

 

Władysław Zamoyski, sygn. II 338, zdjęcie pochodzi ze zbiorów PAN Biblioteki Kórnickiej

Dziobak upolowany przez hr. Zamoyskiego, sygn. MK3217, zdj. pochodzi ze zbiorów PAN Biblioteki Kórnickiej fot. Mikołaj Potocki

 

W czasie podróży dotarła do niego wiadomość o śmierci ukochanego wujka, Jana Działyńskiego, który uczynił młodego siostrzeńca jedynym spadkobiercą dóbr kórnickich. Władysław wiedział, że powrót do Polski będzie oznaczał koniec beztroskich lat młodości. Wykorzystał więc jeszcze jedną nadarzającą się okazję i popłynął do Stanów Zjednoczonych Ameryki, gdzie odwiedził San Francisco, Chicago i Nowy Jork. Wszędzie spotykał się z Polonią i nierzadko niósł wymierną pomoc znękanym rodakom. Po powrocie do domu wzorce z antypodów zostały wykorzystane w założonej przez jego matkę Szkole Pracy Domowej Kobiet, a on sam skorzystał z australijskich doświadczeń przy budowie linii kolejowej Chabówka – Zakopane.

Zgromadzone przez Władysława kolekcje dotarły w skrzyniach najpierw do Paryża, a później do rodzinnego Kórnika. Umieszczone w gablotach w zakątku myśliwskim kórnickiego zamku budzą naturalną ciekawość zwiedzających. Najwięcej emocji wywołuje naszyjnik wykonany z ludzkich zębów (!), zaskakują spreparowane okazy australijskiej fauny, groźnie wyglądające maski i broń wojowników. 

Ojciec Marian Żelazek

Wcześniej wspomniani podróżnicy wyruszali na szlak z chęci poznania dalekich lądów, zebrania doświadczeń i obserwacji nieznanych ludów. Zupełnie inna motywacja towarzyszyła człowiekowi, który, nie szukając rozgłosu, stał się jednym z najbardziej znanych Polaków. Mowa tu o zakonniku ojcu Marianie Żelazku.

Przyszedł na świat w 1918 r. w wielodzietnej rodzinie w podpoznańskim Palędziu. Jako młody człowiek wstąpił do seminarium duchownego i we wrześniu 1939 r. otrzymał niższe święcenia kapłańskie, a kilka miesięcy później został aresztowany przez Niemców. Przeszedł przez piekło Fortu VII, obozów w Dachau i Mauthausen-Gusen. Widząc tam śmierć i cierpienie współwięźniów, złożył ślubowanie, że jeśli uda mu się cało wrócić do domu, poświęci swoje życie dla innych. Tak też się stało i do końca życia pozostał wierny złożonej obietnicy. W 1950 r. wyruszył na misje do Indii, poświęcając się pracy dla Adiwasów – rdzennych, najuboższych mieszkańców tego kraju. Jednak grupą, której poświęcił najwięcej uwagi, byli trędowaci, z racji swojej okrutnej choroby odtrąceni na margines społeczeństwa. Dzięki ojcu Żelazkowi, który w Puri nad Zatoką Bengalską założył placówkę misyjną Bondamuda, chorzy na trąd zyskali warunki do normalnego życia. Nareszcie mogli uczyć się, pracować i zarabiać, otrzymali należną opiekę medyczną. Choć ojciec Żelazek nie zabiegał o rozgłos, jego działania zostały dostrzeżone przez światowe media, kiedy w 2002 r. został nominowany do Pokojowej Nagrody Nobla. Dzięki jego zaangażowaniu świat dostrzegł jego podopiecznych i problem trądu nie tylko w Indiach. Nie musiał pisać relacji z podróży, nie musiał zabiegać o uwagę świata, by dostrzeżono w nim skromnego bohatera, który do końca życia pozostał wierny swojej maksymie: „nie jest trudno być dobrym, wystarczy tylko chcieć”.

Dziś miejscem, w którym pięknie wspomina się wielkiego werbistę, jest Muzeum Misyjne ojców werbistów w Chludowie koło Poznania. Wystawione w kilku gablotach pamiątki ukazują niezwykle proste, skromne przedmioty codziennego użytku ojca Mariana Żelazka.